O etosie menedżera, służbowym ognisku i cyculce
                                                             

 (dialog ludyczno-depresyjny)

 

- No i znów się spotykamy, widzę - rzekł szatyn, stawiając piwo na stoliku miarowo podrygującym wraz z resztą restauracyjnego wagonu.
- O, cześć! - ucieszył się brunet - Siadaj, siadaj!

Na moment oderwał dłoń od szklanki tylko po to, by się przywitać. Uścisnęli sobie dłonie i szatyn ciężko usiadł. Zerknął w okno.
- O, jaki piękny widok! Ani śladu Wałbrzycha!
- Nie podoba ci się to miasto? Dlaczego?
- E tam, od razu, nie podoba się. Nawet mu się nie przyglądam. Źle mi się kojarzy. Wiesz, ja pracuję wprawdzie we Wrocławiu, ale centralę mam w Wałbrzychu. Przynajmniej raz w miesiącu uszczęśliwiam to biedne miasto moją skromną osobą.
- Czemu biedne?
- A jakie ma być, skoro tam mój ukochany szef szefów urzęduje? Ja serdecznie współczuję Wałbrzychowi z tego powodu. Nie dość, że postkopalniany krajobraz, nie dość, że zagłębie bezrobocia, to jeszcze moja centrala tam jest. Jak na jedno miasto, to zdecydowanie zbyt wiele. Ale nie ma co kwękać - muszę, to jadę. Wysiądę sobie na dworcu wzdrygnę się... Zawsze tak witam Wałbrzych - i do autobusu.
- A on nie wzdryga się na twój widok?
- Nie wiem, może i tak. Podobno bywają tam tąpnięcia, ale mnie to jakoś omija, więc specjalnego powitania się raczej nie spodziewam.
- Nie zobaczę orkiestry, krakowianek i burmistrza? Czerwonego chodnika też nie?
- Obawiam się, że nie.
- Skandal!
- Nie wiem, czy w porę dałem znać, że przyjeżdżam. Chyba o to chodzi. Będę musiał władzom miejskim wybaczyć, w tej sytuacji.
- Nie masz wyjścia. Słuchaj, a czemu ty tak jakoś krzywo pijesz? Ząbek boli? Czy w myślach już szefa widzisz?
- Nie. Krzywię się, bo mnie głowa boli. Mieliśmy wczoraj ognisko. Takie, wiesz, służbowe.
- Uuu! Ewakuujecie się i palicie akta?

- Poczucie humoru masz mocno specyficzne, nie da się ukryć. Mówię o ognisku integrującym personel.
- Aaaa! Jasne! Takim ognisku powodującym, że jesteście jedną wielką rodziną skupioną wokół szefa i prącą naprzód wbrew recesji i przeciwnościom losu, mając na uwadze dobro wspólne, jak i rozwój naszej kochanej ojczyzny?
- Hm...
- Dobrze powiedziałem?
- Zupełnie głupio, ale w pełni oddałeś sens wystąpienia mojego szefa, chyba jesteś jasnowidzem.
- Nie to, ale ja się też tak ogniskuję. Co jakiś czas. Nie mam wyjścia. Wiesz, jak jest... Tyle, że aż tak nie cierpię z tego powodu. Pogadać można na luzie... Nie z każdym, wiadomo. Jest piwko, muzyka, tańce.
- To ostatnie - nie dla mnie.
- Czemu?
- Tańczyć nie znoszę, nie chcę, nie umiem, nie lubię, nie mam zamiaru...
- Spokojnie
- A gdzie tam spokojnie. Myślisz, że to się da?
- A jak inaczej? Nie chcesz, to nie tańczysz i szlus.
- Akurat. Nie te czasy, co kiedyś, szanowny kolego. Kiedyś, jak nie tańczyłem, to siedziałem sobie spokojnie przy stoliku i tylko musiałem udawać, że nie widzę wzroku jakiejś obrażonej lamy z naprzeciwka, której mąż poprosił do tańca moje szczęście. Lama od razu była pewna, że na drodze wzajemności poprzesuwam ją po parkiecie, a tu niespodzianka.
- Szarmancki, to nie jesteś, nie ma co.
- Po pierwsze - nie muszę, a po drugie mylisz się. Zawsze staram się takie lamy zabawiać rozmową, ale one wolą fikać.
- Wybacz... Taniec też dla ludzi, trochę tolerancji,
- Toteż ja nikomu tego nie zabraniam, ale czemu mnie starają się do tego zmusić? Co to jest? Taka kobieta, która już mnie zgwałci na parkiet, to lepiej się czuje? Że spełniła misję? Że nietańczącego zmusiła do szurania po deskach sztywnymi ze złości nogami?
- Chyba troszkę demonizujesz.
- Nie. Wczoraj, to już mi ręce opadły.

