"Dehumanizer”, to trzecia część cyklu ZAKURZONE. Na cały zbiór składa się siedem opowiadań. Miejsce akcji zmienia się, bohaterowie również, wszystko jest inaczej umiejscowione w czasie. Rozważania, groza, groteska i pamiętajcie: liczba 7 nie zawsze jest szczęśliwa.

„Czasem dobry uczynek jest wynaturzeniem.”
luca


                                                               DEHUMANIZER


-
Proszę za mną, proszę – Bielecki uśmiechnął się szeroko i gestem zaprosił zgromadzonych, by pozostawili eksponaty i kontynuowali wycieczkę. Jacek niechętnie oderwał wzrok od dziwnego metalowego przyrządu z maleńkimi, poruszającymi się pod wypływem (jak wytłumaczył Bielecki) pola elektromagnetycznego, kulkami. Naukowiec poprowadził grupę w stronę ogromnych, ciężkich drzwi. Zatrzymał się i odwrócił do zwiedzających.
- Za tymi drzwiami – wskazał za siebie kciukiem – Znajdują się wynalazki o rzadziej spotykanych, niebezpiecznych właściwościach. Dlatego też nie będą państwo mogli rozdzielać się i oglądać na własną rękę. Przykro mi – dodał nieco głośniej, gdyż rozległy się pełne zawodu pomruki – Proszę się jednak nie martwić, obejrzymy tyle, na ile nam wystarczy czasu. Proszę za mną.
    I zaparłszy się nogami, pchnął z całej siły drzwi. Za nimi było niemal ciemno – jedynym źródłem światła była jasnofioletowa poświata, rzucana przez poszczególne maszyny. Jacek wszedł do sali ze wstrzymanym oddechem. Niektórzy pokazywali sobie palcami najróżniejsze wynalazki, inni rozmawiali szeptem wyraźnie poruszeni.
- A dlaczego... – odezwała się staruszka przed Jackiem, ale Bielecki jej przerwał.
- W tym pomieszczeniu jest ciemno, gdyż silne wiązki światła niebezpiecznie wpływają na niektóre z tych urządzeń. Jednakże same dostarczają nam tyle światła, ile potrzebujemy.
    Wśród zgromadzonych rozległ się pomruk zainteresowania i ruszyli za Bieleckim, który poprowadził ich do pierwszego urządzenia. Jacek zawsze wolał chodzić samemu, ale musiał przyznać, że ten facet przyciągał uwagę i opowiadał w naprawdę intrygujący sposób.
    W sali było mnóstwo wynalazków autorstwa Bieleckiego, a Jacek ze zdumieniem stwierdził, że nawet jako student fizyki o takowych nigdy nie słyszał. Naukowiec prowadził zwiedzających od jednego do drugiego urządzenia, opowiadał zadziwiające historie o ich właściwościach i przeznaczeniach. Zwiedzanie tego pomieszczenia trwało dłużej, niż wszystkich poprzednich razem wziętych.
- I tak dotarliśmy to końca naszej wycieczki – zakomunikował wesoło Bielecki, wyprowadzając grupę z sali – Mam nadzieję, że się państwu podobało. Na koniec może mają państwo jakieś pytania?
Och, mnóstwo – rzekł w duchu Jacek. Pewnie dlatego, że nie odpowiadałeś na nie w trakcie zwiedzania.
    I rzeczywiście, natychmiast w górę wystrzeliły ręce. Bielecki z uprzejmym uśmiechem po kolei wybierał kogoś i wyjaśniał poszczególne kwestie. Jacek postanowił, że nie będzie się przepychał, tylko poczeka i posłucha odpowiedzi na pytania innych.
    Nagle rozległ się przerażający krzyk i Bielecki urwał w połowie zdania. Przez chwilę stał nieruchomo z głową zwróconą do drzwi, za którymi mieściło się to fascynujące pomieszczenie, przysłuchując się tym bolesnym wrzaskom. Po chwili ocknął się i nacisnął klamkę.
- Przepraszam państwa – rzucił krótko w kierunku zgromadzonych. Po chwili zniknął im z oczu. Niewiele myśląc, Jacek pobiegł za nim i wetknął głowę między drzwi. Zdążył zobaczyć tylko zarys jakiejś rzucającej się postaci, zanim Bielecki zastąpił mu drogę.
- Proszę stąd wyjść – rzekł już nie tak sympatycznych tonem, a z jego twarzy zniknął przyjazny uśmiech – Mieliśmy tu mały wypadek, proszę nie przeszkadzać – i wypchnął Jacka na zewnątrz.
- Co się stało? – pytali inni, gdy szedł w stronę wyjścia – Co się dzieje?
- Nie wiem – odparł Jacek zgodnie z prawdą – Był jakiś wypadek.
    Mimo zapewnień Bieleckiego, nie czuł się spokojniej. Stanął na schodach przed budynkiem i zapalił papierosa. Poczerniałe niebo rozdarła błyskawica, więc założył na głowę kaptur i czym prędzej ruszył w stronę przystanku autobusowego.

