| |
Oba utwory
(sic!) powstały na internetowe zamówienie, które pozwalam sobie zacytować:
• POSZUKIWANA!!! BAJKA FEMINISTYCZNA!!!
Grupa nieformalna KOBIETY SPÓŁKA AKCYJNA przygotowuje wydanie zbioru bajek
feministycznych. Dość Kopciuszków i Śpiących Królewien!
Czy czytałaś, napisałaś, znasz jakąś bajkę, która:
• przedstawia kobiecą bohaterkę jako aktywną, (samo)dzielną, zdobywającą to,
czego pragnie
• lub ukazuje kobiecą moc, mądrość, magię
• lub pokazuje kobiece siostrzeństwo, kobiety wspierające się nawzajem, a nie
rywalizujące o mężczyznę
• lub odwraca role, ośmiesza stereotypy lub ujawnia opresję kobiet, obnaża
system, obala mity o kobiecości
• lub ukazuje przemianę bohaterki, symbolicznej "uśpionej królewny", zaklętej
przez mity patriarchatu do wyzwolonej, mądrej, silnej, niezależnej kobiety?
Jeśli kojarzy się wam jakaś bajka, przyślijcie, podzielcie się nią z siostrami
Przeczytałem, serce mi
drgnęło, skojarzyło mi się coś, napisałem i wysłałem, ale odpowiedzi od sióstr
nie dostałem do sióstr. Z płaczem udałem się więc do psychoanalityka, w
załączeniu niosąc dwie bajki (na kopertę mnie stać nie było). Oto one:
BAJKA O PRZEMĄDREJ BRZYTFANNIE,
CO ŚWIAT Z MĘSKICH SZOWINISTYCZNYCH ŚWIŃ OCZYŚCIŁA.
Dawno, dawno temu, kiedy nieszczęsne kobiety jęczały w samczej niewoli, Czerwony
Kapturek szedł sobie ścieżką przez las. W lewej rączce trzymał koszyczek, a
prawą zanurzał w kieszonce krótkich spodenek. Szedł i szedł i szedł, kopiąc
puste puszki po piwie pozostawione w kniejach przez męskich zapijaczonych
szowinistów. Humor miał doskonały i pogwizdywał sobie, co jakiś czas przestając
- wtedy strzykał śliną przez przepuchę miedzy górnymi jedynkami. Szedł, szedł i
szedł. Nagle... zobaczył wystający spomiędzy choinek pysk wilczycy.
- Wilczyco, wilczyco, a czemu ty masz takie wielkie oczy? - zapytał chłopczyk.
- A odwal się gówniarzu, nie widzisz, że defekuję? - wściekle prychnęła
wilczyca.
- Przepraszam panią - wydukał Czerwony Kapturek, który jako przyszła męska (póki
co - chłopięca) szowinistyczna świnia, nie rozumiał przebogatej samiczej natury
wilczyc.
- No! - mruknęła wilczyca i jako jednostka inteligentna oraz pełna pomysłów, a
nie jak jakiś durny samiec, poczęła snuć intrygę - Dokąd leziesz, szczeniaku?
- Idę do mojego dziadka, który chory jest! - uśmiechnął się bezmyślnie
chłopczyk.
- Aha, to idź do tego dziadygi durnego, idź! - skwitowała jego wyjaśnienia
wilczyca, podtarła się gałązką jodły i zniknęła w zaroślach.
Czerwony Kapturek uśmiechając się bezmyślnie ruszył przed siebie. Oczywiście
zabłądził, dureń. Tymczasem mądra wilczyca wdarła się do domku
czerwonokapturkowego dziadka i go zżarła. Po długim czasie chłopczyk doszedł
wreszcie, niedojda, do chatki dziadka, nie zapukał, bo cham był, jak typowy
samiec i wlazł do środka.
- Heja, dziadek! - pisnął cienkim głosikiem na samo wejście.
- Heja, kapturek! - odpowiedziała wilczyca przebrana w dziadkową piżamę i jego
bejsbolówkę.
- Dziadku, dziadku, a czemu ty masz takie wielkie uszy? - skonsternowany spytał
Czerwony Kapturek, który - jak to samiec - analfabetą był i bajek nie czytał, to
nie wiedział o co chodzi.
