O synu sklerotyku i pościgowym ojcu


                        (dialog akcji)



C
zarne długie włosy w nieładzie opadały mu na ramiona. Łokcie wbijał w blat warsowego stolika. Gdyby nie siedział bez ruchu przytykając nos do szyby, widać byłoby na twarzy rezygnację. I niewyspanie.

- Witam, szanownego pana - wychrypiał, krztusząc się nikotynowym kaszlem szatyn, dosiadając się do stolika.
- Też witam - brunet niemrawo „odkleił” się od szyby.
- Nie widzę żadnych oznak radości na mój widok. Gdzie leży przyczyna? Coś ci jest? - spytał, usiłując dowcipkować, szatyn.
- Wściekły jestem i zaspany. Wolny dzień mam dzisiaj, a do pracy jadę.
- Oho, kolega stachanowiec! Myślałem, że te piękne czasy dawno minęły, a tu proszę...
- Nie dobijaj mnie, człowieku, i tak mam dość. Najgorsze, że nie mam się nawet na kogo wkurzyć. Sam nawaliłem.
- A tak konkretniej?
- A tak konkretniej, to bladym świtem zadzwonił telefon i uprzejmie zaproszono mnie do pracy. Właśnie sobie jadę.
- Na dywanik, tak?

- Nie, ale gdybym nie pojechał, to pogawędka u starego - murowana. Klucze odwożę. Służbowe. Omyłkowo wczoraj zabrałem i nie się do żadnej szafy dostać. Stary jeszcze nic nie wie.
- Coś pięknego! Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - przynajmniej mam z kim popiwkować.
- No, tak. Ja też. Wolałbym jednak w przyjemniejszych okolicznościach, psia kostka. Planowałem mały wypad w górki, a tu taki pasztet. Zresztą wiesz, ja w kwestii kluczy mocno pechowy jestem.
- Gubisz, czy zabierasz do domu?
- Do tej pory głównie gubiłem.
- Ale znajdowały się?
- Tak, choć raz, pamiętam, mogło być „wesoło”. Wiesz, moja pakamera jest ostro zabezpieczona. Cztery zamki, z czego dwie „Gerdy”. Zapasowe klucze - żeby było śmieszniej leżą w środku, w szafie.
- Słuszna koncepcja - jak by to skwitował Bareja
- Właśnie. Jak coś - nie ma zmiłuj się - drzwi trzeba wywalać, a nie takie to łatwe, bo blachą obite.
- Ty w Fort Knox pracujesz?
- Prawie. Nieważne. W każdym razie musiałem raz wywalić makaron z krajarki...
- Co takiego?
- No, ścinki. Papier się wsadza do krajarki i tnie na takie...
- Przecież wiem, tylko tego grepsu nie zrozumiałem.
- Jasne. Musisz wiedzieć, że wyrzucamy makaron do takiego rowu, poza terenem zakładu. W lecie nie powiem, można ognisko rozpalić, walnąć sobie kiełbaskę. Ale jest zima. Wychodzę z pakamery, torba z makaronem pod pachą, zamykam drzwi na wszystkie zameczki i hajda do rowu! Samochodem. To raptem ze trzysta metrów, ale mam lenia. Dojeżdżam, cały makaronik do rowu leci i wracam do siebie.
- Sięgam do kieszeni...
- ...a tu kluczyków niet. Szlag mnie trafia, walę pustą torbę na podłogę i biegiem do rowu, ale nic to nie daje. Śniegu jest ze trzydzieści centymetrów i już prawie całkiem ciemno.
- Ładny gips.
- Nie znajduję kluczy w rowie i mnie ścina! Przed oczami mam czerwoną z wściekłości buźkę szefa...
- I spawacza z palnikiem.
- Dokładnie.

