Tytułem wstępu

Publikowany tu reportaż (chwilami nieporadny, chwilami pompatyczny - tłumaczyć to można (trzeba?) młodym wiekiem autora, kompletnym brakiem dystansu do opisywanych wydarzeń oraz czasami, w jakich powstał) opowiada o niektórych aspektach słynnej swego czasu akcji ratowniczej w ucierpiałych od trzęsienia ziemi rejonach Armenii, podówczas jeszcze Armeńskiej SSR. Mowa tu jest o ratownikach z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego KGHM Lubin.
W tamtych czasach Stacja ta była tworem stosunkowo nowym. Była tą komórką Kombinatu, z którą mój Ojciec Jerzy Kolasiński (wielekroć w reportażu cytowany) związał się na koniec swej wieloletniej zawodowej przygody z Polską Miedzią. Był pierwszym dyrektorem OSRG, jej głównym twórcą (obok swego przyjaciela, ówczesnego dyrektora naczelnego KGHM inż. Mirosława Pawlaka). Stacja istnieje do dziś, ma się doskonale (niedawno miałem okazję ponownie po latach ją odwiedzić), a osiągnięcia lubińskich, a właściwie sobińskich ratowników (OSRG mieści się w pobliżu miejscowości Sobin) sprawiają, że Stacja znana jest daleko poza Europą. „Patronat” opowiada o owej sławy początkach.

 

Tekst publikujemy w oryginale, w kilku tylko miejscach wprowadziliśmy konieczne uzupełnienia (zaznaczone nawiasem kwadratowym). Niektóre nieczytelne dzisiaj skróty zostały rozwinięte, a dwóch krótkich passusów (kompletnie nie rozumiejąc, „co 21 lat temu autor miał na myśli”) pozbyliśmy się z tekstu, odpowiednio to zaznaczając.
Zapraszamy do lektury.


 


Zenon Żarnicki


PATRONAT



Nie tak dawno pokazywano w naszej TV cykl dokumentalny o ZSRR „przed Gorbaczowem”. Znany radziecki historyk Edelman, komentując [w jednym z filmów] archiwalne zdjęcia z tamtych lat zauważył m.in., że o żadnych z radzieckich polityków nie krążyło tyle dowcipów, co o towarzyszu Breżniewie (notabene Honorowym Górniku PRL). Jednym z najlepszych był ten: o poszerzaniu, poprzez operację chirurgiczną, jego klatki piersiowej, gdyż medale już się nie mieściły (w tym i nasze polskie). Byłoby to śmieszne, gdyby nie fakt, że w prawdzie tow. Leonida już nie ma - wielu „wysoko postawionych” nadal cierpi na „orderową gorączkę”. Tak jak on pchają się po zaszczyty i honory, nadawane często za „zasługi”, za które bardziej należałoby ukarać. W ZSMP nie brak podobnych orderowiczów-nałogowców. Nieważne co, nieważne jak - byleby wszyscy wiedzieli, że właśnie im to trzeba zawdzięczać!

Ileż to szumu było w grudniu zeszłego roku! Jakaż wspaniała inicjatywa - patronat ZSMP nad grupą polskich ratowników, pracujących na rumowiskach armeńskich miast i wiosek. Jakież „super” było powitanie powracających na Okęciu. Otoczka, zatem wspaniała - a rzeczywistość?