- Bo ja słucham „Ich Troje” więc mi duże uszy potrzebne - odpowiedziała
wilczyca.
- A czemu ty masz takie wielkie zęby? - dopytywał się wścibsko, typowo po
samczemu, chłopczyk.
- Bo mam zniżkę u ortodonty! - zarechotała dystyngowanie wilczyca.
- A czemu... - chciał dalej, po samczemu, wtykać nos w nieswoje sprawy Czerwony
Kapturek, ale nie zdążył.
Wilczyca jednym skokiem wydostała się spod pierzyny, ryknęła i zżarła Kapturka,
po czym otworzyła najnowszy numer „Buissneswoman”, który ze sobą przyniosła i
zajęła się lekturą, pragnęła bowiem podnosić swe kwalifikacje.
Wtem na progu chatki stanęła gajowa.
- O, ty szujo kosmata! - zawołała, przeładowała dubeltówkę i zastrzeliła
wilczycę, z której brzucha wyskoczyli i dziadek i Czerwony Kapturek.
- Hura! - zawołali, ciesząc się jak samiec blaszką - Dziękujemy ci, gajowo, za
zastrzelenie tej podłej wilczycy, co to nas zeżarła!
- Co?! - warknęła gajowa - A to nie był wilk?
- Nie!
- O, wy męskie szowinistyczne seksistowskie wieprze! Czemuście mi nie
powiedzieli, że to kobieta? - wściekła się gajowa i z dubeltówki i
zastrzeliła obu łotrów na miejscu.
I poszła sobie. Idąc łkała, bo smutno jej było, że morderczynią została, ale nie
chodziło jej o durnych samców zabitych, lecz o to, że siostrę swoją zastrzeliła.
Szła tak i szła, aż doszła do wielkiej polany, na której była smocza jama. Przed
jamą stała szewczyczka Dratewka z wypchanym siarką samcem barana pod pachą.
- Cześć! - rzuciła gajowa.
- Hejka - odpowiedziała szewczyczka.
- Co tak stoisz z tym skołtunionym szowinistą pod pachą?
- Smoczycę muszę zgładzić! - odparła Dratewka.
- Dlaczego?
- No bo ona kraj nasz prześladuje, młodzieńców cnych i prawiczków pożerając i
księżna kazała mi ją sprzątnąć. W nagrodę dostać mam rękę królewicza i połowę
księstwa.
- Nie rób tego! - wrzasnęła gajowa.
- Dlaczego? - zaskoczona spytała szewczyczka.
- A dlatego - wyryczała smoczyca, która wyszła z jamy - że my siostry jesteśmy!
To ja walczę o nasze kobiece prawa, a ty chcesz mnie truć? To ja zżeram te
męskie szowinistyczne świnie, a ty skuszona ochłapem w postaci łapska jakiegoś
palanta w koronie - barana mi do pyska chcesz wpychać?!
- Racja! - poparła ją gajowa - Szewczyczko, smoczyca dobrze mówi! Przebudź się,
siostro i chodź z nami wyzwolić inne nasze siostry z samczej niewoli!
- OK. - zawstydzona zgodziła się Dratewka i wzięły się wszystkie trzy za ręce i
łapy i poszły.
Szły, szły, aż zaszły pod wielką górę, w której była kopalnia. Smoczyca podeszła
do szybu i ryknęła do środka.
- Hej! Siostry! Wychodźcie!
Po chwili zaroiło się na powierzchni od małych postaci. Ściślej biorąc było ich
siedem. Każda w czerwonej spiczastej czapce na głowie.
- Cześć! - rzuciły krasnoludkinie.
- Hejka! - rzuciły smoczyca, gajowa i Dratewka - Co porabiacie, siostry?
- A, te cholerne diamenty odkopujemy, szlag by je trafił! - smętnie splunęły pod
buty krasnoludkinie - Księżniczek Śnieżek kazał nam, bo nową karocę chce sobie
kupić!
- Co?! - zawrzały słusznym feministycznym gniewem trzy aktywistki - Nie róbcie
tego, za chiny!
- No, jakże tak, on kazał...
- Nie wysługujcie się tej męskiej szowinistycznej gnidzie! On was mami!
