| |
Między życiem a snem
- ...ajwyżej cztery godziny temu – usłyszałem przytłumiony głos, dobiegający
gdzieś z oddali.
- Przyczyna zgonu? – drugi głos brzmiał donośniej. Słowa były wyraźne i bez
trudu stwierdziłem, że należą do mężczyzny. Coś było nie tak. Mówią o mnie?
Gdzie jestem? Nie wiedziałem, co się dzieje.
- Uderzenie zaokrąglonym przedmiotem w tył głowy – pada odpowiedź. To ten
sam, pierwszy głos, jednakże jakby bliżej – To może być jakiś pręt albo
rurka. Cios został wymierzony w przysadkę mózgową – faktycznie, czułem
nieziemski ból nad karkiem. Więc to jednak o mnie chodzi – Zabójca chyba
chciał mieć pewność, że będzie skuteczny, gdyż na plecach również widać
siniaki i rany. Nie wiem na razie, czy najpierw go skatowano, a potem
dopiero uderzono w głowę, czy odwrotnie. Po sekcji dam ci znać.
- A narzędzie zbrodni? – zapytał jakiś inny, niesłyszany przeze mnie
wcześniej głos.
- Przecież powiedziałem, że...
- Pytam, czy znaleźliście.
- Wciąż szukają – poczułem ohydną woń strawionego posiłku i papierosów. Ktoś
klęknął obok mnie. Czyjeś palce rozsunęły mi powieki, ale i tak niczego nie
widziałem. Usłyszałem ciche pstryknięcie – chyba włączył latarkę. Ciemność
przed moimi oczami przybrała szary kolor, światło minimalnie ją rozjaśniło.
- Źrenice wciąż reagują, ale to możliwe nawet do kilku godzin po zgonie –
powiedział ktoś – Włosy i paznokcie, na przykład, rosną jeszcze bardzo
długo. Ich komórki obumierają najpóźniej. Zdarza się, że po otwarciu trumny
nieboszczyk jest po prostu szponiastym hipisem – zaśmiał się krótko. Nie
mogłem oprzeć się wrażeniu, że te słowa sprawiają mu przyjemność – A jeśli
naciśniesz mu brzuch, to z ust wydobywa się tak zwany „trupi oddech”...
- Mógłbyś nam zaoszczędzić szczegółów? – zdenerwował się któryś.
- To dziwne – powiedział jeden ze zgromadzonych. Byłem tak słaby, że nie
rozróżniałem ich głosów – Wygląda zdrowo. Czy po tylu godzinach krwawienia
nie powinien choć trochę zblednąć?
- Niby tak, ale nie oddycha i nie czuć pulsu – odparł niepewnie ten, który
mnie badał.
- Możliwe, ale na razie weźmy go do szpitala – zakomenderował inny. No nie!
– ironizowałem w myślach. Już teraz? Nie było lepiej poględzić jeszcze z
godzinkę?!
- Po co? Przecież widać, że jest martwy... – próbował protestować ten, który
orzekł mój zgon.
- Nie ma czasu na pieprzenie! – warknął jeden z obecnych – Gdyby ktoś na tej
zasadzie miał mnie wcisnąć do trumny, to nie ruszałbym się nigdzie bez
niczego do żarcia w kieszeni. Zwłaszcza, gdybym miał wyglądać równie zdrowo
jak on. Jeżeli gość żyje, to trzeba go ratować!
Ktoś westchnął z rezygnacją. Poczułem jak ten facet obok
wstaje z przyklęku. Po chwili usłyszałem szelest plastiku – Pewnie
przykrywają mnie czarną płachtą – pomyślałem. Niby wiozą do szpitala, ale są
pewni, że jestem denatem!
