| |
Pod
Grunwaldem nie wygraliśmy!
Oj, niedobre mam wieści, niedobre... Przodem zła się wlecze, a za nią długim
rządkiem kuśtyka cały hufiec gorszych. Zacznę od tej pierwszej: bitwy pod
Grunwaldem nie wygraliśmy! To przykre. Podwójnie nawet, jako że związana z tym
data jest bodaj jedyną, jaką zna gros naszego narodu. Cóż, przyjdzie wykuć jakąś
inną.
Mogę tylko pocieszyć łkających, iż rzecz nie w tym, że ktoś naukowo udowodnił
nierozstrzygnięcie batalii lub zwycięstwo Krzyżaków. Oni też nie wygrali, co to,
to nie! Kto więc zwyciężył? Dobre pytanie. Dotąd indoktrynowano nas wrednie, że
to MY wygraliśmy. Okazuje się, że to nieprawda.
I to wiadomość zła, teraz będą gorsze. Nie wygraliśmy pod Cedynią (972r), nie
zdobyliśmy Kołobrzegu pod Krzywoustego wodzą, a Galla Anonima pieśń, to zwykła
propaganda! Pod Płowcami to nie my odnieśliśmy sukces, pod Obertynem i Orszą to
samo. Mało tego - i kircholmską wiktorią nie możemy się cieszyć. Nie wygraliśmy
też ani pod Warką, ani pod Oliwą, dwukrotny nasz sukces pod Chocimiem między
bajki włóżmy.
Na wszelki wypadek, gdyby ktoś się wystraszył, że w 1683 roku pod Wiedniem też
był wynik starcia inny, niż w szkole uczono, uspokajam: to jednak Kara Mustafa
zebrał po grzbiecie, a wygrał Jan III. Nie ma się jednak z czego cieszyć, gdyż
nie nasz to był sukces i nie dla nas powód do dumy.
Całe szczęście, że przez następnych sto kilkanaście lat na naszych ziemiach
wygrywali goście z zagranicy, więc aż do schyłku XVIII wieku nie ma o co
narodowej kopii kruszyć. Pierwszą (naszą) wiktorię odniósł dopiero książę
Poniatowski, potem Insurekcja Kościuszki i trochę Legionów. Udało się wreszcie
powygrywać co nieco. Zieleńce nie Grunwald, Racławice nie Kircholm.
Za Napoleona niewiele razy bijaliśmy samodzielnie, więc dociekanie czy MY
wygraliśmy w somosierrskim wąwozie i pod Górą - zupełnie jałowe. Jedno jest
pewne, TO BYLIŚMY MY! Wojska, znaczy nasze, lecz zwane inaczej. Od Listopadowej
Nocy MY wygrywaliśmy (Dębe Wielkie, Iganie i Stoczek), lecz rzadko. Potem długo,
długo nic, aż wreszcie Cud nad Wisłą nastąpił i Monte Cassino. I dobrze.
Odetchnijmy zatem, mała kawka, zapalmy i wyjaśnijmy w czym rzecz. W polityce,
kiedy nie wiadomo o co chodzi, w tle brzęczą pieniądze - w rozważaniach o
historii walutą jest naród. Walutą ochoczo wyjmowaną z portfela, czasem z
bankomatu, gdzie numerem pinu stereotypy bywają, urojenia i fobie. Walutę tę,
nad wyraz często, „biją” nielegalnie, bez uprawnień odpowiednich, znajomości
rzeczy. Często też mennica podejrzanej proweniencji i fałszywe walory wypuszcza.
Co gorsza - spór często o nominał, a także nazwę samą, nadto - zawartość
szlachetnego kruszcu. Okazuje się, nieraz, że talar taki, narodowy rzekomo,
tynfem podrabianym się okazuje i miast złota błyskania - pejsy zeń sterczą.
Albo, że niby on nasz, a nie nasz. Różnie. I o to właśnie z tym Grunwaldem
chodzi. Bynajmniej nie o to, iż zniszczono w zdobytym obozie wielkie ilości
wina, co udział nacji polskiej w walkach wątpliwym czyni. Rzecz jednak w czym
innym.