- Dobra - ucieszyły się z nowych perspektyw krasnoludkinie, a smoczyca - myk,
myk - prędko poleciała do krasnoludkowej chatki i zżarła księżniczka i wróciła
do sióstr.
I poszły dalej. Wszystkie dziesięć. Po drodze śpiewały ciesząc się, że dokonała
się w nich przemiana z bohaterek zaklętych w martwe kamienie i posłuszne
posługaczki przez samcze mity patriarchatu - w wyzwolone, mądre, silne i
niezależne kobiety. Po drodze wiele kobiecej krzywdy naoglądały się, której
motorem były samce. I tak napotkały Śpiącego Królewicza, który nic, tylko lenił
się, a biedne służki pracować na jego nasenne środki musiały. Smoczyca go
zeżarła. Potem Kocica w Butach na Obcasach poprosiła siostry o pomoc, bo dość
już miała myślenia i robienia wszystkiego za swego pana - krasnoludkinie
podtopiły go w rzece, a gajowa topielca dobiła z dubeltówki.
- Dobrze czynicie siostry! Oj, dobrze!- odezwała się silnym głosem Dobra Wróżka
Skrabella, co nagle pojawiła się nad wodą - Dość już zniewolenia kobiet! Niech
wszystkie staną się aktywne i samodzielne! Niech zdobywającą to, czego pragną, a
nie że czekają na ochłapy z koślawego, samczego stołu!
I okazując typową kobiecą moc, mądrość, magię machnęła różdżką i czar ten
odmienił wszystkie kobiety w okolicy. Nawet Złota Rybka z rzeki wyskoczyła i
powiedziała, powietrze skrzelami łapiąc:
- A mam do gdzieś. Nie będę więcej samcom rybakom życzeń spełniała. Pieprzę to!
Muszę zadbać o samorealizację mnie, jako kobiety, bądź, co bądź!
I wsadziła Dratewka skrzelnodyszną siostrę do słoika z wodą i poszły. Dwanaście
ich już było, nie licząc Dobrej Wróżki Skrabelli. Srogą stoczyły po drodze
bitwę, bo pomogły Ali Babie, biednej uciskanej przez islamskich fanatyków
kobiecie, która z czterdziestoma przekupionymi przez samców rozbójniczkami
walczyła o życie. Chciały jej, zdrajczynie kobiecego rodu, Lampę Alladyny
ukraść. A aktywistki szły, szły i szły.
W końcu cała czternastka doszła do małej chatki, w której siedział zapłakany
chłopczyk i mak zmieszany z piaskiem przebierał.
- Czego ryczysz, jak ten męski szowinista nad rozlanym piwem - zapytała
kocmołucha smoczyca, której się samczyka żal zrobiło.
- Oj, biedny ja, biedny...
- Nie rycz niedojdo, ino mów co cię trapi - zabulgotała Złota Rybka w Słoiku, a
Ali Baba zaświeciła lampę Alladyny, żeby jaśniej było.
- Oj, macoch zły i bracia mnie prześladują... - zapłakał chłopczyna.
- O, kurczę, gdzie oni? Mam ja amunicji jeszcze trochę - zdenerwowała się gajowa.
- A smoczyca coś głodna...
- Na bal pojechali, a mnie, Kopciuszka, zostawili, żebym mak przebierał, bo
„kompot” z niego chcą robić i siostrom waszym za talary sprzedawać.
- Nie może być! - wrzasnęła Dratewka, a Kocica w Butach na Obcasach miauknęła: -
Niedoczekanie!
I zawrzały słusznym gniewem wszystkie, a ogromnym. Krasnoludkinie czym prędzej
rzuciły się pomagać biednemu, bezsilnemu chłopczykowi. Raz, dwa, trzy - mak od
piasku oddzieliły, a smoczyca rzekła:
- Gdzie ten bal jest? Zaprowadzimy cię na niego!
- Królewna Brzytfanna go wyprawia, bo męża szuka, co by mógł przy niej za
First Gentelmana robić, za maskotkę podczas wizyt zagranicznych. To na jej
zamku bal się odbywa.
- Ok. - mruknęła Kocica w Butach na Obcasach - Idziemy tam!