- I gdzie w końcu znalazłeś?
- Nigdzie. W każdym razie nie ja. Nie osobiście.
- A kto?
- Kumpel. W panice jest mi już wszystko jedno i wołam do pomocy kolegów z pracy. Mówię w czym rzecz i wyją, łotry, ze śmiechu, ale zbierają się i idziemy szukać. Tyraliera dziesięciu chłopa i przeczesujemy teren. Mróz jak diabli i ciemno. Na szczęście mamy dwie latarki i jedną świeczkę, ale ona się nie przydaje, bo co rusz wiatr ją gasi.
- Znaleźliście klucze?
- A gdzie tam. Po godzinie poszukiwań kumple przemarzają i przemakają w śniegu. Mają dość i zostawiają mnie samego, żebym sobie mój pasztecik konsumował. Na szczęście oświeca mnie, że mam sąsiada, który maniakalnie szuka broni po lasach i ma detektor metalu. Lecę do budki i dzwonię po niego. Z czego się śmiejesz?
- Wydaje ci się. Tak tylko się skrzywiłem, bo to piwo jakieś takie.
- Dobra, dobra! Już ja cię znam.
- Mów lepiej, co z tym sąsiadem.
- Nawet się cieszy, że go ściągam, bo żre się właśnie z żoną i ma pretekst, żeby wyjść z domu. Przyjeżdża. Ponad godzinę łazi po rowie i okolicach. I nic.
- Nic nie brzęczy?
- Brzęczeć, brzęczy i to wiele razy. Dużo ciekawych rzeczy sąsiad znajduje, nie powiem. Trzy pordzewiałe pociski, kondensator, kapsle, spiralę jakąś dziwną, chyba z kuchenki elektrycznej. Wszystko, tylko nie moje klucze. Za każdym brzęknięciem puszy się, jak paw: - Panie Filipie, proszę! Są klucze! - mówi i czeka na objawy wdzięczności. A tu nic. W końcu mu dziękuję i załamany wracam do budynku, znaczy mam taki zamiar. Na parkingu zahacza mnie kolega, jeden z tych z tyraliery.
- Znalazł?
- Nie. Zahacza i pyta, jak poszukiwania. Może nie będę cytował odpowiedzi...
- Nie cytuj, tu są kobiety. To jest pociąg koedukacyjny.

- Dobrze ci się śmiać! Nieważne, rozmawiam z tym kumplem, rozważamy warianty sytuacji. Wychodzi na to, że muszę dzwonić do starego. Jest nadzieja, nie może ma jakieś lewe klucze. I tak sobie rozmawiamy, rozmawiamy i nagle kolega schyla się, coś podnosi.
- Klucze?
- Tak! Leżały sobie spokojnie na śniegu koło mojego samochodu.
- No, to trąba jesteś. Nie szukałeś tam?
- Szukałem, nie tylko ja, ale nie było ich widać. I tak kosztowało mnie to sporo. Od tego dnia nosiłem na łańcuszku. Te klucze. A kumpel zażądał flaszki.
- Znalazł, to mu się należała.
- Należała? Na jednej się nie skończyło.
- Taki trunkowy?
- Nie. Miesiąc później była kolejna afera z kluczami i jeszcze raz głowę mi ocalił.
- Znowu zgubiłeś? Jesteś niemożliwy, Filip.
- Nie zgubiłem. Zatrzasnąłem się tylko.
- O, rany... Jak można aż tak bez głowy...
- Komentarze sobie daruj. Ty jesteś zawsze taki korekt?
- No, nie. Ale żeby aż do tego stopnia, co ty... Mów, jak się zatrzasnąłeś.
- No, w sumie, to się stało, przez tego kumpla. Przez niego właśnie.
- I za to flaszki zażądał?
- Nie, coś ty. Za pomoc. Wyobraź sobie: spokojnie siedzę w pracy i słyszę nagle pukanie do drzwi. Ledwo słyszę, bo wiesz, do mnie się wchodzi najpierw przez jedne drzwi do takiego minikorytarzyka, potem przez drugie do pakamery. Słyszę jednak i podchodzę do tych pierwszych drzwi - Kto tam i o co chodzi - pytam. Ten kumpel się odzywa, ten „kluczowy”. - Chodź do palarni, mam ci coś ciekawego do powiedzenia - mówi. Nie ma sprawy, myślę, zatrzaskuję drzwi do pakamery, łapię za klamkę tych na korytarz - zamknięte. Ręka do kieszeni, po klucze - nie ma. Odwracam się, żeby wejść do tej mojej pakamerki. O, nie! Nogi mi miękną. Zatrzaśnięte! Sterczę więc w tym korytarzyku. Jedne i drugie drzwi zamknięte, a klucze na biurku. Za drzwiami. Tragedia!