Spotkałem się z sądem, że zwycięstwa Karola Młota pod Poitiers (732) nie można
uważać za triumf francuskiego oręża, nadto, że dlatego francuska armia tłukła
wszystkich przez lata, że dowodził nią nie Francuz, ale Korsykanin. Niejaki
Bonaparte. Zdaje sobie sprawę, że to wszystko mało kogo obchodzi, lecz moim
zdaniem powinno. Opinia którą tu przytaczam, padła półżartem, lecz podobne,
zupełnie serio formułowane, krążą w sporych ilościach. Ruszmy więc ich tropem.
Tak się często składa, że łatwo formułować tezy i uogólnienia, gdy dotyczy to
innych nacji. Bez trudu można stwierdzić, iż odnosiły one sukcesy tylko dlatego,
że rękoma „obcych”, bez wahania można komuś odmówić prawa do części jego
narodowej tradycji. Wokół słychać ciężki tupot stad przykładów na to. W naszych,
polskich rozmowach w głównej roli występują Rosjanie jako naród głupszy, mniej
cywilizowany i „jakiś taki w ogóle”. Jak co dobrego zrobili - to nie ich
zasługa, lecz „najemnych cudzoziemców”. Jak co złego - to już oni winni, choćby
nazywali się Dybicz (wł. Karl Johann Diebitsch) czy Katarzyna II (de domo -
Anhalt-Zerbst), Niemcy z krwi i kości. Pozostańmy jednak przy Francuzach,
wracając do Młota.
Wódz ten stłukł (w na poły nierozegranej bitwie) w roku 732 wojska arabskie i
postawił tamę ekspansji islamu w Europie. Z punktu widzenia chrześcijaństwa -
rewelacja, po prostu. Z punktu widzenia Francuzów, powód słusznej dumy z sukcesu
oręża. Schody jednak początek biorą w miejscu, kiedy przychodzi nam ustalić
narodowość dowódcy. Czy był on Francuzem? W dzisiejszym rozumieniu - nie! Z całą
stanowczością. Stopień narodowej identyfikacji w VIII wieku nie istniał bowiem
na dzisiejszą skalę, więcej ważyły powiązania regionalne, rodowe, plemienne czy
poddańcze zależności. Czy jednak nie Francuzi wygrali tę bitwę? Ba!
Przykład drugi. Lat bez liku powodem do kpin z Rosjan był fakt, że ich pierwsza
dynastia wywodzi się z Waregów, czyli drużyn skandynawskich wynajętych przez
Rusinów z południa, dla zaprowadzenia porządku we włościach, dla obrony przed
stepowymi najeźdźcami. Rosjanie wiele wysiłku włożyli w wypieranie się tego. Czy
potrzebnie? Czy MY możemy z czystym sumieniem zarzucać im założycielską dynastię
z importu? Paść tu musi zaprzeczenie podwójne. Nie jest powodem niesławy fakt,
że „ktoś z zewnątrz” państwo założył, skoro „zautochtonizował” się i to
niezmiernie szybko. Świadczy to tylko o sile miejscowej kultury, przy militarnej
słabości. Czy MY jesteśmy „państwowo lepsi” od Rusi? Niedawne odkrycia w
Wielkopolsce i na Mazowszu (przy okazji prac nad autostradami) uczyć winny
pokory.
Zastosowałem „Prawo Karola Młota” w odniesieniu do naszej historii i stąd
właśnie się wzięło moje „odkrycie”, że nie wygraliśmy ani pod Grunwaldem ani
Cedynią, i dalej, w dół listy. Logiczne. Przecież, jeśli w VIII wieku Francuzów
jeszcze nie było, i FRANKIJSKI to ( a nie - francuski) wódz pobił Arabów, to
dlaczego z NASZĄ historią ma być inaczej? Na jakiej podstawie sądzić, że niejaki
Mieszko I, zapoczątkował historię polskiej wojskowości gromiąc łupieżców pod
Cedynią? Przecież (w myśl omawianej reguły) Polaków jeszcze nie było i Mieszko
nie rodak nasz, lecz kniaź jakichś tam Polan.