I poszły, a po drodze wyzwoliły sierotkę Marysię, co to ją zniewoliła
seksistowka banda kurduplów i Kaję biedaczkę, co to ją, ten szuja, Król Śniegu w
oko zaprawił i złą uczynić chciał, ale ona nie dawała się, jak to kobieta.
W końcu doszły do zamku, gdzie w sali balowej tłumy narcystycznych samców
wirowały, wdzięcząc się i mizdrząc do Królewny Brzytfanny, żeby któregoś z nich
za męża wzięła. A ona mądra, do tego kreatywna i samodzielna, wszelkim samczym
mitom o rzekomej naturze kobiecej zaprzeczając, siedziała na tronie i znudzonym
wzrokiem wpatrywała się w tych ciemnych jak tabaka w rogu osłów.
Wtem, drzwi rzeźbione (przez utalentowane bardziej od męskich szowinistów
rzeźbiarki) się otwarły i w progu stanęły aktywistki. Halabardniczki
zasalutowały im z radością, a i oczy Brzytfanny się rozjaśniły szczęściem. Samce
zaś, robiąc w obcisłe portki ze strachu, pochowały się w mysie dziury, ale
szybko stamtąd ich mysie siostrzyce Brzytfanny pogoniły won.
- Kim jesteście, siostry kochane? - rzuciła ku stającym w progu Brzytfanna.
- Jesteśmy NSZZS „Kobiecość Walcząca”.
- Co, proszę? - zdziwiła się królewna.
- Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Sióstr. W naszej działalności kierujemy
się szeroko pojętym siostrzeństwem, wspieramy się nawzajem, a nie rywalizujemy o
mężczyznę. Ujawniamy i zwalczamy odwieczną opresję kobiet, obnażamy samczy
system, obalamy mity o kobiecości stworzone przez męskich szowinistów - rzekła
smoczyca, jako rzeczniczka prasowa sióstr zjednoczonych w walce.
- Aha. I co chcecie? - zainteresowała się przemądra Brzytfanna, królewna jakich
mało.
- Przyszłyśmy o sprawiedliwość się dobijać.
- No co wy, przecież ja siostra wasza. O nic nie musicie się dobijać, dogadamy
się jak kobieta z kobietą, nie dla nas samcze seksistowskie swary i kłótnie -
wykazując swą wielką mądrość rzekła królewna Brzytfanna.
- Nie dla nas to, lecz dlatego samczyka - rzekła gajowa i wypchnęła
zarumienionego prawiczym wstydem Kopciuszka.
- A kto to? - zainteresowała się żywo Brzytfanna, a samce po katach łzami się
zalali widząc gorący afekt królewny dla młodzieńca, co piach jeszcze w oczach
miał, a mak w zębach mu chrzęścił.
A odziany był w szaty cudne (co je Skrabella wyczarowała), przez co powabny był
wielce i uśmiechał się z zażenowaniem.
- Ktoś jest?
- Jam Kopciuszek, co go zły macoch i podli bracia przyrodni w nędze i
nieszczęście wpędzają. Gdyby nie cne kobiety, co mnie tu przywiodły, sczezłbym
biedaczyna, bom samiec bezmyślny i poradzić sobie w życiu nie potrafię.
- A gdzie te szowinistyczne łotry są teraz?
- Tutaj, na twoim balu, Wasza Mądrość i Wysokość - wyszeptał strwożony
Kopciuszek, zagryzając w zębach rąbek koszuli, co mu z pludrów wystawała
ponętnie.
- Straże!!! - krzyknęła Brzytfanna na halabardniczki, a te czym prędzej
podbiegły do tronu.
- Słuchamy posłusznie Waszej Genialności!
- Brać te szuje i do lochu z nimi! Z rana kacica niech im łby utnie - wskazała
Brzytfanna łotrów berłem.
Łagodnym, a dostojnym gestem przywołała do siebie Kopciuszka, posadziła go sobie
na kolanach i rzekła:
- Ty, Kopciuszku, nie frasuj się, żeś głupi i niezaradny. Ty myśleć nie musisz.
Teraz będziesz mym mężem, więc jeno reprezentacyjne funkcje tobie przeznaczone.
- Dobrze, Brzytfanno... - przytulił się do królewny Kopciuszek - Bo jam ładny,
lecz głupi jest, więc do tej roli pasuję jak ulał.
