Prozaiczny stosunek horrorysty Arkadiusza


W humorze był wyśmienitym - właśnie wracał z pogrzebu. Jego czarny płaszcz z postawionym na sztorc kołnierzem popijał deszczówkę, zakąszając drobinkami błota, którego na wrocławskich chodnikach zawsze było w bród. Twarz miał bladą jakby właśnie kończył odsiadywać dożywocie. Zmoczone ulewą włosy, półprzytomny wzrok, sina kreska warg, gęsta pajęczyna zmarszczek oraz wory pod oczami dopełniały całości. Brnąc przez rozmakające miasto, przypominał Draculę tuż po wyjściu z basenu. Maszerował zaś zygzakiem, gdyż deszcz zalewał mu okulary. Mógłby je wprawdzie zdjąć, lecz miał kompleks braku wykształcenia i choć wyglądać nie chciał na ćwierćinteligenta.

Na co dzień i na ćwierć gwizdka udzielał się ciałem jako urzędnik państwowy, zaś jego duszą i umysłem w pełni zawładnęły muzy. Arkadiusz był prozaikiem pełnymi garściami czerpiącym z otaczającej go rzeczywistości - nic zatem dziwnego, że pisał tylko i wyłącznie horrory. Jako nad wyraz bystry obserwator nie marnował żadnej okazji - nawet z pogrzebu przyjaciela nie wracał z pustymi rękami - półtorej strony zapisków obiecująco łechtało go w kieszeń.
Szedł szybko, rozgarniając połami rozpiętego płaszcza kurtynę deszczu. Co parędziesiąt kroków przystawał, niczym ubek osłaniał twarz kołnierzem, by półgłosem szkicować opowiadanie na dyktafonie ukrytym w wewnętrznej kieszeni. Nie zważając na pogodę, na pieprzne komentarze potrącanych przechodniów - tworzył. Szedł, mókł i tworzył. Na taksówkę nie było go stać, z autobusu zrezygnował, gdyż tłok nie sprzyjałby budowaniu narracji, a właśnie wylewał pod nią fundamenty.

Ponad dwie godziny trwało, nim dotarł pod blok, w którym wegetował. Obrzuciwszy go spojrzeniem, z obrzydzeniem wzdrygnął się, a potem zaklął wściekle, gdyż gotowy już prawie akapit, kuląc się zapewne z zimna, uleciał mu z głowy.

Przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu kluczy zżymał się, że żyć musi w blokowisku, a nie na pulsującym grozą odludziu otoczonym bagnami, po których szwendają się potępione dusze. Nie mógł ścierpieć, że mieszka w bloku zamiast w otulonym bluszczem, nawiedzonym domu o skrzypiących okiennicach i mnóstwie wieżyczek. Niestety - jedynym mokradłem w okolicy był plac ślimaczącej się budowy, a w roli wieżyczki mogła wystąpić tylko niedokończona dzwonnica trzeciego na osiedlu kościoła. Za potępieńców - na upartego - można było uznać tylko mnożących się jak króliki dresiarzy, a substytut bluszczu stanowiły płaty łuszczącej się na ścianach farby. Nie mogło być też mowy o nawiedzeniu bloku przy Bajana, chyba żeby uznać za to niekończące się techno-koncerty kretyna z piątego oraz udarowe rytuały pozostałych sąsiadów.

Arkadiusz dbał o realia i klimat w swoich horrorach. Okoliczności nie sprzyjały, z wyobraźnią literacką było u niego nienajlepiej - musiał zatem inscenizować. Usiłując dostosować rzeczywistość do swych twórczych potrzeb, spróbował osiedlić w krzakach pobliskiego skweru lelka kozodoja. Bez powodzenia. Zakupiony od znajomego leśniczego ptak zamiast złowieszczyć, uciekł już po godzinie, wystraszony przez tramwaj. Następnego kozodoja Arkadiusz przezornie przywiązał do gałęzi, ale nic to nie dało, gdyż o świecie zżarł go jakiś kocur. Zrezygnowany pisarz skapitulował - skupił się na własnym mieszkaniu i tu odniósł sukces. Nieoczekiwanie bardzo pomocna okazała się teściowa Arkadiusza. Dzięki jej częstym odwiedzinom zawsze zyskiwał odpowiedni nastrój do pisania mrożącej krew w żyłach prozy.

Zdjął okulary i uniósł głowę. Usiłując uniknąć lodowatych strug zalewających oczy, spojrzał w górę. W kuchennym oknie zobaczył żonę. Pomachał jej mokrą ręką.
Kamila powitania nie zauważyła. Odeszła od okna i niespiesznie poszurała do sypialni. Wzięła do ręki „Opowieści niesamowite” Edgara Allana Poe i ułożyła się wygodnie w jednej z dwóch trumien stojących na środku sypialni. Ledwie zaczęła czytać, mężowski yale zazgrzytał w zamku.

Arkadiusz z ulgą zzuł rozmiękłe welury, płaszcz powiesił na koźlim rogu pełniącym obowiązki wieszaka. Zostawiając mokre ślady, wszedł w skarpetkach do salonu, będącego jednocześnie jego gabinetem. Pokoje mieli tylko dwa, a i to wynajmowane od kuzyna Kamili.
- Gdzie jesteś, słonko?
- Tutaj! - dobiegło z sypialni.
Poszedł tam. Twarzy Kamili nie było widać zza książki.
- O! Konkurencję czytamy? - zmarszczył brwi - A zrobiłaś mi przecinki w „Krwawym weekendzie”?
- Przepraszam... - zarumieniła się i czym prędzej zmieniła temat - Gdzie byłeś tyle czasu?
- Na pogrzebie kumpla. Nie znałaś - wyjaśnił i dodał wesoło - Będzie z tego miodzio-opowiadanko, zobaczysz.
Wyszedł.
- Akurat! - pomyślała Kamila - Zaczynasz tylko i nie kończysz. Miodzio, czy nie miodzio, nic z tego nie będzie. Z trzaskiem zamknęła książkę, potem wstała i to samo uczyniła z trumną. Wachlując się wydrukiem mężowskiego opowiadania poszła do salonu. Arkadiusz już tam był. Kiwał się na taborecie, dłonie położył na klawiaturze, a stopami w mokrych skarpetkach bezgłośnie stepował po dywanie.
- Co będziesz pisał?
- No... Takie tam opowiadanko - wyjaśnił nieszczerze, gdyż w istocie zamierzał napisać zaległego maila do kolegi. Wolał, by żona sądziła inaczej, braku weny bardzo się wstydził.