Miałem okazję, trzy miesiące temu, spędzić wiele godzin na rozmowach z ludźmi z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego przy KGHM Lubin. Dotarłem tam 31 grudnia ubiegłego roku. Cztery dni wcześniej widziałem w TV relację z hucznego powitania ratowników na Okęciu - byłem więc pewien, że całą ekipę zastanę w komplecie. Już pierwszy kontakt z ratownikami wyprowadził mnie z błędu. Rzucali różne „niezbyt delikatne” uwagi - jak się potem zorientowałem, uzasadnione - na temat owego powrotu i powitania... Okazało się, że większość (jedenastu ludzi) z trzynastoosobowej ekipy faktycznie wróciła 27 grudnia 1988r. i zdążyła też już normalnie pójść do pracy w kopalniach, natomiast istna „odyseja” dwóch pozostałych zakończyła się zaledwie parę godzin przed moim przyjazdem. Mianowicie 31 grudnia o godz. 1:30 w nocy. Wtedy to dyrektor OSRG inż. Jerzy Kolasiński odetchnął wreszcie po kilkunastu dniach nerwówki, która poważnie nadszarpnęła jego wiarę w ludzi na stanowiskach.

Gdy pierwsza część lubińskiej grupy wylądowała w Warszawie i okazało się, że brak dwóch ratowników i większej części sprzętu, dyrektor siedział [więc] jak na szpilkach. Aż do 29 grudnia. Wtedy to o godzinie 23:30 zadzwonili do niego dwaj ostatni [„spitakowcy”] (wylądowali zaledwie półtorej godziny wcześniej): - Jesteśmy w Warszawie. Spanie mamy u strażaków. Nikt nie dał nam nic do jedzenia, jesteśmy bez grosza!

Inż. Kolasiński oniemiał, gdyż wiedział, że tamci dwaj mieli już za sobą trzy dni głodówki w Erewanie. Robił, co mógł. Wreszcie pracownik Impexmetalu, znajomy dyrektora technicznego KGHM, na jego osobistą prośbę odnalazł „Odyseuszy” w [warszawskiej] remizie. - Sam ich wygląd sprawił, że wręczył im nie po dwa (jak ustalono wcześniej), ale po pięć tysięcy na przeżycie - poinformował mnie dyrektor OSRG. Nadal był wściekły. Pieklił się tym bardziej, że 30 grudnia, mimo trzygodzinnej „telefonicznej wojny”, prowadzonej równolegle przez dyspozytora Ministerstwa Przemysł oraz KGHM-owskich transportowców, okazało się, że w stolicy naszego kraju nie można zdobyć krytego samochodu ciężarowego dla przewiezienia cennego dewizowego sprzętu do Lubina. Zapowiadało się więc, że dwaj „spóźnialscy” będą musieli przedłużyć głodówkę. Na szczęście „wypaliła” dżentelmeńska umowa z wrocławskimi strażnikami, których pojazd czekał jednak w stolicy od dwóch dni.

Gdy w parę godzin po moim przybyciu do OSRG zjawili się tam dwaj ostatni „Ormianie” - chcąc sprawdzić, czy cały sprzęt dotarł na miejsce - spytałem ich o przebieg „głodówki”. Władysław Duda, ratownik z Zakładu Doświadczalnego KGHM, wprawdzie już odprężony (wreszcie wrócił!) słysząc moje pytania mocno się zdenerwował: - Człowieku, ilu tam było z nami oficerów! Jednak, gdy okazało się, iż pięciu z nas musi lecieć następnym samolotem (dwaj ratownicy OSRG i trzech strażaków - Z.Z.) konwojując sprzęt - wszystkich wymiotło. Został z nami tylko chorąży radzieckiej Straży Pożarnej. Znaliśmy się z akcji. Chłop w końcu zorientował się, co się dzieje: załatwił nam hotel, po dwa naleśniki na łeb i naturalnie poszedł do domu. A my co? Przycumowaliśmy na lotnisku na trzy dni.

Krzysztof Mirowski, mechanik sprzętu ratowniczego OSRG, drugi z głodujących - był w równie „świetnym nastroju”: - Mieliśmy lecieć zaraz po pierwszej grupie, a tu nagle te trzy dni… Potem Warszawa i znowu na głodnego. Mieliśmy w kieszeni stówę. Tylko spróbuj pan coś za taką kwotę zjeść i to jeszcze w nocy. Doszło do tego, że Władek zagadnął na ulicy milicjanta: „Czy u was w izbie wytrzeźwień dają jeść? Jak tak, to nas zabierajcie”.