- Tylko zmień mi te adidasy, na jakieś buty porządne - rzekła z mądrym uśmiechem
na swych genialnych licach Brzytfanna i klasnęła na Dratewkę, która czym prędzej
uszyła kilkadziesiąt par butów dla Kopciuszka.
Szybko szyła, bo kobietą była a nie samcem, co zamiast pracować, to pije, albo
gazetę w WC czyta. I zaczął mierzyć Kopciuszek, ale że nogi miał pokręcone i
kostropate, bo niemyte latami, przeto ostatnia para pasowała dopiero. Welurowe
trzewiczki. Uradowały się siostry wszystkie, a z radości smoczyca zionąć ogniem
poczęła, przez co mandrylowaci zalotnicy Brzytfanny uciekli, ale niedaleko.
Zaraz ich straże przywiodły i na miejscu łby pościnały, bo terrorystami się być
okazali. Namówili, dranie, napotkanego na brzegu fosy chłopczyka z zapałkami,
żeby zamek Brzytfanny podpalił. I naonczas okazało się, że dobrze, iż straże
kobiecymi były i pilnowały murów, a nie jak samce, co na warcie jeno w karty
grają. Ujęły halabardniczki łotrów i koniec.
A Brzytfanna ze swym First Gentelmanem żyli długo i szczęśliwie. Lampa
Alladyny im świeciła, a jak gasła, to smoczyca ogniem zionęła i było ok. Gajowa
polowała dla dworu, Dratewka barany saute siarką nadziewała, bo wolała
artystką kuchni zostać, niźli szewskiego kopyta. Ali Baba została ministrem
spraw wewnętrznych i tępiła rozbójników. Kaja trenowała skoczków narciarskich,
spośród których najlepszą pewna Małysza była, Złota zaś Rybka spełniała życzenia
wszystkich kobiet. Krasnoludkinie diamenty przerabiały na kolczyki. A co jeszcze
się działo, to przy innej okazji dopowiemy, bo Kocica w Butach na Obcasach
resztę tego rękopisu psom (sukom) na obuwie dała.
Siostry Grimm
Kiedy już napisałem tę
bajkę, zauważyłem że popadłem w seksizm, sprowadzając samców do pozycji
uciskanych i postanowiłem rachunki wyrównać, przez co powstała:
JAK
PRAWDZIWA MĘSKA PRZYJAŹŃ
ROZTRZASKAŁA KAJDANY FEMINISTYCZNEJ NIEWOLI KRÓLEWICZA ŚNIEŻKA
Był sobie król, był sobie paź, lecz na szczęście nie było żadnej królewny, tylko
królewicz. Śnieżek mu było. Królewska para go uwielbiała i dwór cały uwielbiał i
poddani - bo pięknym był młodzieńcem. Dni całe spędzał nad książkami, jako że
zamkowa siłownia, na której godzinami pracował nad muskulaturą - była tuż nad
królewską biblioteką.
Świetlana była przed Śnieżkiem przyszłość. Tak przynajmniej się wszystkim
zdawało. Niestety - odwiedziła jednego dnia zamek zła wróżka Femina i
nabuntowała królową. Płakał potem król, płakał Śnieżek, płakał i lud cały.
Królowa jednak, ideologią feministyczną opętana olała totalnie ich żale, ubrała
się w portki zamiast suknie stosowne, do karety zaprzężonej w kare klacze
wsiadła i wyjechała. Na kongres feministycznej organizacji Queen’s Liberation,
do dalekiego królestwa Amazonii. Tylko list zostawiła, że wszystko ma w swych
królewskich czterech literach, nawet złotą koronę, łącznie z małżeństwem, bo
jest już wyzwolona.
- Mówi się - trudno - rzekł król ze smutkiem i czym prędzej znalazł sobie nową
żonę, nową królową.
Nie wiedział biedak, że to kryptofeministka, przez Queen’s Liberation
nasłana podstępnie.
- Co ty wiesz o królowaniu… - rzekła małżonkowi w dziesięć minut po koronacji -
Idź lepiej na piwo, a ja się rządami zajmę.
