| |
Mit o nausznikach
A było to w czasach, kiedy, przed wieloma już laty, Achajowie wszyscy powrócili
ze zwycięskiej na Troję wyprawy. Jeden Odyseusz nie wracał, skubany. Boga
Posejdona zemsta go, po morzach i obcych krajach zamieszkanych przez
barbarzyńców i potwory, miotała.
Nad brzeg morza, w Itace, nadszedł o ponurej twarzy młodzieniec. Chwilę stał
długą i wyblakłymi od tęsknoty łez oczami w morze patrzył. I patrzył. Wzrokiem
horyzontu sięgał, atoli nie widział niczego. W końcu usiadł i zapłakał gorzko,
ech, gorzko... Cholera, jak gorzko...
Nieboskłonem przejeżdżający Helios, słońca bóg, nudził się okrutnie. Codzienna
podróż jego ku kresowi zmierzała. Jedną ręką wodze dzierżył swych ognistych
rumaków, palcem drugiej, dystyngowanie, jak na olimpijskiego boga przystało,
dłubał w nosie z elegancją nieziemskiej iście proweniencji. Jadąc, zerkał
znudzony na ziemię, na której nic się nie działo ciekawego, a jako, że rumaki
jego nie dotykały kopytami niczego twardego, w absolutnej podróżował ciszy i
dzięki temu szloch usłyszał młodzieńca. Zainteresowało go to, był bowiem bogiem
wrażliwym na ludzi cierpienia, Achajów szczególnie, którzy weń wierzyli i ofiary
mu składali, z dziewic pięknych, a młodych głównie.
- Prrr - zawołał bóg do swych koni ognistych, a te stanęły rżąc ze zmęczenia -
Kim jesteś młodzieńcze i dlaczego płaczesz?
Zdziwiony młodzian porwał się z ziemi i głowę zadarłszy do góry, a oczy
przysłaniając (Helios świecił bardzo mocno i walił po oczach UV straszliwie)
odpowiedział:
- Telemach jam, syn Odyseusza. Płaczę, bo ojciec już od dziesięciu lat spod Troi
nie wraca. Boim się, wraz z rodzicielką mą, że zginął gdzieś po drodze, bo i
skłonny do afer on, a i do zadym wszelakich.
- Aha, to faktycznie masz chłopcze ostro przerąbane, zaiste – wychrypiał Helios
i pociągnął z amfory łyków kilka nektaru, by głosowi, który po wczorajszych
imieninach Zeusa nieco mu odmawiał posłuszeństwa, nadać boskie brzmienie i
zagryzł ambrozją – Moim zdaniem, kurczę, trapić się nie powinieneś, ojciec twój
powróci. Pomogę ci, jeno zaparkuję rydwan mój w pałacowym garażu. Przyślę ci
tutaj do pomocy syna mego. Faeton zabierze cię i szukać pojedziecie Odysa, kędy
tylko potrzeba będzie. Przynajmniej, obszczymur jeden, przyda się i pożytecznego
co spełni, miast podglądać Nereidy zza chmur, dniami całymi
- Wielkie dzięki ci, o, Heliosie nieśmiertelny! – uradowany wykrzyknął Telemach.
- Nie ma za co, moje dziecko – pobłażliwie uśmiechnął się Helios i trzasnął z
bata.
Rydwan ruszył prędko i nadszedł tym samym zmrok szybszy, niż zwykle o tej porze
roku. Telemach usiadł i cierpliwie czekał na Faetona, który nadciągnął niebawem
i obniżył tak bardzo lot rydwanu, że syn Odysa mógł błyskawicznie wskoczyć do
niego.
- Witaj, Heliosa synu!
- Witaj, synu Odysa, trzymaj się mocno, bo pojedziemy szybko. Mój boski rodzic
piernikiem jest starym i lata powoli, mnie atoli żadne prędkości ograniczenia na
niebie nie obowiązują, albowiem w dupie je posiadam - roześmiał się Faeton i
konie popędził.
I pognał rydwan. Pomrocznie i jasno na ziemi się zrobiło z pędu tego
niezwyczajnego Heliosa pojazdu. Popłynął rydwan złocisty po nieboskłonie z
szybkością wielką. Zaiwaniał nad morzami. I Achajskim i Egejskim. W końcu i nad
Śródziemnym. W tyle pozostała i Kraina Feaków i groźne Scylla i Charybda,
postrachem żeglarzy będące. Oślepion cyklop Polifem swąd na niebie czując,
pogroził im z ziemi, lecz nie był w stanie zrobić krzywdy nijakiej, skoczyć im
mógł, jeno.
Chwili pewnej, Faeton z Telemachem zoczyli w dole, na czarnej już prawie o tej
porze dnia (a raczej nocy) toni morza kształt jakowyś.
- Faetonie! Obniż boskiego lot swego rydwanu, coś tam jest, okręt to chyba
achajski!
- Dobrze, trzymaj się mocno Telemachu, bo rzucać może, a pasy zapnij - odparł
Faeton i w dół runął rydwanem.
Dwadzieścia metrów nad kształtem owym, który istotnie się okazał okrętem,
wyhamował lot tak gwałtownie, że aż iskry z kopyt o rumaków ognistych poszły.
Zawisł rydwan na nieboskłonie, młodzieńcy wychylili się i w dół popatrzyli.