- Zmusiły cię do kankana?
- Nie, do kankana, nie. Lepiej. Jedna taka uparła się na mnie. Zupełnie nie wiem czemu. Na samym początku oświadcza, że muszę z nią zatańczyć. Stwierdzam, że nic z tego. Ona na to, że mnie zmusi. Uprzedzam, że bierze na siebie zadanie ponad siły, ale wyraźnie mi nie wierzy. Za jakiś czas podchodzi do mnie i mówi - Chodź, zatańcz ze mną. Tłumaczę, jak komu mądremu, że nie tańczę. Nie umiesz? - pyta. A muszę? - odpowiadam pytaniem i bronie się jak lew - Przede wszystkim nie chcę tańczyć... Ona naciera dalej - Ze mną powinieneś . Ja na to, że z natury jestem anarchistą i staram się omijać nakazy, więc niech lepiej zaatakuje inną ofiarę. Poszła sobie.
- Obraziła się?
- Oczywiście. Myślę: trudno, ale przynajmniej będę miał spokój.
- I miałeś?
- Skądże! Po jakiejś godzinie znowu przychodzi, powiem ci, że odszukała mnie w krzakach, w które poszedłem, żeby w spokoju napić się piwa. I znowu taka sama rozmowa. Powtarza się to jeszcze dwa razy. Za każdym razem wstawiona coraz bardziej. Horror.
- Alkohol u takich okazów zdecydowanie wpływa na upierdliwość.
- Właśnie. Za czwartym razem mówię jej dokładnie i wyraźnie, żeby nie obrazić - Posłuchaj, kochanie, nie o to chodzi, że nie chcę z tobą, ale nie tańczę z zasady z nikim i koniec.
- I?
- Nic do niej nie dociera. Po jakimś kwadransie następuje kolejny, piąty szturm. Bronię się bohatersko, ale jestem coraz bardziej wściekły. Już nieco podniesionym głosem mówię, że nic z tego. Wreszcie do niej dociera smutna prawda!
- Łka nieutulona w żalu?
- Niedokładnie. Dowiaduję się od niej za to, kim jestem.
- A kim?
- Cienki gnojek jesteś! - tak mi mówi.
- Uuu! A to dama...
- W całej krasie. Na szczęście tak mnie zatyka, że nic nie odpowiadam. Zresztą ona już jest w takim stanie, że szóstego szturmu nie ma. Z przyczyn obiektywnych - szturmująca zalega na przedpolu, a raczej na stoliku. Ma dość. Mogę nareszcie piwkować nieco spokojniej.
- Bardzo „przyjemne” to twoje ognisko. U mnie tak „wesoło” nie bywa, szef pilnuje, żeby było miło i sympatycznie. Tak pilnuje, że nie ma się ochoty siedzieć dłużej niż dwie - trzy godziny.
- U nas to trwa, aż ostatni padnie.