Zaskoczony tymi opowieściami, spytałem o „patronat”, o organizatorów całej „imprezy”. Mirowski odparł, że gdyby nie ZSMP, to do wyjazdu polskiej grupy do Armenii wcale chyba by nie doszło. Jednak w jego przekonaniu - zasługi organizacji młodzieżowej na tym się kończą. Zapytany o to samo kierownik lubińskiej grupy mjr poż. inż. Waldemar Jakubowski (na co dzień kierownik zmiany Pogotowia Górniczego OSRG) odpowiedział, że dla ratownika nie jest istotny szyld, pod którym występuje, tylko możliwość udzielania pomocy. [On również] przyznał, że wyjazd do Armenii doszedł do skutku dzięki ZSMP, dodał jednak [przy tym], iż faktycznym organizatorem akcji, tam na miejscu, całego zaplecza kwatermistrzowskiego, organizacji roboty, była polska straż pożarna, która cały ciężar wzięła na siebie.

Przestawałem już rozumieć. Był więc w końcu ten patronat czy go nie było? Indagowałem dalej inż. Jakubowskiego - czy [już w Armenii] zetknął się z jakimś namacalnym dowodem funkcjonowania ZSMP-owskiego patronatu. Dowiedziałem się, że [inżynier] spotkał (po raz pierwszy) na miejscu akcji, w Spitaku, przedstawiciela ZG ZSMP dopiero po sześciu dniach od wylotu [ratowników] z kraju. Około 19 grudnia. Inny ratownik, mechanik sprzętu ratowniczego ZG Polkowice, Jan Wysocki, spotkał się z tymże działaczem jeszcze później, w Wigilię, ale - jak zwrócił mi uwagę - cały czas był „w akcji i mógł gościa nie zauważyć”.

[...] zaczęło się już w Polsce. Ratownicy z Lubina oglądali newsy w Dzienniku TV przez parę dni, zanim zapadła decyzja o wylocie do Erewania. Oglądali przyloty do ZSRR grup ochotników z zachodniej Europy wyposażonych w [daleko] gorszy sprzęt niż ten, leżący u nich w magazynie… Chęć wyjazdu do akcji lubińscy ratownicy zgłosili dyrekcji Kombinatu Miedziowego już na drugi dzień po katastrofie, szefostwo sprawę przekazało dalej, "odpowiednim czynnikom". Otrzymano nawet potwierdzenie z Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, że w chwili formalnej decyzji o wyjeździe, natychmiast przygotowany zostanie wojskowy samolot transportowy - lot prosto do Erewania. Decyzja jednak utknęła gdzieś po drodze… - A przecież - jaki mi powiedział inż. Jakubowski: - Człowiek zasypany przez 5 dni (po takim czasie od kataklizmu zjawiliśmy się w Spitaku) przy temperaturach dochodzących nocą do -20, -25 C, przy braku wody i żywności ma minimalne szanse doczekania się pomocy. Już analizując sprawę na chłodno stwierdzam, że pojechaliśmy o cztery dni za późno. Dlaczego? No właśnie. Dlaczego? [Będzie jeszcze o tym mowa].

W końcu jednak [lubiąscy ratownicy] wyruszyli. Polecieli z Legnicy do Warszawy wojskowym samolotem radzieckim pełnym ludzi, sprzętu ratowniczego i worków lekarstw, przekazanych potem lekarzom z Armenii. [wprawdzie] Przylecieli o umówionej godzinie , nikt jednak z „patronów” nie czekał. Wreszcie złapali (pod wskazanym przez z-cę przew. Legnickiego ZW ZSMP telefonem) odpowiedniego pracownika Zarządu Głównego, który oświadczył, że „już, już” wysyła autokar. I dalej nic. Cztery godziny telefonicznej ciuciubabki z ZG ZSMP. Od Annasza do Kajfasza. W końcu któryś z „patronów” odesłał inż. Jakubowskiego do… Urzędu Rady Ministrów. Tam zdziwiony urzędnik stwierdził, że on załatwia, i owszem, ale tylko sprawy wizowo-paszportowe, a nie transport. Wreszcie - denerwujący się od czterech godzin (czekał ich jeszcze jeden lot w tym dniu) piloci, oficerowie radzieccy, ściągnęli pracownika swej warszawskiej ambasady, który w ciągu kwadransa „wywalczył” odlot lubinian do Moskwy czarterowym samolotem Aerofłotu.

