O zatrzaśniętych drzwiach i białaczce zakaźnej
                                  (dialog o przyjaźni i ostracyzmie)

 

- Cześć - uśmiechnął się długowłosy brunet na widok zarośniętego szatyna.
- Cześć. Co cię tak cieszy? - ponurym głosem zareagował zarośnięty, rozparty za warsowym stolikiem.
- Czy ja wiem? Nic takiego. Chyba po prostu nie mam ochoty narzekać, choć humor mam raczej średniawy. Może po piwku? Na poprawienie nastrojów?
- Nie ma sprawy.
- U ciebie coś nie tak?
- Można to tak nazwać. Wypijmy.
- Jasne - odparł długowłosy i szybkim krokiem, starając się utrzymać równowagę w szybko jadącym wagonie ruszył do bufetu.
Po chwili wrócił z dwoma butelkami piwa, rozlał je do szklanek.
- I co tam? Wyprawa do Wałbrzycha się nie udała?
- A istnieje inna możliwość?
- A nie?
- Nie. Tylko jeden raz byłem zadowolony z wyjazdu w te okolice. Jeden jedyny, ale wtedy pojechałem nieco dalej, do Kłodzka. Zabrałem syna i połaziliśmy po twierdzy, ale to był wyjazd prywatny, a teraz służbowy. I do tego Wałbrzych. Jestem jak sparaliżowany.
- Jak zwykle.
- Nie. Tym razem inaczej i mocniej.

- O, proszę! Coś się stało?
- Ano stało się, owszem. Zwykle jeżdżę albo do kadr wciąż wypełniać te same formularze tymi samymi danymi, albo na szkolenia i wtedy to już zupełna tragedia.
- Trudne?
- Bezsensowne. Nie pamiętam, żeby przez dziesięć lat cokolwiek z nich przydało mi się potem do pracy. Istna paranoja. Mam poczucie totalnego bezsensu i obezwładnia mnie to. Wręcz fizycznie.
- Nie przesadzasz?
- Niestety, nie. A dziś było jeszcze lepiej - przemiła niespodzianka. Ale bardziej natury prywatnej. Mam po niej taki niesmak, że łeb mi pęka.
- Chyba za bardzo się przejmujesz, a może masz nieodpowiednie nastawienie? No, ale dobra, mów konkretnie, co się wydarzyło, chyba, że wolisz pogadać na inny temat.
- Wolę na ten, komuś muszę powiedzieć, bo aż mnie skręca.
- Nie ma sprawy. Leżanki nie ma, ale wyobraź sobie, że jest, a ja, twój nieoceniony psychoanalityk poprawiam właśnie okulary i czekam na zwierzenia.
- Taaa... Chyba nie uda ci się mnie rozbawić, ale chęci doceniam.
- Zamieniam się w słuch.
- Jak wiesz, w tym cholernym Wałbrzychu mam centralę. Trzęsie mnie, kiedy tam jadę, ale na szczęście mam tam kumpla. Bardzo dobrego kumpla.
- Przyjaciela?
- Trudno przyjaźnią nazywać kontakt z kimś raz na parę tygodni i co jakiś czas kilkanaście minut przez służbowy telefon.
- Czyli jednak masz tam kumpla.
- Nie wiem, czy mam, czy raczej miałem.
- Wyciął ci jakiś numer, tak?
- Hm... Niech będzie, że to numer. Widzisz, kiedy jestem w centrali, szybko załatwiam sprawy i ciągnę do niego. Rozumiesz, kawka i mielenie ozorami. Zawsze humor mi się poprawia...
- Jasne.
- ...a dzisiaj mi się popsuł i to kompletnie. Czuję się jak ostatni dureń. Miałeś kiedyś coś takiego, że nagle ci się oczka otworzyły i zorientowałeś się, że ktoś, kogo szanujesz i cenisz... Myślałeś, że z wzajemnością, a tak faktycznie, to on jednak ma cię za dupka?
- Nie przypominam sobie takiej sytuacji.
- To ci zazdroszczę, bo ja się czuję właśnie jak taki dupek. W każdym razie dzisiaj kumpel dał mi jasno do zrozumienia, że ma mnie za kogoś takiego.
- Faktycznie przykre.
- Powiedział coś, a myślał, że nie słyszę. Na mój temat. Nie do mnie, ale usłyszałem.
- Może źle zrozumiałeś?
- Nie. Po kolei. Tam u nich wprowadzili ostatnio zakaz palenia, więc kawę wypiliśmy w jego pokoiku i wyszliśmy na korytarz. Stoimy, palimy, rozmawiamy. Jest normalnie, czyli okay - stoimy i rozmawiamy. Pojawia się jego współpracownik i wchodzi do tego ich gabinetu. Kumpel rozmawia ze mną jeszcze moment, ale w pewnym momencie zostawia papierocha w popielniczce i bez słowa wchodzi za tamtym.
- I to cię tak uraziło? Oj, stary, ale ty jesteś przewrażliwiony. Jak pensjonarka.