*

Hej, Maciek!
Miesiąc się nie odzywałem, to nadrabiam. Donoszę Ci uprzejmie, ty stary pierdzielu z zaoranej Legnicy, że list będzie krótki, bo nie mam czasu. Czemu nie masz? - spytasz, bo Ty zawsze wszystko musisz wiedzieć. Czasu nie mam - odpowiem - rozumiesz - kwiaty, medale, wizyty w zakładach pracy... Poza tym byłem dzisiaj na pogrzebie Bodzia. Własna żona go zaciukała! Nie żeń się, stary, bo skończysz jak on - w wannie, z kosą w bebechach albo jak ja - co to ani chwili spokoju nie mam. A pogrzeb - odlot! Żałuj, że Cię ominęło. Trochę afera była na cmentarzu, bo zgodnie z testamentem zamiast orkiestry zagrała taka jedna Justyna. Skrzypaczka, nawet niezła. Przyjedziesz, to Cię z nią poznam - będziesz zadowolony. Zrobiłem trochę notatek i mam cudo-materiał na tekst. Podeślę.

*

Arkadiusz podniósł wzrok znad klawiatury i w zamyśleniu spojrzał na żonę. Siedziała na sofie i pstrzyła wydruk przecinkami. Wyglądała niezwykle zapładniająco, jak dla horrorysty: zdawać by się mogło, że jej głowę okala wiszący na ścianie wieniec pogrzebowy. Choć plastikowy, to gustowny - żadnych kiczowatych szarf z pretensjonalnymi napisami.
- Kurczę! Cudownie mi się, kochanie, komponujesz w tych cisach. Nie ruszaj się!
Począł gorączkowo zapełniać notes.
- Opisik? - spytała, nie przerywając korekty. - Do tego nowego?
- A... Tak notuję, na zaś - wyjaśnił i uśmiechnął się - Już! Dzięki, kochanie.
- Nie ma za co - odrzekła. - Odgrzać ci gulasz?
- Kurczę, gulasz? - oblizał się łakomie, lecz bohatersko stawił czoła marzeniom swych jelit. - Dzięki, dzięki! Może potem, teraz pisać muszę...
Odłożył notatki, stuknął w klawiaturę, zganiając z ekranu wygaszacz własnego pomysłu - en face posła Giertycha z uszami Kinsky’ego w roli Nosferatu, oczami red. Pieńkowskiej z „Wiadomości” i zębami prof. Strzembosza.

*

Pogrzeb, pogrzebem, Maciek, czy ty wąchałeś kiedyś siedemdziesiąt groszy? Drukarską farbą zajeżdża! Wydali mi wreszcie tę „Spiralę krwi”! Muszę Ci się trochę poprzechwalać, bo ile można tylko w domu? Kamila mnie już w kiblu zamyka. Wydali mi tę powieść w każdym razie i wreszcie ją przeczytałem. Kurczę, abstrahując od jej obiektywnej wartości, nie podoba mi się, ale publicznie muszę udawać, że świetna. Nie kokietuję, rozumiesz - teraz napisałbym ją inaczej, ale za późno. Słowo się wydrukowało, honorarium u płota. Nawiasem mówiąc moja „Spirala...” kosztuje dwie dychy w księgarni, a ja mam od egzemplarza gówniane siedemdziesiąt groszy, ale to szczegół, bo przecież...

*

- Arkusiku? Długo jeszcze będziesz tworzył? - przerwała mu Kamila. - Pofikamy, kiedy skończysz?
- Boże, znowu?
- Jest początek października. Poprzednie „Boże, znowu” było czternastego maja.
- Aż tak pamiętasz?
- Owszem. To nasza rocznica ślubu - rzuciła nieśmiało.
- Oj, Kamila, co ja z tobą... Przecież ja jestem, do cholery, pisarzem i muszę...
- Od kiedy to literaci żyją w celibacie?? Taki Balzac...
- Kochana! To były inne czasy - to raz. On był sławny, a ja świeżo po debiucie - to dwa.
- No, a Pilch...
- Co, Pilch, cholera jasna? Głowę dam, że nawet on tuż po debiucie też głównie szedł za ciosem, a nie miętosił prześcieradła.
- I co z tego? To nie Pilch się ze mną ożenił.
- Chciałabyś, co?! - poczerwieniał jak zwykle, kiedy uważał, że deprecjonuje się wartość tego, co pisze - Jeszcze Pilchem nie jestem, ale - cierpliwości! Przed śmiercią zdążę.

Pochylił się nad klawiaturą, a Kamili przypomniały się słowa jej starszej siostry, która szwagra wręcz nienawidziła. - Ty go, Kamila, rzuć! Co ty, kurde, masz z tego małżeństwa? Ja między wami żadnej chemii nie widzę! Riposta młodszej z sióstr była raczej rozpaczliwa: - Jakby mi chodziło o chemię, to uprawiałabym seks z Mendelejewem! W odpowiedzi padły słowa jeszcze bardziej brutalne. - Jaki seks? Ty wiesz co to takiego? Kryptę z waszej sypialni zrobił, osioł jeden. Zresztą i tak nie sypiacie ze sobą. Rzuć ty go, rzuć! Żyjesz, jak w tanim filmie o wilkołakach. Nawet ślubu kościelnego nie macie. Jedno dobre, że Czarnej Mszy sobie nie zażyczył. Rzuć ty go!

Siostrzanych sugestii Kamila nie zamierzała brać pod uwagę, ale dobrze znała historię poprzednich małżeństw ukochanego i przez to z lękiem spoglądała w przyszłość.
Pierwsza żona opuściła Arkadiusza u samego progu jego kariery, odchodząc z przyczyn literackich. Pisał wtedy nowelę o wampirach zakonspirowanych na Wiejskiej w Warszawie. Kończąc utwór happy endem, kazał żonie zagrać posłankę Unii Demokratycznej i położyć się w trumnie. Zaprzyjaźniony grubas z parteru miał natomiast udać funkcjonariusza UOP i sfingować przebicie ''wampirzycy'' osikowym kołkiem. Ledwo biedaczka wybłagała, żeby pierś mieć ubraną, co zresztą zasmuciło liczącego na więcej sąsiada.

Niestety, pozorant był w kapciach, poślizgnął się i ostrym kołkiem skaleczył partnerkę. Nieszczęsna kobieta krwawiła obficie i krzyczała z bólu, podczas gdy jej rozgorączkowany małżonek-literat rejestrował szkic scenki na dyktafonie. Kiedy kilka godzin potem wracali z pogotowia, zrobił żonie okropną awanturę twierdząc, że nie powinna była wrzeszczeć, gdyż wampiry giną bezgłośnie. Upływ krwi odebrał biedaczce siły, więc nie protestowała. Następnego ranka wyniosła się do matki.