Im dalej w las, było coraz „lepiej”. W wyniku trudności z lądowaniem w samej Armenii (zatłoczone lotnisko), ratownicy z Lubina wychodząc wreszcie z samolotu, którym lecieli z Moskwy [do Erewania], zobaczyli rosnące na skwerach przed lotniskiem… palmy. BYŁO TO LOTNISKO W… Soczi. Sprzęt ratowniczy oraz żywność leciał w tym czasie innym samolotem, który dotarł do Armenii. Obiecanych przez ZG ZSMP rubli [lubińscy ratownicy] nie dostali, więc „padaczka”, „zęby w ścianę”. Lecący z Polakami moskiewscy kolejarze zorientowali się w ich kłopotach. Zainicjowali „zrzutkę” - nasi jednak pieniędzy nie chcieli przyjąć. Obrażeni nieco kolejarze zmienili taktykę i - jak powiedział mi Wysocki - dali ze swych plecaków tyle jedzenia, że mieliśmy już dosyć. „Kompletne czynniki” odnalazły polskich ratowników po kilku godzinach. Trudności, improwizacja, nieunikniony bałagan - ale… Powiedzmy wprost. Gdy ktoś podejmuje się patronatu nad ludźmi, którzy dobrowolnie chcą grzebać w gruzach ryzykując [własnym] życiem, trzeba zabrać się do tego poważnie. Jeśli zadanie siły przerasta - lepiej nie zabierać się do tego wcale.

I jeszcze jedno. Wydawać by się mogło, że „patronując” pracy ratowników będących o tysiące kilometrów od rodzin, od swych miejsc pracy - wypadałoby informować pozostałych w Polsce o przebiegu akcji. Tymczasem jeden z moich rozmówców, Jan Wysocki, żalił się, że jego żona (jak i małżonki pozostałych „Ormian”) podczas trwania akcji otrzymywała informacje sprzeczne, często fałszywe, od dyrektora OSRG. - Ale on, panie, sam nic nie wiedział. Istotnie inż. Kolasiński nic nie wiedział. Obiecanych przez „patronatów” informacji nie było. - Dopiero 15 grudnia, po ostrej rozmowie z jednym z zastępców przewodniczącego ZS ZSMP odszukaliśmy zastępcę szefa Wydziały Zagranicznego ZG, który powiedział mi, iż jedzie do Armenii „ich człowiek” specjalnie po to, żeby organizować systematyczną informację. Zapewni komunikaty radiowe. Dyrektor OSRG polecił swemu dyżurnemu przygotować tabele z adresami i telefonami rodzin „swoich Ormian”. Rubryk na informacje było 20. Każda na jeden [z] obiecywany[ch] komunikat[ów]. Komunikat nr 1 opracowano w OSRG na podstawie informacji pochodzących od oficera dyżurnego jednostki radzieckiej w Legnicy. Komunikat nr 2 powstał w wyniku telefonicznej rozmowy ze strażakiem krótkofalowcem-amatorem z Lubina. Komunikat nr 3 to wynik „nie całkiem grzecznej” rozmowy ze wspominanym [wcześniej] człowiekiem z Wydziału Zagranicznego ZG ZSMP. Siedemnaście pozostałych komunikatów to puste kolumny w tabeli… Znowu trudności. Tradycyjnie obiektywne. Nawet jeśli do samego ZG ZSMP informacje nie dochodziły, to wystarczyło wykonać choć drobny gest. - Jeden telefon w rodzaj „przykro nam, sami nic nie wiemy, ale staramy się coś zrobić” spowodowałby uniknięcie dodatkowych kwasów” - zapewnił mnie inż. Kolasiński. Ja od siebie dodam, że nie mogłyby być to zapewnienia bez pokrycia.