- Polska norma. U mnie co innego jest żałosne. Najbardziej mi się śmiać chce, kiedy widzę tych naszych liderów. Wiesz, normalnie to oni prywatnie spotykają się po pracy, bez udziału plebsu, na takich menedżerskich party, rozumiesz, a takie ognisko, to okazja, ale i konieczność zbratania się z ludem. Przykra konieczność. Ciężka sprawa, ale jakoś sobie ci panowie (i pań kilka) dają radę.
- Pospolitują się? To tak, jak u mnie.
- Oj, bardzo się pospolitują. Nie wiem, czy to się nie kłóci z etosem menedżera.
- Co proszę?
- Nie wiesz, co to etos menedżera?
- Teoretycznie owszem, ale jak się tym moim przyglądam, to nie widzę tego...
- No, właśnie. U mnie był kiedyś taki jeden, co ciągle o tym etosie mówił. Przy każdej okazji. Najciekawsze było to, że starszy od gościa jestem o dziesięć lat, a on mnie pouczał, jak wyglądały stosunki podwładny - przełożony za sanacji. Ja wojnę znam z literatury i z „pancernych”. Czasy wcześniejsze tak samo, a on to już nawet tego nie miał. Na Szarika za młody, książek nie czytał, bo twierdził, że te co trzeba już ma za sobą. I mnie pouczał, wyobraź sobie. Etos i etos.
- A o co mu, tak generalnie, szło?
- Trudno powiedzieć, pewnie o wykazanie, że plebs to plebs, a szlachta z aktówkami, to szlachta.
- Aha.

- Sęk w tym, że z tym etosem, to on akurat nie miał nic wspólnego. Poza zadartym nosem. Ogólnie, wesoły gość. Rzadko kiedy wychodził z pracy trzeźwy, mimo iż komuna dawno już w zaświatach, damsko - męskie sprawy też u niego szły torem, hm, niezbyt etosowym. Często ponoć na służbowym biurku. Najciekawsze miał poglądy na donosicielstwo.
- Jakie?
- Stoimy kiedyś w palarni we trzech: szef, on i ja. Pali dwóch, bo szef niepalący, chodzi tam tylko na Haruna.
- Co, proszę?
- Na Haruna al-Raszida. Z ludem się miesza, znaczy.
- Aha, jasne.
- Stoimy i drażliwy temat leci: donosicielstwo w miejscu pracy. Walę z grubej rury, co myślę o ucholach. Szef - kamienna twarz i ołowiane oczko, etosowiec, pogardliwe chrząknięcie i mówi: Ludzie dzielą się na tych, co donosili, na tych, co donoszą i na tych, co będą donosić. Szlag mnie trafia i mówię: Ty, Marian, nie mierz wszystkich swoją miarką. Szef wybucha śmiechem i idzie sobie, a z tym Marianem od tej pory wojna! Na każdym kroku, podjazdowa. Niewiele mogłem jako pionek, a on szyszka, to mógł więcej.
- I jak sobie dajesz radę?
- Nie muszę dawać. Jego już u nas nie ma. Siedzi.
- W kiciu?
- Tak. Za machloje finansowe.
- Ładnie.
- Trzeba ci wiedzieć, że on jest typowy, to znaczy niewiele się różni od pozostałych u nas. Śmiać mi się chce na tych ogniskach, kiedy oni wszyscy aż skowyczą, że muszą z nami pić i udawać, że się doskonale bawią. Miny mają jakby niedojrzały agrest jedli i nie daj Bóg, wypić za wiele. Z trawą piją.
- Nie rozumiem, wylewają?
- Jasne, ale tak, żeby nikt nie widział. Ja ich rozumiem. No, bo sam pomyśl - idzie człowiek na festyn zakładowy. Zdejmuje garnitur i ubiera wdzianko, takie w jakim lud chadza i idzie, bo szef nakazał. I co? Musi się męczyć, plebs podpity oglądać, udawać szczere rozmowy o wszystkim i niczym, uważając na każde słowo. Musi pić świństwo, na jakei normalnie nawet nie spogląda i mieć się na baczności, bo a nuż napojony alkoholem mózg każe zwolnić pedał hamulca. Wtedy zupełna tragedia. Jakiś, o zgrozo, brudzio, czy coś w tym rodzaju i potem nie wiadomo, jak się wyplątać. Tragedia.