*

Trochę chaotycznie piszę, ale mi Kamila tyłek zawraca. Jak na moje literackie ambicje, to ona ma za duży temperament. Kurczę, jak ja ci zazdroszczę! Stary! Jesteś wolny jak ptaszek i możesz sobie rzeźbić do woli. Ja mam przerąbane. Kiedyś nie wytrzymam, wreszcie ją zabiję i obaj zarobimy. Ja napiszę o tym powieść, a ty nagrobek wykujesz. Co ty na to?

Pytałeś, co u mnie. Tydzień temu byłem w Kielcach. Na dworcu, jak w przysłowiu, mało mi łba nie urwało, ale nie o to chodzi. Napisałem kiedyś opowiadanko o tym Zbychu, co to bzyka się tylko w górach. Pamiętasz? O tym rudym, co mówiłeś, że jak recytuje, to ci gniją kartofle w piwnicy, a nigdy ich nie kupujesz. Wysłałem to na konkurs do Kielc i zapomniałem, bo miałem zapieprz przy korekcie „Spirali...”. Któregoś dnia jakiś gość zadzwonił, że ma dla mnie 200 złotych. Zdziwiłem się. Nikomu nie pożyczam, bo sam nigdy nie mam kasy. Facet na to, że nie dług, ale nagroda za tamten tekścik. Poprosił, żebym jeszcze raz im tekst wysłał, „bo chyba zagubiliśmy”. No to wysłałem i pojechałem.

Na dworcu Zyziek mnie przechwycił, poszliśmy do niego. Żonę ma okay, córkę też. W sumie, to ich szkoda dla niego, bo sam wiesz, jaki on jest. Nieważne. Zjedliśmy obiad i jazda do emdeku, gdzie mnie mieli fetować. W szatni drzemał jakiś facet. Spytałem go, czy to tutaj będą dawać nagrody za opowiadania. Potwierdził, ale spytał, czemu mnie to interesuje. Bo mam dostać dwie stówy - wyjaśniłem. Facet w szoku. - Widzisz, Arek, nawet szatniarzowi nie wyglądasz na takiego, co umie pisać - Zyziek na to. Cwaniaczek - sam też na Hemingwaya nie wygląda. Do szatni nie oddałem niczego. Bagażu nie miałem, a byłem w tej skórzanej kurtałce, co noszę, żeby wyglądać na pisarza. To jak ją miałem zdjąć?

Napatoczył się wreszcie ten, co do mnie dzwonił i od razu mnie wkurzył, bo kiedy ze mną gadał, to krztusił się ze śmiechu. Z innymi gadał normalnie. Spytałem, co mu jest, to zmienił temat - zaprosił nas na salę. Weszliśmy. Tłumów nie było - piątka nagrodzonych, organizatorów tyle samo, no i jakiś facet spał w ostatnim rzędzie. Tak było czuć od niego piwem, że Zyziek aż ślinę łykał.

Feta zaczęła się od informacji, że nadesłano ponad 150 tekstów. Nawet odejmując jedną trzecią na bajer, to i tak nieźle. Szlag mnie tylko trafił, bo za pierwsze miejsce dawali 1800 złotych, a mnie marne dwie setki. Laptopie, praszczaj, cholera!
Kiedy wyczytywali laureatów, to zrobiło mi się cholernie głupio, bo wiesz, w żadnym innym tytule nic nie było o pieprzeniu, tylko u mnie. Dziwnie jakoś na mnie patrzono, kiedy szedłem na scenę. Dostałem też album o Bajkale. Nawet ładny, ale wydany dziewięć lat temu. Z antykwariatu?

Potem wygonili nas na poczęstunek - czerwone wino marki nieznanej i - jak szaleć, to szaleć - słone paluszki. Odegrałem się na tym wesołku - ryknąłem do wszystkich, trzymając w ręku szklankę z paluszkami: - Proszę! Częstujcie się państwo, bardzo proszę! Zabraknie, to doniosę! Facet zniknął jak zmyty i wrócił dopiero po kwadransie zapraszając na część artystyczną. Poszliśmy. Jakbym wiedział, co będzie, to bym uciekł.

Na scenie siedziała jakaś brunetka. - A to nasza miejscowa aktorka teatralna i reżyserka, pani Mieczysława (nazwiska zapomniałem - w każdym razie nie Holoubek). Okazało się, że laska będzie czytać nasze opowiadania. Jezusie! - Zyziek mnie w bok szturchnął - Jak się za twoje weźmie, to niezłe jaja będą! Mógł nie szturchać, sam wiedziałem. Kiedy doszło do mnie, mało pod krzesło nie wlazłem ze wstydu. Napisałem, cholera, parodię pornola, ale to widać od siódmego akapitu, a ona skończyła na trzecim! Zyziek prawie osmarkał się ze śmiechu, widząc, jak udawałem, że nic wspólnego z tym tekstem nie mam. Tak oto narodziłem się jako autor pornografii. Chyba się sam ukamienuję, zanim mnie LPR namierzy.

Kiedy Miejscowa Mieczysława skończyła, wystąpił juror - parę lat temu do Nike nominowany, nie pamiętam nazwiska. Przyczłapał z kartką w jednej ręce i piwem w drugiej. Opowiadał o losie literata w Polsce, ale jednak nie pił. Trzymał tylko. Po jurorze - koncert. Zyziek od razu chciał wychodzić. Czekaj - powiedziałem - Odchamisz się koleżko! Dał się przekonać i to go zgubiło. - A teraz Mircea Jakiśtamescu. Prosimy! - padła zapowiedź i wylazł Rumun, lat z sześćdziesiąt. W garniturze. Zyzio tylko stęknął, zerknął, ale drzwi zamknięte były, więc nie udało mu się uciec.

Jakiśtamescu podszedł do fortepianu, wsadził głowę pod klapę i przydzwonił w struny śrubokrętem. - Jak żarliśmy paluszki, to mógł nastroić - pomyślałem - teraz szkoda czasu. Okazało się jednak, że nie znam się na muzyce, bo Mircea JUŻ grał! Rozumiesz? Nie stroił, ale grał! Warszawska Rumuńska Jesień, cholera! Jak ja to kocham! I jak nie śrubokrętem w struny, to blaszaną miską jak ta, co psu pić daję. Jak nie naczyńkiem, to jakimś takim kastetem. Zyziek mało nie zszedł! Uszy zatykał i stękał, aż się ludzie oglądali. - Zachowuj się jakoś - próbowałem go uspokoić - Mnie się też nie podoba, ale siedzę cicho! A on na to, że srał pies koncert, ale głównie to mu się chce sikać! - Dobrze ci tak - ja na to - nabijałeś się ze mnie, to teraz cierp! Od tej chwili koncert zaczął mi się podobać.
Równo z końcowymi oklaskami Zyziek się zerwał i do drzwi! Nie zdążył. Wstała dyrektorka i z pretensją zapiszczała: A bis?! Zyziek tylko warknął „nie ma tak, kurwa!” i pędem do klozetu. I tu miał pecha, bo Mircea zagrał wiązankę ragtime’ów. Mnie się podobało, Zyziek nie słyszał, kibel za daleko.