I zajęła się. Nastały rządy Złej Królowej. Babiarchat. Wszystko na głowie
postawiła. Faceci do garów poszli, a traktiernie od rozplotkowanych kobiet się
zaroiły. Piwa zakazano, jeno ajerkoniak podawano, fikołki i różne likiery
słodkie. Sporty wszystkie prawie zlikwidowano, dozwolono tylko pływać
synchroniczne, ale jeno kobiety albo kastraci (tfu!) startować mogli. Z tego
wszystkiego rzeki do tyłu, bo od morza do źródeł płynąć poczęły. Ziemska
grawitacja ustała i antygrawitacją być zaczęła. Odpychała ludzi od ziemi, przez
co zamiast pracować, z głowami w chmurach chodzili i wskaźnik Produktu Królestwa
Brutto spadał. Podobno w jednym z dalekich zakątków królestwa koguty jajka
znosić zaczęły - tak się porobiło. Zła Królowa wszystkie normalne księgi wywlec
nakazała i spalić, w ich miejsce nakupiono wypociny wenezuelskich
zasrajpergaminów, taśmowo pisane.
Jednym słowem - straszne rzeczy się działy. Śnieżek wszystko to widział, ale
laskę kładł, bo sądził, że wróci królestwo do normalności, skoro na tron wstąpi.
Spokojnie do siłowni chodził i pakował. I pakował i pakował. Często spotykał tam
Złą Królową, której fitness na głowę padło i dbała o formę, ćwicząc ciągle i
sterydy wstrzykując. Jednego wieczoru, po powrocie z sali ćwiczeń, Zła Królowa
pochwyciła swoje czarodziejskie lusterko i spytała:
- Lustereczko powiedz przecie, kto najlepszy paker na świecie?
Lusterko chrząknęło, odplunęło i odpowiedziało:
- Śnieżek królewicz ma muskuły najprzedniejsze. Onże bysior jest nad bysiorami.
Wściekła się Zła Królowa okrutnie i wrzasnęła na Łowczynię, a kiedy ta przyszła
- nakazała jej zabrać Śnieżka do lasu i tam ukatrupić w tajemnicy. I tak się też
stało. Ale niedokładnie. Pośród boru ciemnego, Łowczyni odrzuciła kaptur, zdjęła
rudą perukę i ukazała Śnieżkowi swoje prawdziwe oblicze:
- Jam facet, Wasza Wysokość - basem głębokim „rzekła” - Jeno się ukrywam. Ani
cię więc Śnieżku nie zaciukam, ani nie porzucę na drapieżników pastwę. My faceci
- musimy trzymać się razem. Masz tu, wasza Miłość, konserwy mięsne, kompas i
giwerę z prochem i kulkami. Bierz to wszystko, uciekaj do sąsiedniego księstwa i
jak dorośniesz wracaj, by strącić tę francę z tronu, te wredne babskie rządy
zniszcz.
Po tych słowach „Łowczyni” zniknęła pośród gęstwy krzaków i jeno cuch perfum
Yvesa Saint-Laureata po „niej” się został, co to się nimi kropiła dla lepszego
kamuflażu. Śnieżek zaś ruszył w drogę.
Do rana szedł, dzień potem cały, aż następna noc go w lesie zastała. Konserwy
zjadł dawno, giwerę zagubił, jeno kulki łykał, jak kawior i prochem strzelniczym
głowę w pokucie za grzech zaniechania antyfeministycznego zrywu posypywał.
Zrozumiał wreszcie, iż nie powinien olewać polityki macochy, lecz walczyć.
Szedł, szedł i szedł, aż doszedł do polanki, na której stała chatka. Wlazł do
środka i w jadalni się znalazł. Zmęczony usiadł na małym krzesełku, ale że
byczysko był, to się złamało. Więc uklęknął i na kolanach zjadł trochę zupy z
jednego z siedmiu stojących na małym stoliczku talerzy. Najedzony sennym się
stał i do sypialni podążył. Każdego łóżka spróbował, aż zasnął na siódmym,
ostatnim, co najdalej od drzwi stało. Legł i w dwa pacierze zasnął.
Dawno już było po północy, kiedy do chatki wtoczyła się pijana banda siedmiu
krasnoludkiń. Wypacykowane były jak przydrożne lafiryndy. Chichotały głupkowato
i zataczały się jak małe fiaty na wirażu. Nagle pierwsza z nich rozdarła się,
jak stare prześcieradło:
- A co za bydlę mi moje krzesełko złamało?!