***
Sen. To jest to, czego nie można odebrać nikomu ani niczemu,
bez względu czy jest żywe, czy martwe. Nieważne jest też, czy jest to
przedmiot, który nigdy nie był ożywiony, czy też istota żywa, którą zabrała
śmierć. Wszystko, co martwe śpi wiecznie i ma wszystko gdzieś, a żywe
zasypia, by choć na chwilę zapomnieć o Bożym świecie. Ja nie miałem pojęcia,
czy śpię, czy rzeczywiście nie żyję. A jeżeli śpię, to dlaczego słyszę i
czuję? MYŚLĘ?!
Pik-pik.
Dobrze znam ten dźwięk. Taki sam słyszałem po tym wypadku na
motocyklu. Ale gdzie i co to było? Spróbowałem poruszyć ręką; nic z tego.
Mimo to czułem tkwiącą pod skórą igłę. To pewnie kroplówka. Podają mi
jedzenie w płynie, a ja nie mogę poczuć smaku.
Pik-pik.
Przecież ja myślę i czuję, więc to nie może być sen!
Spróbowałem wydać z siebie jakiś dźwięk, ale nawet nie udało mi się otworzyć
ust.
Gdzie jestem?
Co się ze mną dzieje?
Pik-pik.
Dlaczego ktoś mi to zrobił? I kto? Może to jakiś bezdomny?
Boże, wybaczę mu, ale przywróć mnie do życia! – rozpaczałem w myślach.
Agresja może być zrozumiała, jeśli spojrzymy na nią oczami ludzi, którzy nie
mają co włożyć do ust, marznących w poczekalni dworca czy wyrzuconych z domu
przez wyrodne dzieci. Jest nie-wynaturzona. Człowiecza. To gest
rozpaczy, prośba o litość, błaganie człowieka skrzywdzonego przez los lub
bezwzględnych „bliźnich”.
Klap-klap.
Kroki. To na pewno kobieta – pomyślałem. Mężczyźni w
szpitalu noszą zwyczajne buty, a to bez wątpienia był odgłos klapków.
W szpitalu! TAK!
Jestem w szpitalu!
Owionęła mnie delikatna woń perfum. Ktoś odchrząknął i
poruszył kroplówką, bo rurka napięła się, wprawiając leciutko w ruch tkwiącą
w mojej żyle igłę. Poczułem na czole dotyk delikatnych, gładkich dłoni.
Pielęgniarka przesunęła palcem po mojej powiece…
Światło!
Rozwarła mi szczęki. Chciałem powiedzieć „Aaa!”, lecz
nawet jeżeli chciałbym ją tym niewinnym żartem wystraszyć, to i tak nie
mogłem. Zamknęła mi z powrotem usta i wyszła.
Więc tak wygląda śpiączka? Chodzi o to, że się czuje, widzi i
myśli, ale nie można się obudzić ani wykonać żadnego ruchu? To przypomina
taki moment przed zaśnięciem, gdy sen jeszcze nie nadszedł, ale wpadamy w
rodzaj transu. Często wydaje się, że spadamy, a gdy uderzamy o dno,
podskakujemy na łóżku przerażeni. Więc o to w tym chodzi?
Nagle poczułem coś.
Ruch!
Tak. Z całą pewnością poruszyłem palcem. Małym palcem prawej
stopy. Spróbowałem otworzyć oczy. Dziwny, nieopisany ból przeszył mi głowę,
ale jakimś cudem udało mi się. Uderzyła mnie oślepiająca jasność. Przez
dłuższą chwilę wzrok przyzwyczajał się do światła.
Jak długo byłem nieprzytomny?
W końcu zobaczyłem… Tak, nie myliłem się – to była szpitalna
sala. Jednak nie mogłem poruszać gałkami ocznymi. Moja głowa była
nieznacznie uniesiona na poduszce i widziałem biały sufit, fragment drzwi
oraz ścianę na wprost.
Puk-puk.
Ktoś zapukał do drzwi. Idiota – pomyślałem. Jakim
cudem nieprzytomny miał mu otworzyć?