- Masz rację. Kiedyś miałem takiego wiceszefa, który przeszedł ze mną brudziowo na „ty” i potem wił się jak piskorz. Wziął mnie w końcu na bok i mówi: Słuchaj, Jarku, my jesteśmy po imieniu, rozumiesz, ale ja bardzo bym cię prosił - kiedy ktoś jest w pobliżu, to mów mi na „pan”, dobrze? Wiesz, autorytet szefa...
- I co ty na to?
- Zgodziłem się łaskawie. Bardzo się gość ucieszył. Sęk w tym, że ja zaraz po brudziu, „zapomniałem”, że nie jesteśmy już na „pan”. Za takich kolegów serdecznie dziękuję. Facet martwił się na wyrost: nigdy nie zwróciłem się do niego po imieniu i nawet nie miałem takiego zamiaru.
- Swoją drogą, to ciekawe. Ustrój się zmienił, a imprezy w pracy nie za bardzo.
- Oj, chyba się mylisz. Kto kiedyś organizował mecze, na których sekretarki udawały czirliderki? Kiedyś było inaczej. Przypomnij sobie wyjazdy na przymusowo-ochotnicze wykopki, na grzyby...
- No, tak. Mam fotkę mojego wujka, w latach pięćdziesiątych robiona, z wyjazdu na grzyby. Związki zawodowe organizowały. Wujek wychyla się z okna przedpotopowego autobusu, w jednej ręce kielonek, w drugiej karty. Nawet nie wyszedł przez cały dzień z autobusu. Tak opowiadał.

- No, widzisz. Teraz już tego nie ma, a przynajmniej nie dla wszystkich i nie w takim siermiężnym wydaniu. Podobnie jak z upadkiem FWP - zniknęli kaowcy, a szkoda.
- Pewnie, że szkoda. Kiedyś nawet wyższe studia KO były...
- W Małkini?
- Nie wariuj. We Wrocławiu i pewnie gdzie indziej. Kończył je człowiek i miał tytuł magistra od akordeonu i ognisk. Piękna sprawa! Kilku takich znałem.
- Tak sobie myślę, że oni nie są już potrzebni, bo lud sam bawi się doskonale. Przypomniała mi się właśnie Cyculka.
- Kto?
- Cyculka. Tak ją z żoną nazwaliśmy. Pojechaliśmy raz na wczasy do byłego zakładowego ośrodka. Do Dziwnowa. Ośrodek już w dzierżawie, ale tradycji staje się zadość i przy aplauzie publiczności organizowany jest wieczorek zapoznawczy.
- Bajka! Zawsze uwielbiałem nie chodzić na takie imprezy.
- My z żoną podobnie. Kupiliśmy sobie po piwie i siedzimy grzecznie na ławce przed budynkiem. Impreza trwa, huczna, nie powiem. Spokojnie sobie piwkujemy, a tu...
- „Ich Troje” z głośników leci, Royal się leje...
- A żebyś wiedział. Towarzystwo już powoli dojrzewa do długich leśnych spacerów, albo przynajmniej w pobliskie krzaczki. My nic. Piwkujemy konsekwentnie. Na sąsiednich ławkach młodziaki siedzą.
- Zrezygnowali z imprezki?
- A co to dla nich za imprezka? Okupują ławki, myśląc, że nic nie tracą, ale są w grubym błędzie! Cóż, całe życie człowiek się uczy, a oni jeszcze mało widzieli. Młodziaki.
- Co masz na myśli?
- A to, że w pewnej chwili słyszymy wszyscy strasznie głośny chóralny pisk, zaraz potem oklaski i ryk śmiechu. Młodzi błyskawicznie zrywają się z ławek i pędzą do okien. Takich wiesz, stołówkowych, na pół ściany. Na szczęście firanki nie są szczelnie zasłonięte i wszystko widać.