* * *

- I nie widziałeś, co się stało? – zapytał po raz któryś Artur.
- Niewiele – powtórzył wyciągnięty na kanapie Jacek i wpatrzył się w sufit – Widziałem, że ktoś się miota po podłodze, ale Bielecki mnie wyrzucił.
- Pewnie to był wypadek – stwierdził Artur i włączył komputer.
- Nie słyszałeś tych wrzasków! – zdenerwował się Jacek i usiadł – W życiu nie miałem do czynienia z czymś tak przerażającym. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo cierpiał ten człowiek.
- To był mężczyzna?
- Tak... – odparł niepewnie – Chyba tak. Ale co to ma za znaczenie?
- Pewnie żadne – westchnął Artur i zaczął klikać myszką.
- Kurwa, mógłbyś przestać, choć na chwilę, grać w to gówno? – warknął Jacek i udał się do kuchni.
- Przecież nie grałem, kiedy rozmawialiśmy – usłyszał Artura, gdy szedł korytarzem.
    Mruknął coś pod nosem, ale zrezygnował z dalszych prób perswadowania mu, grania bez przerwy w World of Warcraft. Z drugiej strony sprzedając postacie na allegro, jego współlokator zarabiał na czynsz. Wziął piwo z lodówki i usiadł na krześle pogrążony w myślach.

* * *

    Minęło kilka dni od wydarzenia w laboratorium i Jacek przestał się zadręczać. Jechał pożyczoną od Artura Cordobą po Magdę, by zabrać ją do jakiejś knajpy. Zadzwoniła komórka.
- Tak? No, już jadę... Co? No było, było, ale mnie to już nie interesuje... Szykujesz się? No, bo ja zaraz będę... OK, poczekam na dole w samochodzie... Pamiętasz, jak wygląda auto Artura? Takie ciemnozielone... No... To do zobaczenia. Ja ciebie też. No... Pa.
    Rzucił telefon na miejsce pasażera i skręcił. W radiu akurat leciał kawałek Mike’a Oldfielda, Moonlight Shadow. Zawsze lubił tę piosenkę, więc zrobił nieco głośniej.
- Lost in a river last saturday night, far away on the other side… - zafałszował z lubością i skręcił w ciasną jednokierunkową uliczkę. Jechał powoli I ostrożnie, żeby nie uderzyć w któryś z zaparkowanych po obu stronach pojazdów. Kurwa, kiedyś któremuś specjalnie w dupę wjadę – pomyślał rozeźlony.
- Ej... Co ty robisz?! POMOCY!!! – przerażony krzyk rozdarł brutalnie powietrze.
    Zahamował z piskiem opon i wypadł na ulicę. Jakiś staruszek cofał się przed wysokim, umięśnionym mężczyzną. Napadnięty upadł na ziemię i osłonił twarz rękami z przeraźliwym wrzaskiem. Jacek, nie mogąc stać bezczynnie, rzucił się od tyłu na napastnika i powalił go. Wykręcił mu ręce i przytrzymał na plecach.
- Niech pan dzwoni po policję! – krzyknął do staruszka.
- Nie mam telefonu...
- Leży u mnie na siedzeniu, szybko! – gorączkował się Jacek, bo ręce zaczynały mu się pocić, a napastnik nie dawał za wygraną. W tym mężczyźnie było coś dziwnego. Syczał, prychał i wydawał z siebie inne nieartykułowane dźwięki, ale nie odzywał się ani słowem.
- Leż spokojnie! – warknął Jacek i uderzył go łokciem w głowę. Niestety poluźnił przez to uścisk i tamten wykorzystał chwilę nieuwagi, by uwolnić prawą rękę. Przetoczył się na bok i zrzucił go z siebie. Jacek uderzył głową w zderzak jakiegoś auta. Pociemniało mu w oczach. Napastnik podszedł, postawił go na nogi i wymierzył potężnych cios w szczękę. Jacek przetoczył się przez maskę samochodu i wylądował po drugiej stronie. Rozłożony na ziemi czuł, jak ból zgruchotanej szczęki powoli zanika. Obraz powoli się zamazywał i w końcu stracił przytomność.