Po koncercie dali mi kartkę z adresem hotelu, doszliśmy jednak z Zyziem do wniosku, że musimy się za Mirceę odegrać i poszedłem spać do niego. Pokój stał opłacony, a pusty. Za naszą krzywdę! Niestety - ja też straciłem, bo spałbym w pokoju obok tego jurora od Nike. Ściany cienkie, może by coś na mnie z niego przeszło?

*

Komódka, prezent od zaprzyjaźnionego rzeźbiarza, miała kształt katowskiego pieńka. Kamila odłożyła na nią „Krwawy weekend” i zgasiła lampkę imitującą okrwawiony topór. Przeciągając się jak kotka wstała, ziewnęła i spojrzała na męża. Nadal pisał, ale teraz tylko jedną dłonią, w drugiej trzymał główkę czosnku, którą pogryzał jak jabłko. - Czosnek! - ucieszyła się - Dobry znak! Może napisze do końca? Boże dopomóż! Może zapomni o tej „Spirali” i znów zacznie pisać.

Uchwyciła się nadziei, że mąż wreszcie zbierze się w sobie, by eksplodować feerią ociekających krwią akapitów. Tak na to czekała... Od wydania debiutanckiej powieści zupełnie przestał pisać. Popadł w jakieś otępienie. Niby robił notatki, szkice, wymyślał tytuły, ale na tym się kończyło. Nadal przesiadywał po nocach, lecz jedynym efektem był totalny uwiąd ich życia seksualnego. Ani nowej powieści, ani opowiadania, żeby choć jakiś short...
 

Zaczynała się o niego poważnie obawiać. To mogły być początki depresji. Aż zbyt wiele na to wskazywało. Choćby wczoraj. Na kolację były zdecydowanie przesolone rolmopsy. W nocy wstała, by napić się mineralnej, potem poszła do toalety i przeżyła wstrząs. Na podłodze walały się strzępki zapisanych kartek, na pralce stał trójramienny świecznik po dziadku, lecz tylko jedna świeczka się paliła. Pozostałe posłużyły za materiał na figurkę do złudzenia przypominającą szefową wydawnictwa, w którym zadebiutował. Kamili ciarki dreptały po plecach, kiedy słuchała nienaturalnego rechotu męża, który siedząc na zamkniętym sedesie nakłuwał parafinową lalkę pilnikiem do paznokci. Rano niczego nie pamiętał. Kamila za to pamiętała i jeszcze bardziej tęskniła do chwil, kiedy na paluszkach chodziła po mieszkaniu, wyłączała telefony i blokowała dzwonek do drzwi. Kiedy Arkadiusz pisał, w domu musiał panować idealny spokój. Jeszcze przed ślubem przysięgła, że przenigdy nie będzie go ograniczać twórczo i dołoży wszelkich starań, by przeszedł do historii literatury. Przez osiem lat dotrzymywała słowa i była z tego niezwykle dumna.

O ile rozumiała okaleczoną pierwszą żonę Arkadiusza, to postępki dwóch kolejnych uważała za zwykłe świństwo i niewdzięczność. Ta druga uciekła, gdy debiutował w internecie nowelą o mężczyźnie przemieniającym się w wilkołaka, ilekroć oglądał prognozę pogody. Cowieczorne wycie okazało się nie do zniesienia. Kolejna nie wytrzymała mężowskiej pracy nad odcinkową powieścią o zombie’m, który zatrudniał się jako opiekunka do dzieci. Odeszła w panice i na wszelki wypadek wywalczyła w sądzie zakaz kontaktów Arkadiusza z ich córeczką.

Kamila wytrzymywała wszystko. Głębokie uczucie, jakie żywiła do męża, pozwoliło jej przezwyciężać strach, wstręt i obrzydzenie. Trwała przy ukochanym na przekór wszystkiemu, bez względu na to czy pisał o gajowych-wilkołakach, czy też o policjantkach-kosmitkach z wydziału do spraw nieletnich, pogryzających przy piwie kostki niewinnych dzieciątek zamiast orzeszków.

*

Wolałbym tego nie robić, ale skoro chcesz, to proszę - napiszę ci o „Spirali”. O mojej pierwszej publikacji i chyba ostatniej. Zaczęło się od imprezy promocyjnej i od początku pod górkę. Zamiast spokojnie spać w pracy i wyglądać rano jak człowiek, całą noc miałem robotę. Potem żona zajęła mi wannę, a maszynka do golenia okazała się tępa, bo ktoś nią ogolił zmechacone fotele z bobków. Trochę się pozacinałem.

Dojechałem na miejsce spóźniony, ale organizatorzy spóźnili się bardziej, więc zdążyłem połazić po budynku. „Kiermasz dobrej książki” był - dobre, co? Miałem cholerną tremę, ale natknąłem się na jakiegoś gościa w hawajskiej koszuli reklamującego swoje wypociny. Ucieszył mnie, bo pomyślałem, że na największego cymbała już nie wyjdę. Na stoisku mojego wydawnictwa sprzedająca panienka nie chciała mi dać egzemplarzy autorskich, bo "ja pana nie znam". Nie miałem dowodu, a głupio mi było pokazywać legitymację Honorowego Krwiodawcy, więc poszedłem do Małego (nic dziwnego) Salonu Literackiego na moją promocję, a raczej tych wszystkich z mojego konkursu.

Na miejscu spotkałem bardziej ode mnie zestresowaną koleżankę z konkursu, która mi na wstępie oświadczyła, że "kocha młodzież". Odruchowo odsunąłem się, ale kiedy przypomniałem sobie moją datę urodzenia, to się uspokoiłem. Zaczęliśmy się licytować, kto ma bardziej pełne portki ze strachu. Było to o tyle bez sensu, że koleżanka (lat 63) była w spódnicy. Następnie przyszła pani właścicielka wydawnictwa i spytała mnie, czy mam dużą tremę, na co odparłem, że niewielką, po czym wypadły mi z ręki okulary i przez chwilę we trójkę łapaliśmy je, jak na filmie z Chaplinem. Udało się i dobrze, bo drogie, poza tym szkoda by było, bo dodają mi powagi, ale w sumie nie ubrałem, bo źle w nich widzę.