- Słuchaj dalej. Stoję więc sam na tym korytarzu i palę. Kumpla długo nie ma, dogaszam jego fajkę, bo już niedopałki zaczynają się od niej palić. Drzwi są otwarte, oni o czymś dyskutują, ale nie słyszę o czym. Zresztą nie staram się nawet, bo nie moja sprawa. Kumpel mnie zna od tej strony. Tak mi się do dzisiaj przynajmniej zdawało.
- Ale?
- W pewnej chwili on mówi: Jarek tam jest. To usłyszałem - swoje imię słyszę zawsze, jestem na to wyczulony. Ten drugi bez słowa staje w progu, zerka na mnie i ani be ani me. Zamyka drzwi. Metr przed moim nosem. Jakbym jakimś szpiclem był, cholera jasna!
- Kawał chama, przyznam, ale nie widzę powodu, żeby czepiać się twojego kumpla.
- Bo źle patrzysz. Przecież to on zwrócił temu drugiemu uwagę, żeby zamknął drzwi. A dlaczego? Proste! Bo JA jestem na korytarzu i JA mogę coś usłyszeć. Może ten drugi pytał, czy mogą swobodnie gadać, nieważne. W każdym razie, zerkając na mnie jak na „coś”, a nie „kogoś” zamknął te cholerne drzwi. Opadła mi szczęka. Wiesz, Filip, w zasadzie powinienem zdawać sobie sprawę i zdaję, że jestem dla nich bolkiem... Rozumiesz, różnica szczebli w drabince zawodowej. Ja to wiem, ale nie przypuszczałem, że aż tak wprost mi to zostanie dane do zrozumienia. Myślałem, że cofnę. Nie przypuszczałem, że ten kumpel jest zdolny do takiego numeru. Miałem go za kogoś zupełnie innego. Ech... Wychodzi na to, że zupełnie nie znam się na ludziach.
- A może rozmawiali o czymś, czego nie powinieneś wiedzieć?
- No, pewnie, że to możliwe. Tylko to się załatwia inaczej. Po drugie: gdyby kumplowi nie pasowało takie zamknięcie drzwi, to by coś zrobił, prawda? A nie zrobił nic.
- Hm... Czekaj, moment. Chyba przesadzasz. Leziesz do faceta, który jest w pracy, nie może więc skakać koło ciebie, skoro pracuje. Nie wariuj.
- Nie w tym rzecz! Nie oczekiwałem skakania, nie jestem nienormalny. Wystarczyło powiedzieć: Nie mam już czasu, nie pogadamy dzisiaj. Nic bym złego nie pomyślał, nie jestem idiota, do cholery.
- Może gdybyś chwilę postał jeszcze, to tak by właśnie się stało. Może nie dałeś mu szansy wyplątać się z tej paranoi?
- Nie pleć bzdur. Stałem tam pięć minut i czekałem, ze szczęką do podłogi stałem.
- Trzeba było stać jeszcze piętnaście.
- Stałem i piętnaście. Coraz bardziej się gotowałem. Czułem się jak jakiś palant, co nic, tylko kocha podsłuchiwać i trzeba mu drzwi zamykać przed nosem. Nikt mi nie wmówi, że tak można kogoś... I to jeszcze, rzekomo, dobrego kolegę. Nawet nie próbuj mi tłumaczyć.
- Nie próbuję.
- Wiesz co? Powiem ci, że w taki sposób nie załatwiłbym sprawy nawet z gościem, z którym mam największą wojnę. Nie jestem przecież znowu jakiś delikatny, nic z tych rzeczy. Z kindersztubą też mam spore problemy, ale coś takiego? Nie rozumiałem wtedy i teraz dalej nie rozumiem, jak tak można. W każdym razie stałem jak dureń pod tymi drzwiami.
- Czemu?
- Musiałem stać, bo kumpel zostawił słuchawkę od telefonu.
- A nie mogłeś zapukać, wejść i oddać? Krótkie „cześć” i odjazd.
- Nie, nie mogłem. Musiałem ochłonąć. Na gorąco powiedziałbym parę miłych słów, a mimo wszystko nie chciałem.
- Chyba cię rozumiem. Długo sterczałeś?
- A ja wiem? Dobre pół godziny.
- I ten kumpel nie wyszedł do ciebie?
- A skąd. Zlewka maksymalna. Po co miał wychodzić do mebelka, który zostawił za drzwiami? Moja rola dobiegła końca, rozerwał się, na moment odetchnął od nudy w pracy. Na co mu miałem jeszcze być potrzebny? Mebelek. Mebelko-szpiclo-podsłuchiwacz.
- No, faktycznie. Musiało ci być cholernie głupio.