- No, ładna historia, faktycznie, tobie nie wolno dawać kluczy do ręki.
- Jest to jakiś pomysł, ale słuchaj dalej. Kumpel zza drzwi się żołądkuję, że nie wychodzę, więc mu tłumaczę, w czym rzecz. Mało nie pęka ze śmiechu. Z trudem uciszam go, żeby stary nie usłyszał. Myślimy, co robić. Dość długo myślimy. Raczej on myśli, bo ja mam mętlik w głowie. W końcu kumpel pyta, czy okno w pakamerze mam otwarte. Potwierdzam. Nic więcej nie mówi, tylko słychać jego oddalający się galop.
- I wszedł przez to okno?
- Tam jest krata!
- No to co wymyślił?
- Znalazł gdzieś taki długi drąg, wsadził go przez kratę i walił nim po klamce, żeby się drzwi otworzyły.
- Pomysłowy Dobromir.
- Tak, na moje szczęście. I on tak wali tym drągiem i wali, a mnie szlag trafia, bo słyszę to, a efekt żaden. Po kwadransie dopiero się udaje: on trafia, ja napieram na drzwi i po sprawie!
- I cóż za ulga! Wiesz co? Ci, którzy z tobą pracują, to dzięki tobie mogą zaoszczędzić na biletach do kabaretu, nie powiem...
- Widzę, że bardzo cię to rozbawiło. Tobie to warto coś opowiedzieć. Od razu człowiek się spotyka z pełnym zrozumieniem.
- Nie ma się o co obrażać. Nie wariuj.
- Nigdy nie miałeś kanałów z kluczami ? Każdy ma. Ty nie? Nie wierzę!
- I słusznie. Ja też. Miałem kiedyś. Jeden raz, ale za to konkretnie. Twoje problemy przy moich, to betka! Dla równowagi zaraz ci opowiem. Nawet niedawno to było, pod koniec zimowych ferii.
- No, widzisz. Też w śniegu zgubiłeś? Gdzieś w górkach? A gdzie byłeś?

- Nigdzie. Miałem urlop, ale wiesz, zero kasy, więc nigdzie nie pojechałem. Żona się wczasowała z młodszym synem. W Karpaczu. Ja zostałem w domu z pierworodnym.
- Wolna chata, gratulacje.
- A dziękuję, dziękuję.
- Żądnego sprzątania, żadnego zmywania garów, nikt głowy nie suszy... Wolność, wolność i jeszcze raz wolność! Freeedom!
- No, właśnie. Ale jedno musisz sobie uświadomić, kolego. Jesteś kawalerem i nie wiesz, jak to smakuje. My nawet sztandar tej wolności wywiesiliśmy!
- Sztandar?
- Skarpetki na żyrandolu. Mówię ci, bosko po prostu! Jak w raju! Odkurzacz śpi, pralka w letargu i nic tylko książki, kasety, komputerek, święty spokój, błogostan...
- A co z obiadami?
- Hm, żona pojechała na trzy dni, tylko. Pierwszego dnia zjedliśmy placki ziemniaczane, to akurat umiem robić, do tego pepsi i chipsy. Drugiego dnia serwowano pizzę na telefon...
- A trzeciego?
- A trzeciego - dieta. Ja na diecie, znaczy.
- Skąd dieta?
- Przez klucze.
- Nie rozumiem.