- O kurde, dzięki ci! Dzięki, o, boski Heliosie i tobie Faetonie, synu jego -
uszczęśliwion Telemach wykrzyknął - To ojca mego okręt. Odysa ja widzę i ludzi
jego, tam na dole!
- Super, Telemachu, super – ucieszył się Faeton popijając nektar z amfory, co
czynić
zwykł zawsze, kiedy ojciec jego spać udawać się raczył...
- Faetonie?!!! Tam niedobrego coś dzieje się, popatrz!
Faeton zerknął i zauważył, że na okręcie, Odys biega jak szalony i majstruje coś
przy uszach swoich wioślarzy. Oni zaś wiosłują nierówno nader, tak jakby część z
nich płynąć w innym chciała kierunku, niż reszta.
- Czekaj kolego, zniżę się ja jeszcze trochę - Faeton rzekł i to zrobił
niebawem. Teraz widać było wyraźnie, że okręt, który kilkadziesiąt płynął metrów
od brzegu stoi
w miejscu prawie. Odyseusz latał, jak durny, po pokładzie i zatykał czymś uszy
wioślarzom.
- Aaa! Wiem już, o co chodzi - zachichotał Faeton.
- O co ? – Telemach zmartwiony zapytał.
- Wybrzeże Kraju to jest Syren. Czarownic takowych. Każdy żeglarz, który się
zbliży i ich zawodzenia posłyszy, nie ujrzy nigdy, póki żywy, ani małżonki, ani
dziatek swoich, ani ziemi rodzinnej, tak go zaczaruje śpiew franc owych, które
na łące siedzą, a wkoło nich kości ludzkie stosami leżą i ciała wyschłe na
pieprz.
- Zeusie gromowładny... – zmartwił się Telemach ogromnie – I co teraz, nam
czynić?
- Nie bój się. Ojciec twój, jak widzę wiedział o tym, przez Kirke chyba
ostrzeżon i woskiem zalepia uszy wioślarzom.
- Ale chyba coś mu się nie udaje, statek kręci się w kółko, jak łajno w
przerębli u barbarzyńskich Hiperborejczyków!
- Masz rację, posłuchaj, zejdziemy po drabince na pokład, ale nasmarujemy się
wcześniej maścią z tłuszczu Hydry Lernejskiej, bo nie mogą żeglarze nas ujrzeć.
- Dobrze.
Jak powiedzieli, tak zrobili. Na pokładzie już będąc, w sytuacji się w mig
zorientowali. Odys owszem, walczył z uszami swoich ludzi, lecz wosku miał zbyt
mało. Po pierwsze tego usznego brakowało, bo jako dobry kapitan okrętu pilnował
higieny więc marynarze mieli małżowiny czyste, po drugie świece wypalili
poprzedniej już nocy, z morskimi nimfami w rozdziewanego pokera grając. Zalepiał
przeto im uszy maleńkimi tylko kuleczkami i dlatego śpiew syren jednak przez
nieszczelności owe do załogi uszu docierał, która w połowie będąc już
zaczarowaną, płynąć pragnęła ku zdradliwym, a zabójczym brzegom.
- Co robić, Faetonie boski? - trwożliwie Telemach zapytał.
- Spoko, podszepnę pomysł twojemu staremu - Faeton odparł.
Niewidzialnym będąc, zbliżył się powoli do Odysa, i do ucha mu szepnął:
- Odysie, Odysie! Olej ten wosk, którego i tak masz za mało, zerwij żagiel,
potnij na kawałeczki małe połowę i tym zatkaj uszy swym marynarzom. Drugą połowę
potnij na paski wąskie, a owiąż im głowy tak, by płócienne zatyczki w uszach nie
powypadały.
Odyseusz zdumion szeptem jaki usłyszał, a szepczącego nie zobaczył, w mig
doszedł do wniosku, że Bóg to jakiś, przyjazny mu - doradza tak zręcznie. Czym
prędzej przeto zerwał żagiel i wykonał to, co mu poradził Faeton. Po chwili
krótkiej nabrali wioślarze i rytmu w swym wysiłku i siły i wiosłować w
prawidłowym poczęli kierunku.
Uszczęśliwion Telemach wraz z dumnym z siebie Heliosa synem, wspięli się do
rydwanu i z powrotem do Grecji, jak wariaci pognali, gwiazd kilka rozwalając po
drodze, gdyż ambrozja, a raczej nektar boski, czas reakcji heliosowemu potomkowi
spowolniły.
Telemach, matce swej, a Odysa żonie, Penelopie wieść radosną zaniósł, Faeton
zaś, Heliosowi pochwalić się śpieszył, jako to wiekopomnego dokonał wynalazku -
nauszników.
Od pory tej, dobrze nauszniki służyły ludzkości. Kiedy trzeba było, nie słyszeć
pozwalały ludziom tego, czego nie powinni. Kiedy indziej uszy chroniły przed
mrozem. Innymi zaś razy biednym pomagały ludziom o uszach odstających, przykrą
ową dla oka ułomność ukryć, bo też i kto normalny w miarę, a o wzroku zdrowym a
bystrym, patrzeć na małżowiny takie radę by dał spokojnie?
Wrocław (k. Sparty) 19 września 2002

|
|