- A żebyś wiedział. Tyle, że ja widzę w tym sporo własnej winy. Wbiłem sobie do łba, że jeśli się z kimś przyjemnie i ciekawie rozmawia od czasu do czasu, to coś więcej z tego wynika. Jakiś szacunek elementarny, czy poszanowanie, nie wiem, jak to zwać. Chyba się starzeję...
- Jak zwał, tak zwał. Ja bym na twoim miejscu tego kumpla skreślił. Chyba, że dasz mu czas na to, żeby się ocknął. Ocknął i jakoś sprawę odkręcił.
- Nie wierzę w żadne ocknięcia. Nawet jeśli załapał, co zrobił, to najwyżej będzie się starał udawać, że nic się nie stało. Będzie chciał najwyżej wrócić do status quo.
- Może i tak, nie znam go.
- Ja dochodzę do wniosku, że też nie go znam. Ale nie! Teraz już znam. Ale skończę ci - stoję jak kretyn. Na szczęście przechodzi korytarzem jeden wspólny znajomy i wręczam mu te cholerną słuchwakę z prośbą, żeby im zaniósł. Pyta mnie jeszcze, czy mi coś jest, lustra nie ma, więc nie wiem, jak wyglądam. Pewnie świetnie. Jak pekińczyk. Wiesz, taki, któremu drzwi zatrzasnęli i nie wyhamował.
- No, jasne.
- Pozbywam się balastu, gnam na dworzec. Na wcześniejszy pociąg.
- I teraz siedzisz w warsie i się gryziesz. Ale tamto już za tobą.
- No, cóż...

- Mam! - prawie krzyknął brunet.
- Co masz?
- Wiem, jak cię pocieszyć.
- Jak?
- Odwrócić uwagę trzeba, to najlepsza metoda. Kiedy, powiedz, człowiekowi najszybciej i najskuteczniej poprawia się humor?
- Po piwie?
- Też, ale przede wszystkim wtedy, kiedy słyszy, że innym gorzej, albo przynajmniej nie lepiej.
Hm... Coś w tym jest.
- To posłuchaj, co ja raz miałem. Ty się naciąłeś na jednego kumpla, a ja na całą bandę znajomych i nieznajomych. Ostracyzm. Teraz już przyschło, ale wtedy diabli mnie brali, co najmniej tak, jak ciebie teraz.
- Opowiadaj, może mi ulży.
- Już mówię. Wiesz, że białaczka jest zakaźna?
- Co ty bredzisz? Kompletna bzdura!
- Wiem, ale posłuchaj. To było ze trzy lata temu. Nie mieszkałem jeszcze we Wrocławiu, tylko w mojej rodzinnej dziurze na północy. Typowo małomiasteczkowej.
- Małomiasteczkowe małe miasteczko. Nie znam tych klimatów.
- Nic nie tracisz. Wszyscy się znają, wszyscy wszystko wiedzą. Kichniesz i zanim sięgniesz po chustkę masz telefon od lekarza rodzinnego, bo ktoś mu już doniósł.
- Coś wspaniałego, znam to tylko z książek i filmów.