- Zaraz zrozumiesz. Drugiego dnia wieczorem okazuje się, że pierworodnemu trafia się wyjazd do Szklarskiej na parę dni. Urzędową zgodę wydaję i każę wcześnie iść spać. Rano wstajemy. Młody marudzi, jak zwykle, biorę sukę na smycz i do samochodu. Aha, syn wcześniej stwierdza, że nie będzie zabierał kluczy w góry, bo zgubi.
- Słusznie.
- Pozornie. Każę mu spakować się do końca, zamknąć chałupę moimi kluczami i zasuwać na dół. Odsikuję sukę i zaczynam się bawić. Zima, czyli, rozumiesz, epoka samochodu skrobanego.
- Nie znam tego, nie jestem zmotoryzowany.
- To żałuj. W zimie, to coś wspaniałego. W każdym razie, kiedy prawie kończę skrobać, dowleka się mój zaspany potomek. Każę mu wsiadać i klucze wsadzić mi do kieszeni w kurtce. Doskrobuję i jedziemy. Dojeżdżamy do dworca PKS i daję młodemu moją komórkę. Postanawiam go w ten sposób kontrolować na odległość.
- Aleś upierdliwy! Za nic nie chciałbym takiego tatusia...
- Dobra, dobra!
- Co dalej?
- Syn bierze komórkę i do autobusu. Ja do domu. Wysiadam, suka znów się odsikuje, chyba na zapas. Potem okazuje się, że jest bardzo przewidująca. Jasnowidz prawie. Podchodzę do bramy, ręka do kieszeni, a tu pusto.
- Ha!
- Właśnie. Ha! W pierwszej chwili, nie pamiętając, że syn zamykał, myślę, że mi wypadły w samochodzie. Idę, szukam - nic. Wtedy mnie olśniewa, że klucze...
- Jadą sobie do Szklarskiej u syna w kieszeni.
- Dokładnie. Diabli mnie biorą. Szczęściem mam przy sobie parę zetów, więc lecę do kiosku. Kupuję kartę i biegiem do automatu na stacji benzynowej.
- Nie mogłeś z komórki?
- Przecież synowi dałem, sklerozo!
- Faktycznie!
- Dopadam do automatu, dzwonię. Szlag mnie trafia, bo syn nie odbiera i słyszę sam siebie. Mówię sobie, żebym się sobie nagrał. Wtedy mnie trafia na amen. Walę słuchawką, aż iskry idą! Facet ze stacji mnie ochrzania. I słusznie.
- Nerwus jesteś, nie można tak.
- Tak? Przypomnij sobie siebie w rowie, albo w korytarzyku!
- No, racja, racja. Mów dalej.

- Dalej, to patrzę na zegarek i jest pięć minut do odjazdu autobusu. Ostatni dzwonek, żeby młodego złapać. Dzwonię drugi raz, trzeci, czwarty, piąty. Nic. Za ostatnim razem, to już się nagrywam. Tracę panowanie i puszczam synowi parę ciepłych słów. Do tej pory mi wstyd. Każę mu na pierwszym przystanku wyskoczyć z autobusu i czekać na mój telefon. Chcę dojechać i przechwycić klucze. A on niech sobie czeka na następny autobus. Nabroił, niech płaci.
- Sadysta jesteś, toż to dziecko.
- Dziecko, a jakże! Metr dziewięćdziesiąt, głos jak u basa operowego. Nieważne, i tak nie odbiera telefonu. Myślę - trzeba gonić autobus. Sukę za frak i do samochodu. Na dworzec.
- Po co?
- Przecież musiałem wiedzieć, jaki autobus gonię! Numer rejestracyjny, czy coś...
- A telefon do kierowcy?
- Przychodzi mi to do głowy, ale dyżurna ruchu PKS oświeca mnie, że nie mają łączności radiowej z kierowcą, a numeru jego komórki nie zna. Ręce mi opadają, nie wiem co robić. Nagle - olśnienie!
- Co wymyśliłeś?!
- Proszę o telefony do dyżurnych ruchu w miejscowościach, przez które jedzie autobus i godziny przyjazdu.
- Bomba!
- I tak i nie. Numery dostaję, ale pani nie raczy mi zaproponować, żebym dzwonił od niej.
- Nie mogłeś sam o to poprosić?
- Nie ja! Znasz mnie, nienawidzę prosić się i narzucać. Sprint do automatu!
- Więc biegasz.
- Wolę. Dopadam do automatu, patrzę na zegarek - jest 9.30. W Strzegomiu mają stawać o 9.40. - mam czas. Łapię słuchawkę i widzę, że automat jest na inne karty. Z chipem.
- Drugiego nie było?
- Wszystkie takie. Pędzę do kiosku - kolejka, nie chcą puścić, dranie. Kupuję kartę. I znowu do automatu, jakieś babsko ględzi. Staję tak blisko, że się jej w końcu odechciewa i kończy. Dzwonię. Zajęte!!! Już 9.35.
- Pech, to pech!
- Ano. Z pięć razy wykręcam, zanim się dodzwaniam. Jest 9.48.
- Za późno?!
- Na szczęście, nie! Autobus spóźniony! Makabryczne warunki na drodze. Lód, śnieg i zawieja.
- Wymarzona pogoda na wycieczkę do Strzegomia.