- Co widać?
- No, właśnie. Też podchodzimy, żona i ja. Nosy na szybę i aż nam dech zapiera: cyculka!
- Jaśniej!
- Wyobraź sobie: sala pełna ludzi, komplecik. Między stolikami przechadza się jakaś kobieta w wieku mocno postbalzacowskim. Jest w samych majtkach, buziunia uśmiechnięta od ucha do ucha i wywija nad głowa biustonoszem.
- Nie mów!
- A widzisz! Też nie wierzysz. Nikt mi nie wierzy, kiedy o tym opowiadam, a to święta prawda. Możesz zadzwonić do mojej żony, to potwierdzi.
- Nie wygłupiaj się. A czyim biustonoszem ta cyculka machała?
- Jak to czyim? Własnym. Mówię - w samych majtkach chodzi.
- Biust nagi?
- Całkiem nagi. Niestety.
- Czemu niestety?
- No, wiesz... Hm... On był taki... no...
- Wyksztuś wreszcie! Mały?
- Nie. Średnia krajowa, tylko że, jakiś taki...
- Zużyty?
- Eeee... Bardziej elegancko bym to określił: on był baaardzo doświadczony życiowo.
- Aha. Już rozumiem i wiem, że krótko się przyglądasz.
- Tak. Przecież mówiłem, że kupiliśmy po jednym piwie. Po drugie żona na mnie zerka i sprawdza, jak długo patrzę i jakim wzrokiem się przyglądam, rozumiesz.
- Aha. A powiedz mi, czemu ta Cyculka się rozebrała?

- No, widzisz. Kaowca nie było, więc wczasowicze sami sobie wymyślili gry i zabawy towarzyskie.
- Mianowicie?
- Mianowicie trzy panie zgłaszają się na ochotnika. Do konkursu. Polega on na tym, że od głośników na scence trzeba pod sznurek ułożyć zdejmowaną z siebie garderobę. Od scenki w kierunku stolików. Wygrywa ta, która najbardziej się zbliży.
- No, bomba, po prostu!
- Taaa... I dwie te młodsze ustawiły buty. Rozciągnęły bluzki...
- Lato było, więc konkurencja trudniejsza - mało ciuszków na sobie.
- Dokładnie. W każdym razie, te młode stopują w momencie, kiedy stają przed publiką w bieliźnie.
- A starsza wyprzedza je o pierś! Hurra!
- Właśnie. Zwycięża rzutem biustu na taśmę. Zdejmuje biustonosz i wygrywa.
- A może jej po prostu było gorąco?
- Może, zażarta walka ją tak rozgrzała. Jest taka możliwość.
- Gorąca kobieta. Wiesz? Ja się nie ożenię. Tak na wszelki wypadek. A jeśli nawet, to żony samej na urlop nie puszczę nigdy.
- A co to ma za związek?
- Nawiązuję do tej Cyculki.
- No coś ty, ona tam była z mężem i dwójką dzieci.
- Co?! Niemożliwe! I co jej facet na to?
- Nie wiem, może się cieszył, że wygrała. Nie wiem. W każdym razie o żadnej awanturze nie słyszałem. Gorzej z dziećmi. Do końca wczasów kiedy się ich mamusia pojawiała wśród ludzi, to szedł szept: O! Cyculka idzie, może będzie bisowała? Dzieciaki musiały to słyszeć, bo jakoś tak pod ścianami chodziły.
Pociąg zaskowyczał hamulcami, gwałtownie wytracając prędkość.
- No i już Wałbrzych. Nie skończę, muszę lecieć, cholera... - skrzywił się szatyn.

 

wstecz