|
|
Było
się wtrącać, panie Menzel!
W odróżnieniu od
swego polityczno-militarnego pierwowzoru z roku 1968 filmowa inwazja
autorstwa Jacka Głomba okazała się fiaskiem. Reżyser popełnił
„Operację Dunaj”, by do Czechów się uśmiechnąć, wyciągając
jednocześnie rękę do porozumienia. Nie udało się ni jedno, ni
drugie.
Tak się paskudnie składa, że 41 lat temu to nie nam, ale my
udzieliliśmy braterskiej pomocy i z nagiego tego faktu wynika, że
kręcenie o tym filmu, jest stąpaniem po cienkiej linie. Jeśli zaś
tworzy się komedię, lina staje się ledwie cienką nitką. By z niej
nie spaść albo trzeba sprokurować obraz wywołujący nieprzerwane
salwy śmiechu, albo też (to bym wolał z uwagi na temat) z całą
konsekwencją „pójść w komediodramat”.
W gatunku tym nasi południowi sąsiedzi są mistrzami świata i
wydawało mi się (aż do premiery), że czeskie „wsparcie ogniowe” dla
„Operacji…” było na tyle znaczne, że powinno gwarantować sukces na
wszystkich frontach. W końcu zaangażowano śmietankę czeskich aktorów
oraz twórcę oskarowych „Pociągów pod specjalnym nadzorem” jako
„opiekuna artystycznego”. Okazało się wszakże, że albo najlepsze dni
Jiří Menzel ma już za sobą, albo też faktycznie opiekował się filmem
zaledwie „poniekąd”, mało się w cokolwiek wtrącając, poprzestając na
pilnowaniu „czeskiej części filmu”. Tylko jak to się stało, że jego
rodacy są w filmie tak stereotypowi, że aż zęby diváka bolą?
Ba! Zamiast jak w komediach z górnej półki kpić ze stereotypów, film
J. Głomba pielęgnuje je i utrwala. Po co? Czy koniecznie akurat w
kinie trzeba utwierdzać się w „słusznym” przekonaniu, iż „pepiki” to
jowialne piwożłopy, obywatele państwa pozbawionego bohaterskiego
„mitu założycielskiego”, że tchórze, że im się bić nie chce nawet o
własną niepodległość, gdyż może to święty spokój zakłócić, oberwać
przy tym można, a na domiar złego piwo się wylewa na knedliki?
Przecież my to „doskonale wiemy” i bez tego filmu… No, ale może to
ofiara złożona na ołtarzu humoru?
Niestety p.o. komedii film Głomba nie śmieszy, a powinien.
Mentalności obu pojawiających się w „Operacji Dunaj” nacji na tyle
są odmienne, że sam ich kontrast, to istny samograj, kopalnia
bezpretensjonalnego ożywczego humoru. Jednakże twórcy „Operacji
Dunaj” kopalni tej nie odwiedzili, w najlepszym razie - przechodzili
nieopodal, zmierzając do koszar, z których to właśnie pochodzi (z
wszelkimi tego konsekwencjami) humor ich dzieła. Nobilitowana w
„Psach” kurwa, na ścieżkach dźwiękowych w polskim kinie króluje, a
wojskowy język, to nie wykłady prof. Miodka, jednakże koszarowy
humor z wyższej półki (istnieje, istnieje!), to coś więcej, niż
bluzgi oraz rżnięcie w przepoconych mundurach na skrzynce z
amunicją. Przyznającemu się do fascynacji czeskim kinem Głąbowi
gorąco polecam „Czołgowy batalion” (wg Skvorecky’ego) - piękny
przykład udanego czeskiego mariażu humoru wprawdzie
koszarowo-przaśnego, lecz przyprawionego stosowną szczyptą
refleksji, podanego w oparach erotyki w wydaniu nieodstręczającym.
Szkoda, że tym tropem reżyser nie poszedł.
Wracając z polskich koszar do czeskiej gospody - nie można nie
zauważyć, iż filmowi Czesi są mdli, „tacy jacyś nijacy”. Winy za to
nie da się zrzucić na znakomitych aktorów znanych choćby z
przejmującego (ale i pobudzającego do rechotu) „Pupendo”. Obawiam
się, że zawinili scenariusz i jego „wykonawca” - o ile bowiem Eva
Holubova mimo wszystko zdążyła pokazać pół lwiego pazura, to Bolek
Polivka przemknął przez ekran zupełnie chyłkiem. Mam wrażenie, że na
Czechów i pokazanie ich racji polskiej taśmy zabrakło. Nie musiało.
Twórcy filmu - jak rzecz wyjaśnia w rozmowie z red. Ubrankiem -
przyświecała maksyma: prawda nie może stać na drodze opowiedzeniu
ciekawej historii. Wszystko, co prawdopodobne (czyli jeśli „nie
pojawiają się na przykład kosmici”), jest dozwolone. Słusznie. Sęk w
tym, że w „Operacji Dunaj” kosmici przecież wylądowali: pani major
LWP Grążlowa (skądinąd świetnie zagrana) oraz jej niższy stopniem
małżonek (skądinąd zagrany słabiutko). Kobieta dowódcą czołgów w
armii Układu Warszawskiego? Łatwiej jednak było wówczas spotkać
ufoludka z zielonej krwi i takichże kości. Toporny mocno wątek
erotyczno-służbowych potyczek tych państwa jest do filmu ni
przypiął, ni przyłatał. Aż się boję, że miał ściągnąć do kin tę
część kobiecej widowni, która na „Lejdis” zarykiwała się tym
głośniej, im bardziej „samiec - jej wróg” okazywał się safandułą i
im dosadniejszym językiem jakaś dzielna siostra to z ekranu
komentowała. Może coś śmieszyć bardziej ? A jeszcze kiedy się po
drodze uda „półzgwałcić” samca, a jak to kurwą na całe
kobieco-wyemancypowane gardło szczerze i z porażającym wdziękiem
ozdobić… Zabawa - palce lizać.