Drzwi jednak otworzyły się, a po chwili zamknęły. Przed oczami pojawiła się
twarz jakiegoś starszego mężczyzny. Był prawie zupełnie łysy. Biła od niego
nieprzyjemna woń papierosów i... Tak, alkoholu chyba też. Uśmiechnął się i
usiadł obok łóżka.
- Więc faktycznie żyjesz – powiedział. Zniknął mi z pola widzenia, ale
wiedziałem, że zobaczyłbym go, gdybym tylko mógł skierować wzrok minimalnie
w prawo – Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Twardy z ciebie chłop,
przyjacielu.
Skąd on mnie zna? – pomyślałem.
- Poznaliśmy się na miejscu zbrodni – powiedział to taki tonem, jakbym był
jakąś dziewczyną, którą podrywał kiedyś w barze i właśnie jej to prz
ypomina – Orzekłem twój zgon, ale ty jakimś cudem wyśliznąłeś mi się spod
skalpela.
Że co?! Popieprzyło cię,
człowieku?!
- Medycyna zna przypadki, – odezwał się znowu – w których pozornie martwy
człowiek niespodziewanie ożywał. Podobno mówi się, że to... zaraz... –
milczał chwilę najwyraźniej szukając odpowiedniego sformułowania – Ach, tak.
Że „ma fory w Niebie”.
Więc to jednak nie jest śpiączka – uświadomiłem sobie. Nie
mówiłby wówczas do mnie. Wiedziałby, że go nie słyszę. Ale dlaczego jestem
taki bezwładny?
- Wiem, że mnie słyszysz – wydyszał mi w twarz, pojawiając się nagle przed
moimi oczyma. Był wściekły – Nie dam ci uciec. Byłeś martwy, więc powinieneś
trafić do piachu. Nie można odebrać Bogu tego, co do niego należy!
Przeraziłem się nie na żarty. Mężczyzna rozwarł mi szczęki i
wepchnął coś do gardła. Potem znowu usiadł i czekał. Mijały minuty. Co on mi
dał? – myślałem w gorączce. Ten idiota chce mnie zabić! Nagle
zarejestrowałem, że urywane pikanie aparatury sprawdzającej stan serca
przeobraziło się w długi dźwięk. Znałem go z filmów. Pojawiał się zawsze
wtedy, gdy pacjent umierał. Umierał.
- Do zobaczenia – szepnął tamten i wybiegł z sali wołając pomocy. To koniec
– pomyślałem. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo się mylę.
***
I znowu zacząłem się budzić. Więc...
żyję?
Żyłem...
Tym razem bez problemu otworzyłem oczy. Moje kończyny były
zdrętwiałe, ale udało mi się zacisnąć dłonie w pięści. Uniosłem głowę i
syknąłem z bólu. Spróbowałem podnieść rękę, ale coś krępowało moje
nadgarstki. To samo z nogami. Co jest? – zdziwiłem się. Rozejrzawszy
się po pomieszczeniu, stwierdziłem, że nie przypomina szpitalnej sali. Jest
ciemne, a jedyne okno wcale nie wychodzi na zewnątrz, ale po prostu na
korytarz. Spróbowałem coś powiedzieć. Mój język odmówił posłuszeństwa.
Postanowiłem jednak za wszelką cenę wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.
Mmm... Aaa... – myślałem, usiłując zmusić krtań i struny głosowe do
pracy, ale wciąż nic. Mmm...
- Mmm... – wydobyło się z mojego gardła. Tak! Udało się!
Usłyszałem na korytarzu jakieś kroki. Jezu, uratują mnie
– przemknęło mi przez głowę i zacząłem mruczeć. Drzwi otworzyły się i do
środka wszedł ten sam łysy facet, który chciał mnie zabić w szpitalu, w
towarzystwie innego, znacznie młodszego o bardzo długich czarnych włosach.