- Właśnie, szczególnie pięcioletnim tico, na trzyletnich gumach. Telefon odbiera jakaś babka. Mówię w czym rzecz. Trochę rechocze, ale obiecuje wyjść do autobusu i zabrać młodemu klucze. Proszę też, żeby mu kazała wyjąć komórkę i nie wypuszczać jej z ręki, aż nie odwołam. Pół godziny potem dzwonię znowu i dowiaduję się, że zabrała mu klucze i że się, biedaczyna, wystraszył.
- Ulżyło ci.
- No, jasne, że tak! Jadę! Tylko teraz mam inny stres, panikuję, czy mi benzyny wystarczy. Przecież nie mam pieniędzy! Leżą w domu! Poza tym, boję się poślizgu i tego, że syn jednak odsłucha sekretarkę, a nawciskałem mu nieźle, aż wstyd!
- Nieładnie, nieładnie! Własne dzieci przekleństw uczyć!
- Nie żartuj sobie, nerwy, nerwy, nerwy... Jedno mnie pociesza, że on jest komórkowym analfabetą i może sobie z tym nie poradzi. Wsiadam i jadę. Zasuwam szybko, bo nie wiem, o której żona wraca.
- Nie?
- Nie! Umówiliśmy się, że zadzwoni do domu i mi powie, to wyskoczę po nią na dworzec. Ale przecież w domu mnie nie ma, więc jak mam odebrać telefon?
- Faktycznie.
- Wyjeżdżam za Wrocław, piękne białe pola widzę i aż gęsiej skórki dostaję. Jeszcze śnieg padać zaczyna, a syf spod kół innych samochodów na szybę mi leci. Płynu końcówka i nie mam za co dokupić.
- Aleś się wybrał!