Taśmę zaoszczędzoną na wspomnianym wątku - mniej „wyzwolona” część
kobiecej widowni doceniłaby to z pewnością - spokojnie można było
oddać Holubovej i Polivce z wielką dla filmu korzyścią. Tymczasem w
„Operacji Dunaj” Czesi gdzieś tam są, a jakoby ich nie było. Gdzieś
zaginęli cywile, którzy w 1968 stawiali zawzięty opór bratnim
armiom, pojawiają się zaledwie w 3 (słownie: trzech) scenkach:
demontażu drogowskazu, obstrukcji sklepowego ekspedienta oraz wtedy,
gdy pod biwakiem polskich czołgów pojawia się milcząca pikieta.
Widać ją tak krótko, że nie sposób odczytać transparentów, no ale
przecież ważniejszy był pijany polski oficer oraz „ruchal” żrący
szklankę. Filmowi Czesi nie potrafią nawet zmontować radiostacji,
podczas gdy w rzeczywistości polowanie na mnogie nielegalne czeskie
nadajniki było jednym z głównych zajęć naszych tam wtedy żołnierzy.
Komedia nie jest oczywiście wykładem historii, ale jak się z
Czechami jednać, marginalizując jednocześnie ich narodową traumę
roku 1968?
Polsko-czeskie „kochajmy się” ma się w „Operacji Dunaj” jeszcze
gorzej niż humor, choć do pojednania, a jakże, dochodzi i to
ekspresowego (ponoć czeskiej widowni wątek ten „podoba się
szczególnie”): młoda Czeszka powodowana eugenicznym przekonaniem, że
„dziecko z cudzoziemcem jest zdrowsze” - z prędkością błyskawicy
zabiera się za uprawianie seksu z okupantem. Ciekawa rzecz, Polki na
naszych filmach z reguły są przez okupantów gwałcone, a tu proszę -
jaka zabawna scenka. Jeśli „kino pojednaniowe” z czasem się
rozpleni, to pewien jestem, że moi sąsiedzi z widowni wrocławskiego
kina „Helios” pękać będą ze śmiechu również oglądając pojednawcze
filmowe uśmiechy do Polaków kręcone przez Niemców, Rosjan i
Ukraińców. Głowę dam, że brawurowe sceny erotyczne z udziałem
„błyskawicznych” Polek oraz ogierów z Wehrmachtu, UPA i NKWD zrobią
u nas furorę.
To banał, ale gdy ktoś chce kogoś przeprosić, najlepiej ocenić
efekty po reakcjach strony przepraszanej. Tymczasem nawet pobieżna
lektura czeskich recenzji internetowych (a jeszcze bardziej dyskusje
pod nimi) stawia czytelnikowi włosy na głowie. Można na ich
podstawie stworzyć czesko-polski słownik określeń
recenzyjno-pejoratywnych: ubohé gagy, ploše napsané
postavy hraničící s karykaturami; schematické a
stereotypní wyobrazení […] až se člověku chce křičet DOST;
humor primitivně sazí na vulgarismy létající z úst hvězd;
nuda, zoufalství, bezzubost; neuvěřitelně
naivní a hloupá agitka o míru. Stwierdza się też, że wielkie
nazwiska nie uchroniły filmu od porażki i proponuje jednocześnie
nominowanie (już w sierpniu!) „Operacji Dunaj” do nagrody dla
najgorszego filmu roku. [vide m. in. recenzje Kateriny Vitkovej z
portalu www.koule.cz oraz Marigold z portalu http://film.moviezone.cz]
Jest pewne, że za film J. Głomba Czesi nas nie pokochają, zresztą
nie kochali nigdy. Stosunki polsko-czeskie (również i te
nieoficjalne) mają to do siebie, że my ich traktujemy z pogardliwą
często wyższością (co uważa się w Czechach za żałośnie
bezpodstawne), oni zaś kompletnie nie są nami zainteresowani (co nas
zdumiewa i irytuje). Jacek Głomb oczekiwał zapewne, że jego film
sytuację tę leciutko choć zmieni. I być może tak się stanie. Tylko
wbrew intencjom wcale nie na lepsze. Chcieliśmy się z Czechami
pośmiać i pojednać, a oni zamiast zarechotać i naszą wyciągniętą
dłoń z wdzięcznością uścisnąć - drwią, kpią i wybrzydzają. Na
szczęście - jeśli zajdzie taka konieczność - zawsze możemy się na
nich obrazić. Tylko, co nam z tego przyjdzie, skoro naszych dąsów
nikt nad Wełtawą nie zauważy, bo i po co?

|
|