W międzyczasie nadciągnęła publiczność - ze dwadzieścia osób (znajomi autorów) oraz ta poetka Maryla Łoś (znasz) i prof. Ropowicz z żoną. Poetka Łoś usiadła w najdalszym kącie, przez co straciłem upatrzone zawczasu miejsce. Po przybyciu szefa jury, prof. Przeszkody i puszystej blondyny szefującej miejscowym literatom - zaczęło się. Wydawczyni słusznie zauważyła, że nikt więcej nie przyjdzie, więc zaczęła nas usadzać za stołem prezydialnym, za którym królowała Pani Triumfatorka konkursu, która musi być wielką pisarką, bo z puszystą ze związku jest na "Zosiu - Agatko". Usiadłem obok niej. Zdobyła się na podanie mi ręki. Uważam to za mój wielki sukces towarzysko-literacki.

*

- Herbatki? - spytała.
- Nie, dzięki, kochanie. Albo wiesz co? - odparł z roztargnieniem - Może zrób?
- Z cytrynką?
- Aha.

Po drodze do kuchni potrąciła klatkę z nietoperzem. Kiedyś było to więzienie falistej samiczki, ale już na drugi dzień po weselu pan młody wymienił papugę na ssaka o mysim pysku. Z czasem Kamila polubiła zwierzątko i ucinając poobiednią drzemkę wieszała je sobie na lampce koło trumny.
- Śpij, śpij - uśmiechnęła się. - Mamusia cię potrąciła niechcący.
- Co? - spytał Arkadiusz znad klawiatury.
- Nie do ciebie. Do Gacusia mówiłam.

*

Zaczął prof. Przeszkoda i mówił o literaturze, do której zaliczył i nasze arcydzieła. O mojej powiedział: „ta powieść kiedyś musiała powstać i powstała”. Nie wiem dlaczego, ale Pani Triumfatorka w tym właśnie momencie odsunęła się ode mnie, a Poetka Łoś przeprosiła, że „musi” i wyszła z sali. Mam nadzieję, że to zbieg okoliczności. Profesor stwierdził też, że cieszy się z publikacji tych książek, bo każe się nimi teraz zajmować studentom na seminarium. Słysząc to, rzekłem do Pani Triumfatorki, że mam nadzieję, iż profesor nie da studentom naszych adresów, bo nam mieszkania spalą. - A czemuż to? - popatrzyła na mnie wzrokiem znanej literatki i odsunęła się jeszcze dalej, a przecież zdążyłem się wykąpać!
 

Potem profesor złośliwie poprosił o pytania z sali. Zapadła cisza na mniej więcej trzy minuty. Szczęśliwie Pani Triumfatorka uratowała imprezę, opowiadając z kwadrans o swoim przebogatym życiu wewnętrznym. Kiedy skończyła, prof. Przeszkoda zażądał, by każdy z autorów powiedział coś o sobie. Znów zapadła cisza, a że siedział koło mnie, to rzekł: - Może niech pan zacznie. Odpowiedziałem dystyngowanie, jak to ja, że nie śmiem być pierwszym, skoro wśród nas są kobiety. Zgodził się ze mną i wywołał do tablicy pierwszą z prawej. Mówiła z pięć minut. Profesor znów spojrzał na mnie, ale się odwróciłem i padło na kolejną autorkę. Pięć minut potem zawiązywałem sznurówkę, więc wystąpił drugi obok mnie nagrodzony facet, choć niewiele brakowało, by było inaczej, bo na początku każdego wystąpienia podrywała się Pani Triumfatorka, ale coś nie mogła zdążyć. Kiedy wreszcie przyszła na nią kolej, złośliwie udałem, że wstaję, co ją zdeprymowało, ale na krótko - ze 20 minut mówiła. Głównie było o tym, że ona jest człowiekiem szczęśliwym i że dla każdego dzieciństwo to raj, a potem jest już tylko gorzej. Pewnie za to „potem jest gorzej” dostała burzliwe oklaski. Nie ode mnie - imprezkę filmowała Kamila, na obiad miał być gulasz, a byłem bardzo głodny i wolałem nie ryzykować. Swoją drogą, w tezie Pani Triumfatorki widzę zasadniczą sprzeczność wewnętrzną. Skoro po dzieciństwie jest gorzej, a ona jest starsza nawet ode mnie, to jakim cudem może być szczęśliwa? Nie rozumiem.

Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo musiałem wstać i gadać. Na wstępie powiedziałem, że nie bardzo wiem, co powiedzieć. Prof. Przeszkoda zasugerował, żebym rzekł coś o sobie. Odruchowo sparafrazowałem Tyma: - Dobrze. To ja powiem coś o sobie, choć nie urodziłem się w Małkini. Trochę to ludzi rozbawiło, ale panią wydawczynię wcale. Może ona jest z Małkini?

Mówiłem dość długo, a na koniec zauważyłem, że - może już skończę, gdyż im dłużej mówię, tym bardziej nie wiem, co mówię, więc mówię coraz więcej, przez co coraz mniej wiem, co powiedzieć. Sądząc z oklasków - publiczność była podobnego zdania, ale Pani Koleżanka (lat 63) kazała mi powiedzieć to, co jej mówiłem na ucho przed spotkaniem. Usiłowałem ją zadowolić, ale chyba powiedziałem coś zupełnie innego. Nie pamiętam co, ale wreszcie pozwolili mi usiąść.

Ledwo przyssałem się do krzesła, wystąpiła Pani Triumfatorka - czy opublikowałaś, Agatko, moje wiersze w najnowszych „Filarach? Pani Agatka potwierdziła i dość długo opowiadała o Pani Triumfatorce, że jest świetną pisarką i różne takie. Następnie Prof. Przeszkoda zauważył, że skoro w prezydium siedzi troje debiutantów, to niech powiedzą, co jeszcze napisali. Powiedzieliśmy. Myślałem, że to koniec, ale niestety na sali był Zyziek (na cholerę ja go zaprosiłem?) i poinformował zebranych o Kielcach. Wydawczyni spytała mnie publicznie (!) za co ta nagroda. Byłem wściekły, więc zacząłem od tego, że wyniosła 200 złotych za sześć stron tekstu, czyli jedną czwartą kwoty, jaką od niej dostanę za stron 442. Usiłowano mnie zmusić do podania tytułu opowiadania, ale się (na sali było sporo starszych kobiet) nie dałem. Nadmieniłem tylko, iż jest to utwór o niełatwym losie pewnego poety, zawierający wątki ekologiczne oraz regionalne. Odmówiłem konkretyzacji.