- Zazdroszczę ci. Tobie zamknięto jedne drzwi przed nosem, mnie całą masę. No, ale dobra. Żyłem ja sobie w mojej dziurze spokojnie i powolutku. Nagle zacząłem mieć dziwne wrażenie, że ludzie zaczynają mnie unikać. Zabierałem się za jedną dziewczynę, wiedząc dobrze, że jest chętna. Nagle ona zaczęła „nie mieć czasu”, „zapominała” oddzwonić, ciągle była zajęta i zamiast coraz bliżej celu - coraz dalej. Trudno, się mówi. Sięgnąłem po następną z listy i to samo. Mało tego: w oczach zobaczyłem wręcz panikę, kiedy usiłowałem się z nią umówić.
- Jak znam życie, ktoś ci robił koło tyłka.
- Dość szybko wyjaśniło się, w czym rzecz.
- W?
- Umierałem na raka, ale nic mi o tym nie było wiadomo. Interesujące, prawda?
- Fi... Filip!
- Spokojnie! Byłem i jestem zdrowy jak rydz, albo nawet Rydzyk!
- Jeśli to był czyjś żart, to maksymalnie kretyński.
- Zgadzam się. Moja matka dowiedziała się od koleżanki z pracy, że w miasteczku gada się o moim zatruciu chemikaliami w Holandii. Stąd rak. Matka spazmów dostała. Nie uwierzyła bzdurom, ale samo to, że tak plotą, rozbiło ją zupełnie. To samo z ojcem.
- A miałeś w tej Holandii coś wspólnego z chemią?
- Tyle, co farby mieszałem na palecie.
- Ładny numer!
- No. Pamiętam, jak to tłumaczyłem jednej znajomej. Widać było, że mi nie do końca wierzy i jest przerażona. Rozmowa niemowy z głuchym. Przy okazji okazało się, że kursowały dwie wersje. Jedna, że to rak, ale bez konkretów. Druga, że mam białaczkę, którą - tu uważaj - jest zakaźna! ZAKAŹNĄ!
- Coś bredzisz. Jak można mieć zakaźnego raka? Nikt normalny w coś takiego nie uwierzy.
- Ba! Normalny tak, ale chyba to społeczeństwo nie jest normalne. Pamiętam, jak kiedyś jedna koleżanka bała się ode mnie zarazić alergią, a niby dziennikarka
-Paranoja.