A druga jej zawtórowała:
- A z mojego talerza kto zupę żarł?!
- Spokojnie siostry, jutro gada dorwiemy. Teraz spać chodźmy, bo późno, a po tym
piwsku to nam już pułk helikopterów głowach lata, a im mniej pośpimy, więcej
pudru jutro nałożyć trzeba będzie, a drogi.
I do sypialni poszły.
- A co to?! - trzecia krasnoludkini krzyknęła - Kto śmiał kokosić się na moim
łóżeczku?!
- I na moim! I na moim! - ryknęły bełkotliwie czwarta i piąta.
- Moje też używane było! - wściekła się szósta.
Tylko siódma krasnoludkini, ta, co jej wyrko najdalej drzwi stało rzekła
spokojnym głosem:
- A dajcie spokój, siostrzyczki. Światło gaście i spać już chodźmy.
I poszły i zasnęły, ta siódma sporo później od reszty, ale pisać o tym się tu ze
szczegółami nie będzie.
Ranek, który się obudził kilka godzin później, rozpoczął Śnieżkową niewolę u
zapijaczonych karlic. Było ich siedem, więc każda dysponowała nim przez jedną
dobę w tygodniu. Mało tego - służył im królewicz we wszystkim, prócz
indywidualnych zachcianek gotując dla całej bandy, sprzątając, piorąc, oczka w
rajstopach łapiąc, czyniąc pasemka na skołtunionych kłakach, krzywe nogi
depilując i chodząc na zakupy. Zaiwaniał jak mały samochodzik. W wolnych
chwilach - rzekomo w trosce o jego sprawność manualną i intelektualną - kazały
mu, wredne karlice, mak z piasku wybierać. Tragedia. Po miesiącu oczy miał
podkrążone makabrycznie, włosy z głowy mu poczęły wypadać, jeno coraz silniejszy
fizycznie był.
Pewnego wieczoru, Zła Królowa, gościła na zamku kilka koleżanek z Quen’s
Liberation, popijała z nimi w komnacie Becherovkę i naśmiewała się
okrutnie z losu, jaki Śnieżkowi zgotowała:
- ...no i wyobraźcie sobie siostry, że kiedyś, po powrocie z siłowni, pytam ja
to moje czarodziejskie lustereczko - „powiedz przecie, kto najlepszy paker jest
na świecie” a ono mi odpowiada...
- Śnieżek, Śnieżek jest byk nad bykami - mruknęło lustereczko leżące na toaletce
królowej.
- Cicho bądź! Nie podpowiadaj mi, ja to dobrze pamiętam - żachnęła się Zła
Królowa.
- Ja nie podpowiadam - burknęło lustereczko - Ja jeno mówię, jaka jest aktualna
sytuacja
na fitnessowym polu.
- Jak to?! - wściekła się Zła Królowa - Toć Śnieżek zaciukan w lesie leży?!
- Akurat - zaśmiało się lustereczko - U krasnoludkiń za pomoc chatkową robi i ma
się całkiem całkiem, w kwestii muskulatury.
- A niech to jasna cho... - zaklęła królowa, lecz nie było słychać jak
dokładnie, bo słowa jej zagłuszył tupot nóg „Łowczyni”, która chyłkiem uciekała
z zamku, bojąc się karnej kastracji.
Zła Królowa prędko skoczyła do pobliskiego zagranicznego marketu, co w nim miast
Krajowej, zdrowej - zatrutą żywność zagraniczną sprzedawano. Kupiła trujące
jabłko, przebrała się za starowinkę i wsiadła do karety, którą popędziła ku
krasnoludzkim borom. Narobiła po drodze szkód trochę, bo jeździła cienko i
parkującym przy drodze konnym taksówkom lusterek bocznych poobrywała dwie
garści. Trochę się zmartwiła w myślach -Kurczę, znów talarów wydam na jazdy
dodatkowe.