Na tym się spotkanie skończyło i straciłem 39 złotych i 30 groszy, bo kupiłem dwie książki z tych konkursowych i zmusiłem autorki do dedykacji z autografem. Myślałem, że wydając cztery dychy wyjdę na swoje, ale gdzie tam! Tylko jedna wysłała koleżankę po „Spiralę”. Dzięki temu zarobiłem pierwsze 70 groszy i straty uległy nieznacznemu zmniejszeniu. W ciągu następnej godziny zarobiłem jeszcze 2 złote 10 groszy, gdyż Zyziek mnie przeprosił za aferę kupując dwa egzemplarze, a moja biedna matka również się szarpnęła. Dzień potem - znów kupa forsy. Kupiły moja siostra i jej koleżanka z pracy. Co dalej - zobaczymy. Oglądałem dzisiaj katalog mercedesa i przyznam, że ten najnowszy model wygląda całkiem-całkiem, ale się jeszcze wstrzymam. Przynajmniej ze dwa miesiące.

Kiedy już wreszcie wychodziłem, podszedł do mnie prof. Ropowicz i poprosił (znany poeta w końcu) o dedykację!!! No, powiem Ci, że wrażenie jest niesamowite, kiedy ktoś, kogo się samemu czyta... Z wrażenia (a ponadto właśnie myślałem czy mi starczy na nowego Kopalińskiego - widziałem na stoisku) strzeliłem byka. Zamiast Koralicki podpisałem się Kopalicki. Z jednej strony wstyd mi przed profesorem, ale z drugiej cieszę się, bo może to jakieś proroctwo (odpukać!).

*

Pisał, siorbiąc herbatę z kubka w kształcie czaszki, a Kamila ostrożnie ścierała kurze. Bardzo przy tym uważała, żeby nie pozrywać pajęczyn. Gdyby do tego doszło, mógł obrazić się na wiele dni. Dwa lata temu popsuła tak święta Bożego Narodzenia. Nawet bombkami o kształcie trumienek nie udało się męża przebłagać. Szpic z trupią czaszką w niczym nie poprawił sytuacji.

Pajęczyny Arkadiusz uważał za niezbędny element wystroju mieszkania horrorysty. - Bardzo są, kurczę, nastrojowe - twierdził - Dobrze mi się przy nich pisze. Dają klimacik. Z identycznych powodów kategorycznie wyprosił sobie mycie okien i pranie pluszowych bordowych zasłon oraz oliwienie zawiasów przeraźliwie skrzypiących drzwi.

Stukot klawiszy ustał. Kamila zerknęła na męża. Nieobecnym wzrokiem patrzył na monitor, a w znieruchomiałej dłoni cuchnął mu niedojedzony ząbek czosnku. - Myśli - doszła do wniosku widząc, jak Arkadiusz to blednie, to czerwienieje - Mój Pilchuś...Tfu, co ja mówię?! Mój Kinguś kochany!

*

Z powodu „Spirali” byłem też w radiu. Audycja na żywo, więc oczywiście się spóźniłem. Kiedy weszliśmy na antenę, od razu pytanie: - Jak to się stało, panie Arkadiuszu, że pan, mężczyzna 42-letni zaczął pisać? A prosiłem, żeby o to nie pytać! Szlag mnie trafił. Kłamać nie chciałem, a prawdy powiedzieć nie mogłem. Tobie napiszę, ale morda w kubeł! Moja kariera literacka zaczęła się trzy lata temu. Jest u mnie w pracy jeden taki trochę troglodyta. I pewnego razu - jak u Nienackiego - warknął odbytnicą na stołówce i jedna koleżanka dostała piany. Prawie się popłakała. Żeby ją uspokoić, napisałem mój pierwszy utwór literacki - „Poeme de l’odeur” (poemat o smrodzie). Nie tyle piękny i dobry warsztatowo, co zaangażowany. No i jak ja to miałem powiedzieć do mikrofonu? Od stołówkowego pierdnięcia do literackiego Nobla? Zatkało mnie, dopiero pod koniec się rozgadałem tak, że aż mi dawali znaki, żebym się wreszcie zamknął.

Z gazetami też było wesoło. Co naplotłem, to masz w załączniku. Wyjaśnię Ci tylko, czemu to zdjęcie takie. Jakbym wiedział, że mnie będą fotografować, to bym się trochę ogolił, ale nie wiedziałem. Dobrze, że zimnica była, to nie zauważyli, że nogi mam niewydepilowane (to taki żart, wyjaśniam, bo Cię znam). Fotograf doszedł do wniosku, że skoro „Spirala krwi” to horror, to mnie cyknie na tle jakichś ponurych ruin. We Wrocławiu akurat ich nam nie brak. Ustawiał mnie drań z kwadrans, bo ciągle mu się widziało, że „za mało strasznie wyglądam”. Pytam go: - To może przebiorę się za wilkołaka i zawyję? Trochę się obraził. Ostatecznie upozował mnie pod słońce i wyszedłem na emerytowanego Japończyka-alkoholika na głodzie, co się rozgląda za ryżem, żeby sobie sake napędzić, bo na sklepowe go nie stać.
W pracy też niezłe jasełka...

*

W skąpym świetle sufitowej lampy o czarnym kloszu w krwiste pentagramy wydał jej się jeszcze bardziej przystojnym mężczyzną, niż za dnia. Aż zamarła, zapominając o sprzątaniu, co zdarzało jej się najwyżej raz na trzy lata. Patrzyła na niego i krew poczęła się w niej burzyć.

Zaskoczyło ją to. Od dłuższego czasu w jej tętnicach i żyłach nic się praktycznie nie działo. Erytrocyty snuły się bez celu, niczym bohater kina moralnego niepokoju po ekranie. Udawały przy tym, że nie zauważają leukocytów. Jedne i drugie dreptały, powoli taplając się w leniwie chlupiącym osoczu. Teraz zdecydowanie przyspieszyły kroku, potykały się o siebie wzajemnie, potrącały. Przemieszczały się coraz szybciej, choć adrenalina sięgała im po kolana, a serotonina kapała na głowy coraz mocniej i mocniej...

Kamila ledwo się powstrzymała przed rzuceniem ściereczki do kurzu na podłogę. Z jeszcze większym trudem wyperswadowała sobie zrzucenie sukienki. - Nie! Nie wolno mi! - napomniała się w duchu. - Mój Arkusik musi pisać! Tyle lat marazmu... Zżerany przez codzienność… Bez zawodu, bezsensowna, nudna praca…Odnalazłeś, kochany, powołanie - pisz, pisz! Twórz sobie! Na zdrowie!