* * *

- On zawsze musi się w coś wpakować – mówiła Magda, razem z Arturem biegnąc szpitalnym korytarzem.
- Poczekaj na wyjaśnienia, zanim go opieprzysz – zaśmiał się sztucznie Artur i przyspieszył. Wpadli do sali, gdzie leżał Jacek i usiedli przy łóżku.
- Jak miło – wychrypiał poszkodowany.
- Kochanie, co się stało? – zapytała zatroskana Magda.
- Kto cię tak urządził? – zawtórował jej Artur i przysunął się nieco bliżej. Jacek wyglądał fatalnie; miał podbite oko, paskudne rozcięcie na lewym policzku, a cała głowa, łącznie ze szczęką, była obandażowana.
- Żebym to ja wiedział – wzniósł oczy do nieba – Poszedłbym i spuścił porządny wpierdol.
- Nie wyrażaj się – skarcił go Magda, ale uśmiechnęła się blado – Właśnie widzę, jaki łomot byś mu spuścił.
- Dał mu fory – zażartował Artur, ale natychmiast spoważniał – Słuchaj, stary. Tak na serio nie masz pojęcia, kto to mógł być? Nie znasz nikogo, kto by chętnie obdarował przywilejem parkowania na miejscu dla inwalidów?
- Przecież to ja go zaatakowałem – zauważył Jacek, ale na widok zdziwionej miny Magdy, dodał: – To znaczy... On napadł na tego faceta, to wysiadłem i naskoczyłem na niego. Więc to raczej nie było zaaranżowane.
- Tak? – Magda wyprostowała się na krześle – Niekoniecznie. W jednym filmie z De Niro...
- Kotku, ale to tylko film – próbował jej przerwać Jacek.
- Ale nie zaprzeczysz, że to możliwe.
- No, nie... Ale jakoś wątpię, bym był celem dla jakiegoś skomplikowanego napadu. Jestem zwykłym szarym człowiekiem – próbował się zaśmiać, ale jęknął i zrezygnował – Lekarze mówią, że napastnik uznał, że mam o dwa zęby za dużo i wytrącił mi szczękę z zawiasów.
- No, to już wiemy, że to dentysta – parsknął Artur, ale zamilkł, widząc piorunujące spojrzenie Magdy.
- Wypuszczą mnie za parę dni – kontynuował Jacek – Jak wyzdrowieję, spróbuję się dowiedzieć czegoś na ten temat...
- Po moim trupie! – warknęła Magda.