W tym samym czasie Śnieżek pukał do drzwi kopalni, do której codziennie chodziły
jego władczynie, ponieważ podczas zakupów mu kasy brakło i chciał portfel
uzupełnić u źródła. Nikt mu nie otworzył, więc wśliznął się chyłkiem do środka,
po cichu i... zamarł ze zdumienia. Krasnoludkinie, co to, dzień w dzień,
narzekały, że tak strasznie ciężko pracują na jego utrzymanie, a on nic nie robi
tylko w domu siedzi - porozwalane spoczywały na fotelach i paliły drogie
papierosy popijając je podobnej ceny drinkami. Czkały obleśnie i pod wpływem
będąc, chichotały obrzydliwie. Co rusz popluwały nieelegancko na ziemię i
popędzały górników. A dziwni to byli górnicy. W jednym Śnieżek rozpoznał
Chłopczyka z Zapałkami, co przyświecał towarzyszom przy robocie (wspólnie z
Wawelskim Smokiem do butli z butanem podłączonym). Wielki świder rzucał na boki
biednym chłopcem, Czerwonym Kapturkiem, co wraz ze swym chorym dziadkiem i Kotem
w Górniczych Butach usiłowali odwiert wykonać. Tuż obok nich, w sennym widzie,
Śpiący Królewicz urobek złamaną łopatą nagarniał do siedmiomilowych butów.
Drewniane szalunki stawiał Wyrwidąb, a Waligóra odpalał ładunki. Krasnoludkinie
patrzyły leniwie na to, malowały paznokcie lakierem z brokatem i pogryzały
precle. Sztygarem był Król Śniegu, którego Śnieżek ledwo rozpoznał, bo białą
szatę miał pyłem węglowym ufajdaną.
Załkał na ten straszliwy widok królewicz i ruszył w powrotną drogę do chatki. Po
drodze szlochał strasznie:
- O, wy wredne szowinistyczne karlice! To tak wasza ciężka praca wygląda?! To wy
tak na moje utrzymanie harujecie?! Męskimi rękami?! O, perfidne babska! O,
załgane seksistki! Skończę ja z sobą, bo mi żywot nędzny w babskiej niewoli
obrzydł ze szczętem! Dałem się, durny, za kuchtę zrobić, sprzątaczkę, praczkę i
narzędzie uciech wszetecznych!
Łkając doszedł do chatki przed która stała Zła Królowa za staruszkę przebrana.
- Dawajże mi to jabłko zatrute! - ryknął na nią Śnieżek i wyrwał owoc ze
szponiastej dłoni, ugryzł, przełknął kęs i padł bez życia na ziemię.
Kiedy krasnoludkinie wróciły do chatki i zobaczyły zwłoki wcale się nie
przejęły, jeno czym prędzej wzięły za pomoc chatkową Kopciuszka, co był chłopcem
uległym, bo od młodości przez niańkę do kobiecej roli szykowany. Śnieżka zaś do
nieużywanego, bez wody, akwarium wsadziły i wystawiły na dwór ze względów
higienicznych.
Na szczęście niedługo potem przejeżdżał tamtędy piękny rycerz na rowerze
górskim, drugi (składany) mając do zbroi na plecach przytroczon. Zatrzymał się
przy akwarium, przyjrzał Śnieżkowi i urzeczony urodą jego - prawdziwą męską
przyjaźnią do niego zapałał. Nachylił się i w lico zimne ucałował. Kaszlnął
wtedy królewicz i wypluł kawałek zagranicznego jabłka i powstał żyw i zdrów na
ciele i (chyba) umyśle.
- Chodźmy rycerzu, męskiej rewolucji dokonać, czas już po temu najwyższy
nadszedł! - wykrzyknął Śnieżek i rzucili się do chatki, gdzie powiązali
krasnoludkinie w kij, jak Zagłobę Kozacy i popedałowali do kopalni. Tam
wyzwolili górników i ruszyli na zamek. Przegonili wszystkie feministki i
wszystko do słusznych jedynie torów powróciło. I tak od tej pory na świecie
porządek jest. Feministki w podziemiu jeno, a inne kobiety przy garach siedzą,
za zakupy biegają i mężom swym dogadzają - bo tak ich rola i kropka. I tego cudu
właśnie prawdziwa męska przyjaźń dokonała. I odtąd mężczyźni żyją długo i
szczęśliwie.

|
|