Rachunek jest prosty - albo rybka, albo naczynie na nią. Zdecydujmy się. Czy
państwo francuskie jest sukcesorem frankijskiego (wielkiej jego części)? Czy
nasze spadkobiercą Piastów? Moim zdaniem tak. I w jednym i drugim przypadku.
Jeśli trzymać się sztywno tezy, że narody „pojawiać się” poczęły w Europie na
przełomie XVIII i XIX wieku, to nie mamy prawa do żadnej z wymienionych
wcześniej przez mnie bitew. BO NAS JESZCZE NIE BYŁO!
Rozumując w ten sposób i propagując to szeroko możemy doprowadzić do zamieszek w
Europie. Wyobraźmy sobie te setki tysięcy ubranych na czarno, ponurych ludzi na
placach i ulicach Madrytu i Lizbony, które w milczeniu czekają na wyjaśnienie
zagadki kto, do cholery, skolonizował pół świata, skoro ani nie Hiszpanie, ani
Portugalczycy - BO ICH JESZCZE NIE BYŁO!
Wyobraźmy sobie Amsterdam sparaliżowany przez łkające tłumy palące wszystko, co
tylko w pomarańczowym kolorze nawinie się pod rękę. Co powiedzieć Holendrom,
którzy wpadli w traumę po otrzymaniu informacji, iż to nie oni wywalczyli
niepodległość w powstaniu przeciw hiszpańskim okupantom? Nie oni też zbudowali
tamy i wyrwali poldery morzu. PRZECIEŻ ICH JESZCZE NIE BYŁO!
Strach pomyśleć co się zacznie dziać na Bliskim Wschodzie kiedy do wysysających
ropę spod piasku Arabów dotrze wieść, że to nie oni mają do „czarnego złota”
prawa, gdyż zajęli te pustynie... gdy ICH SAMYCH JESZCZE NIE BYŁO!
Brzmi to groteskowo, ale to tylko logiczna konsekwencja odmowy części narodowej
tradycji komuś tylko dlatego, że zdarzenie miejsce miało przed ukształtowaniem
się nowoczesnych narodów. Żeby było śmieszniej, zerknijmy ponownie na historię
polskiej wojskowości. Jak wspomniałem - do Zieleńców nic nie wygraliśmy, a to z
powodu absencji narodowej, potem kilka bitew i kres niepodległości. Za Napoleona
nie Polska, lecz Księstwo Warszawskie, więc wszystkie sukcesy oręża są jakby
niedokładnie nasze. Pozostaje tylko listopadowy czyn powstańczy i koniec, aż do
1920 roku. Tylko skąd legenda o wielkich tradycjach polskiej armii, skoro jej
prawie nie było?
Inną przyczyną odmowy praw do kąska historii bywa „obcość” głównego aktora
występującego w narodowej roli. Korsykanin Napoleon jest tu świetnym przykładem.
Nikt poważny nie neguje ani tego, że nie był z urodzenia Francuzem, ani jego
wojskowego geniuszu (do czasu, czyli 1812 roku, choć i potem miewał przebłyski).
Skoczmy na Korsykę, na wersów kilka. Bonaparte zdradził przywódcę Korsykanów,
Paolego. Przeszedł na stronę Francji, z którą związał swe losy do końca. Nie
mnie oceniać moralny aspekt czynu, może innym razem. Fakt pozostaje faktem, że
abstrahując od stopnia narodowej samoidentyfikacji ówczesnych mieszkańców wyspy
i od tego, czy możemy im przyznać prawo bycia w wieku XVIII narodem - Napoleon
świadomie przestał być Korsykaninem. To fakt. Urodził się nim, wychował do
wczesnej młodości, lecz wykształcił wojskowo we Francji. Tam też ryzykował
wszystko parę razy, by w końcu stać się generałem, wodzem, konsulem, cesarzem.
Sławę zdobył dzięki Francji, a ona dzięki niemu chwilową potęgę. Czy mamy prawo
uważać go za wodza niefrancuskiego? Wątpię. Koniunkturalistę? Być może, ale czy
oficer austriackiej kawalerii Joseph Poniatowski, „pół-krwi” Polak, bez myśli o
korzyściach wyjechał do stryjowej Rzeczpospolitej, by stać się wodzem naczelnym?