Wróćmy teraz do „zbyt późnego wyjazdu” polskich ratowników do Armenii. Myślę, że tym razem ZSMP winić tu nie można. Psa pogrzebano w innym raczej miejscu. Może kiedyś dowiemy się gdzie biedak spoczywa. Fakt pozostaje faktem, iż wyjazd dolnośląskich górników był spóźniony „o te cztery dni”. A wyposażeni byli jak mało kto. Cały ich sprzęt pochodził z najlepszych firm na świecie, z firm „Partner” (Szwecja), „Holmatro” (Holandia), „Porstfeld” i „Dräger” (RFN). Poza Polakami (w Spitaku) tylko angielska ekipa była wyposażona w urządzenia podobnej klasy.

Inż. Jakubowski (podobnie jak i [wszyscy] inni moi rozmówcy) zaskoczony był wyposażeniem Rosjan. Mieli oni doskonały sprzęt ciężki. Zupełnie zaś nie posiadali lekkiego - tylko łopaty, łomy, siekiery i… ręce. Inż. Jakubowski wyczytał w miejscowej prasie zarzuty pod adresem lokalnych władz: „Dlaczego Polacy mają odpowiednie urządzenia, a my Ormianie (mieszkańcy rejony sejsmicznego) - nie?” Inżynier rozmawiał też z ministrem spraw wewnętrznych Armeńskiej SRR, który przyznał, że „wyszedł na jaw poważny błąd w przygotowaniu republiki do ewentualnych katastrof”. Również premier ZSRR N. Ryżkow oglądał wyposażenie lubiniaków. Oglądał długo i z takim zainteresowaniem, że inż. Jakubowski zyskał pewność, że ratownicy radzieccy pozbędą się [niebawem] owych luk sprzętowych.

[…] do Armenii Polacy pojechali na ochotnika, bez żadnych przymuszeń, agitacji. Do akcji zgłosiło się 60 górników. Inż. Jakubowski (któremu dyr. Kolasiński dał wolną rękę w wyborze ludzi) postanowił zabrać ze sobą najwszechstronniejszych. Fachowców we wszystkich dziedzinach. - Wybrałem najlepszych - opowiadał potem - ale ci, którzy nie pojechali, wcale nie są gorsi. Niektórzy z nich do dziś mają do mnie pretensje o to, iż nie pojechali. To budujące - mieć pretensje o to, że nie wzięto ich tam, gdzie ryzykowaliby życiem.