Uśmiechnęłaby się, ale łzy napłynęły do oczu. Jakoś ostatnio bardzo oddalili się od siebie. Pisał i pisał, ona pomagała mu ze wszystkich sił, ale... Nie czuła takiej bliskości, jak kiedyś. - Przecież się staram! Czuła się winna, sama nie wiedząc czego.
Ocierając ukradkiem łzy wróciła do odkurzania. - Coś źle robię - gryzła się. - Pozuję do opisów... Dla niego nauczyłam się grać w sześćset sześćdziesiąt sześć i... Przetarła szmatką metrowej wielkości diabła, pamiątkę z podróży poślubnej do kaplicy w Czermnej. - Kurczę, co robić? - nie potrafiła myśleć o niczym innym.

Zdmuchnęła kurz z wypchanej sowy stojącej na telewizorze. Kupiła ją mężowi za swoje własne pieniądze. Wprawdzie nadgodziny wzięła z myślą o tuningu pośladków, ale nie była egoistką. Skoro nie wniosła w posagu mieszkania, to pragnęła współkreować odpowiedni dla jego twórczości klimat w wynajmowanej klitce. Kupiła więc tę sowę. - Dla Niego! Dla nich! I co? Nic! Nic nie lepiej! No, przecież nawet po ziemniaki nie pozwalam mu chodzić! Gacusia wieczorami sama wypuszczam na sikanie. Co jeszcze? Co? Że czasem sobie pozrzędzę... Przecież ja też muszę coś mieć z życia. A mam?! Żeby on jeszcze coś wreszcie do końca napisał! Pociągnęła nosem. Zbyt głośno.

- Co? - spytał Arkadiusz.
- Nic, nic - spłoszyła się. - Pisz sobie, pisz spokojnie, ja...
Nie wytrzymała. Rzuciła szmatkę na sofę i ze szlochem wybiegła. Arkadiusz wzruszył ramionami.
- Ech, kurczę - mruknął. - Znowu ma muchy w nosie.

*

...z tą „Spiralą”. Jeden koleś dorwał gazetę z moim wywiadem. Pokierował i porozwieszał gdzie się dało. No i się zaczął cyrk. Siedzę sobie w domu, a tu telefon z roboty: - Nigdy bym się po tobie nie spodziewał, że książkę będziesz umiał napisać. Innymi słowy - „nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz”. Dobre, co? Potem było nieco lepiej: i sprzątaczka mi pogratulowała, i konserwator, i cała kupa innych. Cholernie miłe to, ale krępujące. Żebym nie zapomniał, że jesteśmy w Polsce, dotarła do mnie i tak recenzja: „siedzi w tej swojej pakamerze, nic nie robi, to ma czas pisać, a my zapieprzamy.” Mówi się też, że „odwaliło mu po tej książce, burczy na ludzi, opryskliwy się zrobił”. Oczywista bzdura. Zapomniałbym - dyrektor mi humor poprawił, bo przyszedł sobie ode mnie „Spiralę” pożyczyć. Rozumiesz? Zarabia cztery razy tyle co ja, a dwóch dych mu żal. Nie pożyczyłem.

Co jeszcze? Mam zaszczyt występować w roli stracha na wróble, co jest dla mnie sytuacją raczej nową. Straszą mną, wyobraź sobie. Terroryzowana jest pewna narcyzica, największa u nas plotkara (z innej firmy, budynek ten sam). Ktoś powiedział, że piszę paszkwil o tym, co się u niej wyrabia. Bzdura! Po pierwsze - akurat ja, to tam cięgiem nie łażę (znam ciekawsze zajęcia), więc nic nie wiem. Po drugie - palców byłoby mi szkoda na pisanie o tym. A może niech straszący i straszona sami napiszą, jeśli tam tak ciekawie? Powiem Ci, że się wkurzyłem, kiedy to do mnie doszło. Ciekawe, kto mi to robi? Pewnie jakiś „dobry kumpel”. Takie gadki o mnie, a przede wszystkim - z kim. Szkoda słów.

*

Kamila szarpnęła klamkę i wsunęła się do łazienki. Jeszcze minuta, dwie, a gorąca woda z wanny zalałaby mieszkanie.
- Jezu - jęknęła.
Jednym ruchem ręki zamknęła zawór. Wyprostowała się i spojrzała w lustro, ale swojego odbicia w nim nie ujrzała.

*

A! Jeszcze coś! Miałem w robocie rozmowę z niedoszłym czytelnikiem. Spotkał mnie na korytarzu i: - O, kurwa. Cześć stary! Też się przywitałem, a on: - Ty! Zbychu cały dzień z tą twoją „Spiralą”... Fajna jest? - Nie mnie oceniać - odpowiedziałem skromnie - Przeczytaj, albo spytaj Zbycha. To mu nie wystarczyło: - No, ale fajna? Ruchają się? - Nie za bardzo - rozczarowałem go - Mają szczery zamiar, tylko nie bardzo im wychodzi. - Eee... - był zdegustowany - To do dupy. Przeprosiłem, ale ochota na lekturę i tak mu przeszła, Poinformował tylko, że idzie - cytuję: "wpizdu" - i poszedł. Czy dokładnie tam, gdzie obiecał, to nie wiem.

Kurczę, tak czytam, co do Ciebie piszę i zaczynam przyznawać rację jednej znajomej hanysce. Powiedziała mi kiedyś, że kiedy już będę sławny, to moja autobiografia literacka zrobi furorę na rynku czytelniczym. Pewnie ma rację, tylko jakim cudem ja mam być sławny, skoro ta pieprzona „Spirala” zupełnie się nie sprzedaje?

*

Starła dłonią parę ze środka lustra i stanęła twarzą w twarz z zapłakaną brunetką lat czterdzieści jeden.
- Horror, szanowna pani - skrytykowała się nie do końca słusznie.
Jakiś kosmyk złośliwie sterczał jej na czubku głowy. Skrzywiła się z dezaprobatą i zamoczyła dłoń w wannie. Poprawiła fryzurę i zamiast wytrzeć dłoń w ręcznik - strzepnęła palce. Kilkanaście kropelek uderzyło o zaparowane lustro. Spływając utworzyły krótki, aczkolwiek pełen treści napis w prawym górnym rogu. Litery były koślawe, lecz odczytała je z wprawą żony pisarza.
- HELP HIM… - wyszeptała.
Mamrocząc w kółko te same dwa słowa gapiła się w lustro. Dopiero basowy timbr zepsutej uszczelki w kranie sąsiada z dołu przywołał ją do porządku. Otwartą dłonią pacnęła się w czoło i sięgnęła po kosmetyczkę:
- Że też na to nie wpadłam!
Kiedy skończyła, spojrzała w lustro i uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Ja cie! - mruknęła i zadowolona z siebie wyszła z łazienki.