-Jeszcze większa paranoja była w czym innym. Szukałem wtedy nowej pracy i nie rozumiałem dlaczego każdy mnie zbywał, wszystkie drzwi zamykały się przede mną z hukiem, a szefów ciągle nie było i nie było. Kiedy dowiedziałem się, że „umieram”, to zrozumiałem.
- Taaa... Kto zatrudni umierającego? Żaden biznes.
- Aha. Ciekawe, że większość znajomych zaczęła przede mną uciekać. Bardzo mi było milo.
- Draństwo! Toż przecież normalny człowiek, kiedy się czegoś takiego dowiaduje o znajomym, to kombinuje jak pomóc, a nie jak uciec.
- No, ja myślę. Najgorsze, powiem ci, były rozmowy z tymi, co nie uciekali. Nikt mi nie wierzył. Kwadratura koła - nie mówisz o chorobie, znaczy prawda i krępujesz się o tym gadać. Tłumaczysz jak jest, to wychodzi na to, że tylko sam się pocieszasz, bo ich nie chcesz martwić. Tak te rozmowy wyglądały. Najlepsza była moja sąsiadka z bramy. Udawała, że nic nie wie, to sam zacząłem temat, no i się dowiedziałem...
- Czego?
- Że chyba coś jest prawdy w plotkach, bo najpierw nic nie mówię, potem zaprzeczam, ale w sumie sam temat zacząłem, więc coś jest, tylko ja nie chcę powiedzieć prawdy.
- Nie da się udowodnić ślepcowi, że się nie jest wielbłądem. A wiesz przynajmniej, skąd się ta plota wzięła? Powiedział ci ktoś?
- Nie. Po prostu - o tym „się mówiło” i tyle. Zastanawiałem się wtedy ostro nad źródłem tej całej historii, nad powodem. Cholera wie, podejrzewałem, że poszło o to, że przy tłumaczeniach zaniżam stawki, mało biorę, a do przodu wychodzę na ilości. Może w taki sposób chciano mnie wyeliminować z interesu? Pomyśl, dałbyś coś do tłumaczenia umierającemu?
- Nie wiem, Filip... A może po prostu jakaś zawiedziona kobieta się zemściła?
- Myślałem i o tym. Podejrzewałem jedną. Kiedyś ci opowiadałem. Architekt taka. Nie chciałem z nią nic, a nic. Nawet po alkoholu. Po prostu uciekłem z jej chałupy, bo straszna taka. Może to ona? Jeden pies - oberwałem tym rzekomym rakiem, jak obuchem.
- To wnieś sprawę cywilną o spowodowanie tych... No... Szkód moralnych, albo strat, czy jak im tam...
- Myślałem o tym, ale dowodów nie było. Najgorsze, że całe miasto żyło w przekonaniu, że to prawda. Już wiedziałem, że po takim numerze nie zarwę tam żadnej laski, bo której potrzebny umierający facet?

- Laski, to chyba najmniejszy problem.
- Tak uważasz? Żonaty jesteś, to masz szukanie kobiety za sobą. A ja nie i to jest problem. Głównie dlatego przeniosłem się do Wrocławia. Większe miasto - łatwiej znaleźć i się schować. Zanim się ludzie przestraszą, że ich pozarażam, to więcej czasu minie. Tak myślałem, kiedy się przeprowadzałem. Na sam koniec chciałem się odegrać i dać ogłoszenie do miejscowego szmatławca.
- Ogłoszenie? Jakie?
- Takie: „Niniejszym ogłaszam, iż wbrew rozsiewanym plotkom nie mam raka, a osobie, która posunęła się do podłości i naraziła mnie na ostracyzm - serdecznie dziękuję, podobnie jak i tym, którzy traktują mnie jak zapowietrzonego. Wyniki badań lekarskich do wglądu. Autorowi plotki życzę rzeżączki i syfilisu.”
- I dałeś to ogłoszenie?!
- Nie. Trochę mi się rodziców żal zrobiło, bo kiedy „byłem chory”, to i tak swoje przeżyli.
- Ech... Szkoda, że nie dotarłeś do źródła.
- Nie dało się, plota zrobiła już kilka kółek, poza tym nikt nie chciał sypać. Tylko jeden kolega coś zaczął raz przez telefon, że znaczy jego kobieta coś usłyszała od którejś kumpeli... ale się wyłączył. Nie był sam w domu.
- Trzeba było go przesłuchać pod nieobecność żony.
- Próbowałem, ale się jej bał. Zabroniła mu gadać. Tylko wariata strugał: - Od żony się dowiedziałem o twojej chorobie, ale wiesz - baby różne głupoty gadają. Migał się od zeznań. Ze strachu.
- Mogłeś zagrać, że coś wiesz o jego kobiecie i powiesz mu w rewanżu za informację o plotkach.
- E, tam. Jego żona była porządna, nie uwierzyłby mi.
- To trzeba było przeprosić, że mu marnujesz życie, romansując z jego żoną, ale już chcesz to przerwać, prosisz tylko o informację.
- Myślisz, że uwierzyłby?
- Umierającemu?! Bezwzględnie!

 

wstecz