* * *

    Jacek stał oparty o murek i palił papierosa. Artur przechadzał się w tę i z powrotem, co jakiś czas rzucając wystraszone spojrzenie na towarzysza. Było prawie zupełnie ciemno, światła paliły się tylko w jakimś barze i w laboratorium.
- Jesteś pewny? – zapytał Artur.
- Kurwa, pytasz o to już chyba setny raz – warknął Jacek – Wyluzuj.
- Bo jak nas złapią...
- Nie złapią.
- Ale jeśli...
- Zamknij się! Wychodzi.
    Zgasił papierosa i obserwował bacznie Bieleckiego, zamykającego drzwi do budynku. Nie spieszył się, powoli przekręcał klucz w zamku. Naukowiec rozejrzał się bacznie dookoła i w końcu wsiadł do samochodu. Chwilę siedział w nim, jakby czuł się obserwowany, ale wreszcie zapalił silnik i odjechał.
- Czas na nas – rzekł Jacek i ruszył w stronę laboratorium. Obeszli je dookoła i w końcu znaleźli to, czego szukali.
- Jesteś pewien, że nie ma ochrony? – wyszeptał Artur, gdy Jacek podszedł do jedynego nieokratowanego okna z dużym, ciężkim kamieniem w dłoniach.
- Tak, obserwowałem to miejsce już tydzień i jestem pewny – odparł i cisnął kamień w szybę. I rzeczywiście, nie odezwał się żaden alarm, a w środku nie było nikogo, kto mógłby zareagować. Zwinnie wspiął się na parapet i wszedł do środka, po czym podał rękę towarzyszowi, by mu pomóc.
- Dobra, tędy – zakomenderował i ruszyli razem korytarzem. W ciemnościach wszystkie te urządzenia wyglądały na jeszcze dziwniejsze i bardziej przerażające, niż za dnia. W końcu dotarli do tego pomieszczenia, gdzie doszło do wypadku. Razem zaczęli napierać na ciężkie drzwi, ale nie ustąpiły.
- Cholera – rzekł Jacek – Jak mogłem tego nie przewidzieć?
- No właśnie – mruknął Artur.
- Ej, odpieprz się, dobra? Próbuję myśleć.
- O, to coś nowego!
- Nie kłóćcie się, panowie.
    Jednocześnie odwrócili głowy w stronę, skąd wydobywał się głos. Stał tam Bielecki, a za nim kilkunastu jego pracowników. Uśmiech na twarzy naukowca nie był tym, który Jacek zapamiętał z wycieczki. Był przerażający, pozbawiony ludzkich cech, może poza jedną; ten grymas był jednak bez wątpienia uśmiechem.
- Naprawdę sądziliście, że nie pilnujemy tego miejsca w nocy? – zaśmiał się szyderczo Bielecki. Ani Jacek, ani Artur nie znaleźli w sobie na tyle odwagi, by mu odpowiedzieć. Tak bardzo głupio się czuli, a w myślach obwiniali się nawzajem.
- Brać ich – rozkazał, a otaczający go podwładni rzucili się na nieproszonych gości i obezwładnili ich. Bielecki niespiesznie otworzył drzwi i wwleczono ich do środka. Zostali poprowadzeni do kolejnych drzwi, nad którymi widniał wyraźny napis ZAPLECZE.
    Tak, jak spodziewał się Jacek, za drzwiami znajdowało się jeszcze jedno urządzenie. Było ogromne, sięgało sufitu, który w tym miejscu był wyraźnie wyżej niż w pozostałych w innych miejscach w budynku. Jedną z części urządzenia było krzesło, przypominające krzesło elektryczne.
Ja śnię – pomyślał Jacek. Jak z pieprzonego Frankensteina!
- Pan pierwszy – Bielecki zwrócił się do Artura – Ma pan pecha, że pański przyjaciel, jest taki ciekawski i zuchwały. Zapraszam.
    Artur wierzgał i wrzeszczał, ale w końcu unieruchomili go na krześle. Bielecki bez słowa szarpnął za dźwignię. Jacek bez słowa przyglądał się, jak Artur trzęsie się pod wpływem przechodzącego przez jego ciało prądu, jak oczy wyłażą mu z orbit. Wyglądało na to, że Artur umrze, ale podświadomie wiedział, że nic takiego się nie stanie. Będzie gorzej.
- Dość – rozległ się głos Bieleckiego i wyłączył maszynerię – Zamknąć go z innymi.
    Dwóch podwładnych chwyciło Artura i wyniosło go do innego pomieszczenia. Jacek odprowadził ich wzrokiem i dopiero, gdy zniknęli mu z oczu, spojrzał na Bieleckiego.
- Teraz pan rozumie? – zapytał tamten z nieprzyjemnym błyskiem w oczach.
- Zamienia ich pan w zwierzęta – mruknął Jacek.
- Coś w tym rodzaju – uśmiechnął się Bielecki i zbliżył się – To – wskazał na machinę – jest Dehumanizer. Czy to coś ci mówi?
- Kojarzy mi się z dehumanizacją – powiedział Jacek niewinnym tonem.
- To miło, że jeszcze ma pan ochotę żartować. Tak, dehumanizacja, czyli pozbawianie ludzi cech, charakterystycznych tylko i wyłącznie dla ich rasy.
- Ale dlaczego? – zapytał Jacek, ze zdziwieniem stwierdzając, że jego głos spokojny, niemal beznamiętny, jakby to pytanie było obowiązkowe, a nie zadane z chęci otrzymania wyjaśnień.
- Ludzie to zaraza – ton Bieleckiego zmienił się. Teraz był zły, nawet wściekły – Rodzaj ludzki to choroba, a ja jestem lekarzem.
- Nie ma to, jak zabawa w doktora.
- Zabawa to jedno, ja jestem cudotwórcą – stwierdził naukowiec i złapał go za koszulę – Czymże jest człowiek, jak nie chorobą? Dżumą, na którą choruje cała planeta? Bez przerwy zaburza normalne funkcjonowanie przyrody, zmienia ją i zaprzecza narzuconym przez nią prawom.
- Pan również jest człowiekiem.
- Tak, ale ktoś musi tym pokierować. Bóg wybrał mnie.
No tak – rzekł w duchu Jacek. Jeśli wariat, to zawsze polecenia z najwyższej półki.
- Tobie, przyjacielu, pozostawiam jednak wybór – rzekł Bielecki i położył mu rękę na ramieniu. Jacek przez chwilę chciał ją strzepnąć, ale naraz przeszła mu na to ochota. Teraz łakomie wsłuchiwał się w każde jego słowo.
- Możesz dołączyć do swojego przyjaciela, jako jeden z uratowanych, ale możesz też wraz ze mną dostąpił zaszczytu rekonstrukcji świata.
Uratowany, zaszczyt, naprawa świata...
- Dołącz do mnie.