Cała „pechowa trzynastka” - jak żartując nazywali siebie ci, którzy polecieli [do akcji] - była ogromnie wzruszona objawami wdzięczności Ormian. Władysław Duda opowiadał mi, że ludzie z wiosek przychodzili prosić o wydobycie jakiegoś mebla, telewizora czy dokumentów. Przynosili np. kurczaki, inne jedzenie - co tylko mieli wtykali w ręce ratownikom dziękując nawet gdy wydobyty telewizor sprasowany był na amen. Wysocki był zaskoczony, gdy po wydobyciu spod gruzów drewnianej szafki, jej właścicielka (oprócz owego mebla całym jej ówczesnym dobytkiem było parę słoików z jedzeniem i tyle odzieży, ile miała na sobie) - zaczęła coś pichcić na ognisku. - Jak nie zjecie, to nie pozwolę niczego więcej szukać - zagroziła. Tym bardziej było Wysockiemu przykro, że w kraju, w Polsce, było już inaczej. - Wymieniali nas (ludzi z Lublina - Z.Ż.) zawsze na ostatnim miejscu. Do załadunku sprzętu byliśmy pierwsi – do wysiadania w Warszawie – ostatni. To jednak w sumie mało ważne. Nie chcieliśmy robić [sobie] żadnej reklamy. To przecież wstyd robić ją na czymś takim. Pojechaliśmy tam i przydaliśmy się. Wprawdzie nie do tego, do czego jesteśmy powołani - do ratowani ludzi, ale do przesiewania gruzowisk, wyjmowania sprzętów i, niestety, zwłok. Twierdzę, że zrobiliśmy wszystko, co potrafiliśmy, co mogliśmy, co powinniśmy. Trochę więc przykro nam było w Warszawie, gdzie odznaczenia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych dostali tylko strażacy. Nikt z nas górników oraz żaden GOPR-owiec niczego nie dostał. Nie byliśmy z resortu. I co z tego? Żaden z polskiej grupy nie jest przecież radzieckim strażakiem, a ich najwyższe resortowe odznaczenia dostaliśmy wszyscy, bez wyjątku. W Polsce też, tylko radziecki ambasador wręczył dyplomy i zegarki wszystkim, bez jakiejkolwiek segregacji. Nie, nie chodzi mi o jakieś materialne wynagrodzenie, ale o duchową satysfakcję.

Do tych niezbyt wesołych refleksji Wysockiego dołączył [się w rozmowie ze mną] dyrektor OSRG, dodając sarkastycznie, że gdy chciał nas Okęciu, uściskać „swoich chłopców” udało mu się to dopiero po „usilnych staraniach z użyciem łokci”. („Jego chłopcy” stanowili notabene kilkanaście procent całej powracającej ekipy.) - Cóż - ironizował dyrektor - tłok na płycie lotniska był ogromny i takaż konkurencja. Ach, te fanfary i obiektywy kamer. Jakąż dla niektórych posiadają magiczną siłę przyciągania…

Chcę jeszcze dodać, że na odprawie przed odlotem do Armenii, gdy przyszedł czas na pytania - nie padło to z nich, o którym dyr. Kolasiński wiedział, że nie padnie: „A za ile?” - Wiedziałem, że takie słowa nie padną i nie padły, mimo iż w Polsce padają ostatnio na każdym kroku. Jednak nie w tym gronie, i nie w takiej sytuacji.

[…]po „szopkach” z organizacją przelotów, po „patronacie” który przypominał swą własną karykaturę, po „sympatycznym docenianiu” pracy ratowników z KGHM, należą im się chyba jakieś drobne przeprosiny. Nikt (do dziś!) nie raczył się z nimi pokwapić. Mało tego. Gdy parę dni temu przypadkowo rozmawiałem z dyr. Kolasińskim o sprawach sprzed paru miesięcy, poznałem jeszcze jeden pikantny szczególik. Otóż na początku lutego br. Dyrektor OSRG usłyszał w radiu informację o dekoracji w Zarządzie Głównym PCK Złotymi Odznakami PCK grupy Polaków biorących udział w niesieniu pomocy Armenii. [Jerzy] Kolasiński, przyzwyczajony już do różnych niespodzianek, zadzwonił do Warszawy. Rozmawiając z sekretarzem generalnym PCK „zdziwił się”, dlaczego jego ludzi znowu pominięto. Sympatyczna pani z Warszawy też była zaskoczona. Tyle, że czym innym. - A dlaczego panowie nie przyjechali do nas? - spytała. Dyrektor odparł, że nie mają w zwyczaju jeździć tam, gdzie nikt ich nie zaprasza. Pani sekretarz była jeszcze bardziej zdziwiona. Przeczytała przez telefon listę „ludzi do odznaczenia” przygotowaną przez „patrona” armeńskiej akcji - ZG ZSMP, na której ratownicy z Dolnego Śląska znajdowali się w komplecie. Poinformowała jednak dyrektora, że na samo spotkanie zapraszał [właśnie] ZG ZSMP a nie PCK. Dodała też, że inni odznaczeni „Ormianie” „dosyć ostro dziwili się” nieobecności ludzi z Lubina.