- Słyszałeś coś? – zapytał ten młodszy. Szybko zaprzestałem prób zwrócenia
na siebie uwagi i zamknąłem oczy.
- Nie – odparł niedoszły morderca. Usłyszałem, że zbliżyli się i stanęli
nade mną. Wstrzymałem oddech.
- No, do roboty – powiedział starszy. Przez chwilę krzątali się. Słyszałem
brzęk narzędzi. Zaczynało brakować mi powietrza. Uchyliłem powiekę, by
zorientować się w sytuacji i wypuściłem powietrze. Nie wiedziałem, co chcą
zrobić i szczerze mówiąc nie byłem tego ciekaw.
- Chryste, Ralph – odezwał się starszy – Kiedy ostatnio byłeś z wizytą u
fryzjera?
- Kiedy Madonna była jeszcze dziewicą – odparł tamten.
- Obawiam się, przyjacielu, że nie było cię wtedy na świecie – zarechotał
łysy, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wiele by dał, aby posiadać
podobnie bujną pelerynę włosów. Zbliżył się do mnie i znowu zaczerpnąłem
powietrza.
- Niedługo stuknie mi trzydziestka! – żachnął się Ralph.
- No właśnie – przytaknął tamten – Nie sądzę, by miała więcej niż dziesięć
lat, gdy straciła cnotę – i wybuchnął śmiechem, przekonany zapewne, że to
doskonały żart. Młody tylko uśmiechnął się blado.
Wykonałem wydech najciszej, jak mogłem, ale łysy mężczyzna
obrócił się. Spojrzał na mnie. Zbyt gwałtownie zacisnąłem powieki i byłem
pewien, że bez problemu wychwycił ruch.
- Ralph – zwrócił się do młodszego – Przynieś kawy. Napijemy się jeszcze
przed robotą.
- Ale...
- Idź – powiedział nieco ostrzej.
Usłyszałem, jak młody wychodzi i narosła we mnie panika.
Przecież nie mogłem zostać sam na sam z tym szaleńcem! Otworzyłem oczy i
spróbowałem wydać z siebie jakiś odgłos, ale łysy szybko zareagował i zatkał
mi usta. Doszedł nas trzask zamykanych drzwi. Dopiero wtedy mnie puścił.
- Jesteś uparty – rzekł i zaczął grzebać w kieszeni.
- Mmm... – zamruczałem i spróbowałem napiąć mięśnie, lecz to za mało, by
rozerwać krępujące moje kończyny pasy. Byłem bezsilny, zdany na jego łaskę.
- Bądź grzecznym chłopcem i otwórz swoją piękną buźkę – uśmiechnął się i
wyciągnął ku mnie dłoń, na której spoczywało kilka białych tabletek.
Zacząłem się szamotać najsilniej jak mogłem, lecz nadwątlone siły nie
pozwalały mi na zbyt stanowczy opór. Przemocą rozwarł mi szczęki i wepchnął
pastylki do gardła tak głęboko, że omal nie zwymiotowałem.
- Nie wiem, jakim cudem uniknąłeś śmierci po tej dawce, jaką zaaplikowałem
ci w szpitalu. Tym razem nie będziesz miał tyle szczęścia.
Spojrzałem na niego przerażony. Nie! – wrzeszczałem w
myślach. Nie chcę umrzeć! Ale on się tylko uśmiechnął.
- Teraz śpij na zawsze – rzekł melancholijnym głosem.
Rozpaczliwie rzucałem się na łóżku, lecz nie przynosiło to
żadnych efektów. Poczułem napływające do oczu łzy, a po moim ciele zaczął
rozchodzić się nieprzyjemny chłód.
- Nie lubię, jak mi się przeszkadza w pracy. Wiesz? – spojrzał na mnie z
zaciekawieniem. Siły opuszczały mnie. Zrezygnowałem ze wszelkiego oporu –
Życie jest jak zapałka.
TRZASK!
Wrocław,
grudzień 2007

|
|