* * *

- Kochanie, ale dlaczego Artur się wyprowadził? – zapytała Magda, gdy rozmawiał z nią przez telefon.
- Och, dostał jakąś fuchę w Warszawie i wyjechał – odparł Jacek – Pewnie wpadnie za jakiś czas.
- Ale nie pożegnał się...
- Prosił, żebym zrobił to za niego.
    Pauza. Wiedział, że nie chce jej się w to wierzyć, ale nie miał zamiaru podsuwać argumentów do dalszych podejrzeń, więc nie przerywał ciszy.
- Przyjdziesz dzisiaj do mnie? – zmieniła temat i Jacek mógłby przysiąc, że pod nosem uśmiechnęła się kokieteryjnie.
- Nie mogę, pracuję – odmówił ze szczerym żalem.
- Odkąd ten Bielecki zatrudnił cię w laboratorium, siedzisz tam bez przerwy – zdenerwowała się – Co wy tam robicie?
    Jacek zamilkł na chwilę. Co robimy? Tak dokładnie, to sam nie wiedział, bo Bielecki nie chciał zdradzić szczegółów działania Dehumanizera.
- Naprawiamy świat – odparł z uśmiechem.
- Tak samo mówiłeś, kiedy rozwoziłeś coca-colę – żachnęła się Magda.
- Tym razem nie żartuję.

 

wstecz