- Sytuacja przymusowa, Normalnie, nikt by mnie nie namówił na taką jazdę.
- Rozumiem.
- Jadę. Miejscami dość szybko, nawet zbyt, ale jestem jak w transie. Dojeżdżam w końcu do tego cholernego Strzegomia.
- Ty i piesek.
- Ściślej biorąc suczka. Z nią mam „ubaw” dodatkowy. Niby jedziemy tylko do Strzegomia, ale ona przez Rygę. Zafajduje tylną kanapę. Torsje. Biedna suka, nigdy tyle czasu w samochodzie nie spędziła. Ale „dzięki” temu mogę odpocząć i posprzątać. Ech... W Strzegomiu jest jeszcze lepiej. Przejeżdżam taką uliczką, na którą skierował mnie jeden tubylec... Błądzę. Trzy razy przejeżdżam koło dworca i nie zauważam. Taki wielki. Za czwartym kółkiem już widzę, a tu nagle trzask!
- Stuknąłeś kogoś?! O, rany!
- Mnie stuknęli. Gówniarze śniegiem! Znaczy, chyba lodem czy kamieniem otoczonym w śniegu, bo diabli wzięli tylną lewą szybę...
- O, rany...
- Daję po hamulcach, wypadam i gonię gówniarzy, ale bez skutku.
- Są szybsi?
- Znają teren, a poza tym pies mi wyskakuje oknem. Muszę go łapać.
- Jeszcze tego by brakowało, żeby ci suczka zginęła.
- Właśnie! Łapię, wsadzam do samochodu i uwiązuję do kierownicy. Idę na dworzec. Wchodzę do budki dyżurnego i od razu humor mi wraca! Klucze leżą sobie na biurku. Babka śmieje się, ale dumna, że pomogła. Rozmawiamy moment i mówię, że czas mi jechać. Już żegnając się, mówię o oknie i narzekam, że będę na mrozie jechał, zimowym kabrioletem, bo nawet nie mam pieniędzy żeby folię kupić i zalepić.
- Faktycznie, problem.
- I jak szczęście, to szczęście. Mówi mi ta dyżurna - Czekaj pan, coś poradzimy. Idzie do kierowców i przynosi kawał folii. Taśmę też.
- Złoto, a nie kobieta! Ożenię się z nią!
- Żebyś wiedział, że złoto! Tylko, wiekowo, to raczej nadawałaby się na teściowa i to nawet dla mnie. W każdym razie dziękuję, żegnam się i potwornie mi głupio było, że nie mam kasy... Choć jakiegoś badyla jej dać, ale za co kupić? Z klombu nie urwę, bo zima. Staram się jakoś wytłumaczyć i obiecuję, że następnym razem to nadrobię.
- Koniecznie!

- Tak zrobię. No, ale zalepiam okienko, suka zła, bo nie może wyglądać i wracam. Trochę się boję, że kiedy zauważy psa na ulicy, to wyskoczy przez tę folię, jak lew w cyrku przez obręcz zalepioną bibułą... Przywiązuję ją do ręcznego hamulca...
- Zwariowałeś? A gdyby na takiej śliskiej drodze szarpnęła się i zaciągnęła hamulec? Wylądowalibyście w rowie!
- No, po chwili dochodzę do tego samego wniosku i odwiązuję ją. Jedziemy. Nie wyskakuje, a jest, biedaczka, w stresie. Haftuje jeszcze dwa razy. Staję, sprzątam, ale w końcu dojeżdżamy. Wchodzę do domu i powiem ci, aż mi się nogi uginają z radości: żony jeszcze nie ma!
- Nie bardzo rozumiem jednej rzeczy...
- Jakiej?
- Czemu nie poczekałeś na żonę u rodziny, albo u kogoś ze znajomych?
- Nie wchodziło to w grę. Rodzice też mają psa, który nie znosi mojej suki. Odpada. Siostra ma uczulenie na sierść, też odpada. Mogłem ewentualnie pojechać do kumpla, który ma dom pod Wrocławiem.
- Czemu nie pojechałeś?
- Człowieku, gdzie ty żyjesz? Od razu widać, że nie jesteś żonaty.
- Nie widzę związku.
- Pomyśl trochę. Żona mi wraca z wczasów. Przed jej wyjazdem obraziłem się na nią, kiedy mi powiedziała, że boi się mnie samego zostawić, bo zapuszczę chałupę... Wraca, a tu mnie nie ma, cały zlew tłustych talerzy, wanna nieumyta... Do tego, w domu nie palimy, rozumiesz - dzieci, a w każdym kącie pełna popielniczka! Jedzie wszędzie fajkami, dywany, jak nieszczęście, łóżka niepościelone, na żyrandolu skarpetki wiszą... Wiesz, co by było?!

Pani dyżurnej ruchu z dworca PKS w Strzegomiu dedykuję. Zamiast kwiatka.

 

wstecz