Chyba już wystarczy.
Jasne jest przecież, że „patronat” wyglądał tak wyglądał, a nie inaczej… Można mieć chyba nadzieję, że nikt z owych, pożal się Boże, „patronów” nie jest kimś w rodzaju pewnego ministra z dworu cesarza Haile Selasje, który „taką ci bystrość posiadał, że w największej stracie korzyść umiał wypatrzyć, a wszystko miał tak zmyślnie obrócone, że w przegranej wygraną widział, w nieszczęściu szczęście, w biedzie dostatniość, w klęsce pomyślność” (R. Kapuściński „Cesarz”, W-Wa 1978). Nie wymagam "aż" przyznania się do błędów, ale może choć o rezygnacji z zajmowania postawy opisywanego wyżej ministra.

Przez parę miesięcy, jakie od grudnia upłynęły, nie byłem w Zagłębiu Miedziowym, wydaje mi się jednak, że skutkiem tak perfekcyjnego „patronowania” akcji pomocy w Armenii (a sprawa ta jest tam znana szeroko) - tłumy niezliczone młodych górników walą drzwiami i oknami, niszcząc framugi, do kopalnianych zarządów zakładowych ZSMP chcąc powiększyć szeregi tej znamienitej organizacji…


Lubin - Sobin - Głogów Wrocław, grudzień 1988

post scriptum

Historia reportażu jest o niebo mniej ciekawa od treści tekstu, ale też - jak sądzę - warta poznania.
Wydarzenia opisane w „Patronacie” śledziłem na bieżąco w TV, zupełnie zaś odmienną wiedzę zdobywałem w rozmowach z moim Ojcem. Rozbieżności te spowodowały, że zaproponowałem Naczelnemu wrocławskiego tygodnika „Sprawy i Ludzie” - reportaż o nich traktujący. Propozycja została przyjęta (rzekłbym - entuzjastycznie), skutkiem czego wiele godzin spędziłem w Sobinie, Lubinie, Polkowicach i Głogowie na rozmowach z moimi bohaterami, utrwalając je na ZK140. Oprócz cennych informacji, od jednego z ratowników (niestety zapomniałem już, którego) rolkę „gorącego” jeszcze filmu z Armenii i gdyby tekst w „SiL” się ukazał, tygodnik mógłby się pochwalić pierwszeństwem w tej kwestii. Niestety - kiedy już tekst był gotowy, a film (w redakcji) wywołany, Naczelny poinformował mnie, że już nie jest zainteresowany całą sprawą. Na temat przyczyn zmiany stanowiska nie zamierzał się rozwodzić i udało mu się to znakomicie. O tym, że wyszedłem na idiotę a moi „miedziowi” rozmówcy stracili masę czasu na udzielaniu mi informacji i dzieleniu się refleksjami - natychmiast poinformowałem zainteresowanych. Zawziąłem się jednak i po kilku miesiącach udało mi się (skrócony) tekst opublikować w „Iglicy” wydawanej przez ZW ZSMP we Wrocławiu. Biorąc pod uwagę, ile w „miłych” słów napisałem pod adresem struktur tej organizacji - stanowi to interesujący znak tamtych czasów. Komplementów padłoby rzecz jasna więcej, ale istniała jeszcze cenzura.
Jako że pracowałem wówczas (1988) we Wrocławskiej Fabryce Domów i panujący tam bajzel opisywałem w felietonach - na wszelki wypadek reportaż opublikowałem również pod pseudonimem (wciąż naiwnie liczyłem na mieszkanie z tejże firmy). Dlaczego „Zenon” a tym bardziej „Żarnicki” - nie pamiętam. Z przytoczonych powodów nie mogłem się też przyznać do pokrewieństwa z jednym z bohaterów opowieści.
J.K.

 

wstecz