Przypominam o miarce.
Do końca życia Cesarz Francuzów kaleczył mowę Voltaire’a. Co z tego? Batoremu
nikt jakoś nie wypomina (choć pamięta), że Węgier to z Siedmiogrodu i słowa po
polsku nie umiał. Ciupasem go wpisujemy w naszą wojskową tradycję. I słusznie. O
tym, że Jan Henryk Dąbrowski idąc na żołd polski pośpiesznie brał w domu lekcje
polskiego - też raczej cisza panuje. A przynajmniej jego czynów nikt z tego
powodu nie podważa. I słusznie.
FRANCUSKIEMU Bonapartemu, FRANCUSCY wojacy na bagnetach zaszczyty przynieśli, a
on nimi doskonale dowodził. I skład narodowościowy Wielkiej Armii niczego tu nie
zmienia - jądro francuskim było i kwita. Z narodowościami armii, do lat wojen
światowych, bywało tak różnie, że analizując dzieje pod tym tylko kątem -
wszyscy „mają w plecy”. I Gustaw Adolf, i Kondeusz, i Wallenstein opierali się
na najemnikach. Połowa armii Napoleona mówiła po polsku, niemiecku, włosku i w
wielu innych językach. My lepsi? Akurat!
Najdzielniej i najkrwawiej stawały pod Grunwaldem pułki ze Smoleńska, które
wcale takie nasze znowu nie były. Wilcze doły na przedpolu zakonnej linii
rozpoznali walką Tatarzy z Litwinami („potem trochę uciekli”). Wśród walczących
rycerzy koronnych prym wiódł niejaki Zawisza Czarny, znany podówczas w Europie
kosmopolita (tylko zbiegiem okoliczności nie-cyklista). Na domiar złego -
całością dowodził Litwin o imieniu Jogaiła.
Niespełna dwieście lat później hetman Jan Karol Chodkiewicz odniósł (niebywały w
dziejach wojskowości) triumf pod Kircholmem w 1605 roku. Sprał Sudermańczyka na
kwaśne jabłko. W każdej historii polskiej wojskowości pełno hymnów o tym. Mamy
je powykreślać, gdyż i Chodkiewicz Litwin, jego podkomendni tudzież (z wyjątkiem
kurlandzkich rajtarów i husarzy Woyny)? Nie sądzę, starczy tylko z pokorą uznać,
że do tej samej wiktorii (słusznie) roszczą sobie prawa współcześni Litwini.
Czy więc po przyłożeniu identycznej miarki do naszych dziejów nie wypadałoby
(pamiętając o Korsyce, o Wieży Babel w obozach Wielkiej Armii) uznać
„francuskości” Napoleona? Moim zdaniem, owszem.
Po co ja to wszystko piszę? Jeśli komuś trudno na historię obcych obiektywnym
okiem zerknąć, doradzam przyłożenie tej samej miarki do dziejów naszych,
własnych. W czasach mody na żonglowanie walutą o nazwie Naród, warto pamiętać,
by czyniąc to fałszywej monety w obieg nie puszczać. Przypisując sobie tradycje,
nie patrzeć na narodową grupę krwi, lecz korzyści dla państwa. Państwa, którego
obywatelami w końcu jesteśmy zarówno tu i teraz, jak i sto lat wcześniej, jeśli
poczuwamy się do wspólnej historycznej tradycji. Warto też, miast obiegowe sądy
wypowiadać, przyjrzeć się kruszcowi, sprawdzić też jakość form i dopiero wówczas
zacząć bić monetę.
Z drugiej strony jednak, już się troszkę ucieszyłem z nowej teorii. Zawsze mi
jakoś głupio pamiętać, że NASI Lisowczycy wyrżnęli pod Białą Górą w 1620 całą
czeską szlachtę, przez co utorowali drogę setkom lat niebytu narodowego naszych
południowych sąsiadów. Tymczasem nic z tego... A już myślałem, że kamień może mi
spaść z serca, bo i Lisowczycy nie nasi, a i Czechów tam wcale nie było.
Niestety. Poitiers jest francuskie, a Cedynia nasza (i Grunwald). Biała Góra
również.

|
|