*

Kwękasz, Maciek, że Twoich płaskorzeźb nikt nie kupuje. Mojej książki też. Niby wyszła, ale co z tego? Na początku była w kilku księgarniach, np. w Geancie (pewnie nie mieli w co mielonego pakować, to zamówili w hurtowni), ale już nigdzie nie ma. Nie, nie dlatego, że się ludzie rzucili. Jak się mają rzucać, skoro nie wiedzą, że książka istnieje? „Kółko się zamkło” - jak mawia mój kierownik. Mam wrażenie, że wydawnictwo robi wszystko, żeby broń Boże nie zarobić. Kurwicy ponurej dostaję, kiedy mnie ktoś pyta: - A gdzie tę książkę można kupić? Na czole sobie NIE WIEM wytatuuję, bo mnie język boli od powtarzania. Można w necie zamówić, ale jak to powiedziałem sąsiadowi, to się w czoło popukał. I już jednego czytelnika mniej. Kiedy lista pytających przekroczyła sześćdziesiątkę, to sam kupiłem w Merlinie i rozprowadziłem. Ciekaw jestem, jaki to procent całego zbytu.

Widzisz, niby promocja, wywiady, recenzje, a książki nie ma. Reklamuję produkt, którego nie można kupić. I po co? Ten facet u Mrożka, co pisał po ścianach w dworcowych sraczach, to przynajmniej miał gwarancję, że ktoś go przeczyta. Co jakiś czas każdy musi się odsikać. Na „Spiralę” nawet mucha nie nabździ, bo gdzie ją znajdzie? W Internecie? Szkoda gadać. Wczoraj masochistycznie obdzwoniłem 32 księgarnie (słownie - trzydzieści dwie). W dziewięciu było po kilka sztuk, ale już nie ma, w jedenastu wiedzieli, o co chodzi, ale nie dostali oferty, w następnych dwunastu nie wiedzieli, o co ja pytam. Rewelacja...

Kiedyś mi powiedziałeś, że „Spirala...” będzie lokomotywą, co pociągnie wagoniki mojej prozy. Informuję Cię: pociąg stoi na bocznicy i rdzewieje, w rozkładzie jazdy nie figuruje, żaden podróżny o nim nie słyszał, nie ma też najmniejszej nadziei, że ktoś przestawi zwrotnicę. Więcej mnie o tę książkę lepiej nie pytaj, bo...

*

Poczuł na ramieniu delikatny dotyk dłoni. Westchnął ciężko. Przestał pisać i kątem oka zerknął na Kamilę. Nie tylko jej ręka była naga, cała reszta również. - Jezuuu... Ani chwili spokoju, znowu ją wzięło - jęknął w duchu.
- Kurczę, przestań, widzisz, że piszę. Daj spokój. Nie dzisiaj. Piszę... No? Nie wiem, ile mi zejdzie. Pewnie długo. Włącz sobie telewizor, co?
- Arkuszku...
- Aleś uparta. Żeby wydawać, muszę pisać. To tak ciężko zrozumieć?! - zdenerwował się, ale dla świętego spokoju nie poskąpił jej nadziei - Może jutro sobie pohasamy.
Nie odpowiedziała. Nachyliła się nad nim i otoczyła go ramieniem.
- Kochanie, ja bardzo proszę... - zaprotestował.

Nie słuchała go. Czując jej gorący oddech na swojej szyi, skulił się. - No, jak ja mam pisać w takich warunkach? - zżymał się w duchu.
Siadając mu na kolanach, Kamila nagim pośladkiem strąciła z blatu myszkę. Arkadiusz resztką sił powstrzymał się, by nie wrzasnąć na żonę. Aż zatrząsł się ze złości, kiedy ujęła jego twarz w dłonie i zajrzała mu w oczy. Potem zdjęła mu okulary i odrzuciła je za siebie. Cicho stuknęły, tłukąc się o ścianę.
- Kami... - zaczął i nie skończył, uśmiechnęła się do niego.
Przez osiem lat zdążył się nauczyć na pamięć tego uśmiechu i zwykle nie robił na nim większego wrażenia. Tym jednak razem miał w sobie coś zastanawiająco nowego, coś intrygująco nieznanego, coś pociągającego. Tajemnicę?
Przeszedł go dawno zapomniany dreszcz podniecenia. Uśmiechnęła się szerzej i spostrzegł, że wprawdzie plomby na jej górnych jedynkach szarzeją tak samo, jak przez ostatnie dziesięć lat, to trójki... Górne trójki uległy metamorfozie! Stały się wyraźne dłuższe i obiecująco ostre.
- Ależ, kochanie... - bąknął, a w jego głosie było tyleż zdumienia, co podziwu.

Filuternie zgrzytnęła zębami i przytuliła się do niego. Już nie mogło być mowy o zniecierpliwieniu, o niechęci. Trudno byłoby mu określić, co czuje. Pożądanie? Czyżby na kolanach nie siedziała mu wiecznie utyskująca Ksantypa, nie zatroskana jedynie fryzurą Wałkiria w papilotach, lecz żona pisarza?
Wodziła dłońmi po sterczących łopatkach męża, dotykała równie odstających uszu, burzyła jego włosy. Siedziała mu na kolanach i, delikatnie poruszając biodrami, przyzywała ku sobie jego myśli, krążące dotąd wokół debiutu-klęski.
- Kocham cię, mój Arkuszku... Kocham...

Objął ją mocno, sztywno, bo dawno zapomniał, jak to jest, kiedy trzyma się w ramionach kobietę nie dla formalności, lecz pragnąc jej. Pocałował ją w kark - przytuliła się jeszcze mocniej i musnęła wargami jego szyję, tuż poniżej lewego ucha. Wyprężył się jak kocur, czując jej usta na tętnicy. Sekundę później poczuł i zęby.
- Troszkę poboli... - przerwała, szepcząc usprawiedliwiająco.
- I tam... - zamruczał, lecz gdy kłami przebiła naskórek - syknął.
- Ćśśś! Cichutko - na moment przestała się wgryzać. - Cichutko, kochany...
- Tak, tak. Cichutko. Nie przerywaj - wyszeptał.

Nie przerwała. Gdy przegryzła mu ściankę tętnicy, ból wzrósł, ale nie chcąc jej deprymować, Arkadiusz udał, że niczego nie czuje. Błogość malowała mu się na twarzy, kiedy delikatnie i rytmicznie uciskając tętnicę Kamila wysysała z niego krew, ofiarowując mu swą miłość oraz temat do noweli, a może nawet powieści. Mruczał z zadowoleniem, kiedy subtelnie otaczając wargami obie ranki, dbała, by purpurowe kropelki nie spłynęły po szyi i nie zabrudziły kołnierzyka koszuli.

Ona ssała, a on, lekko omdlały, zaczynał wreszcie rozumieć, jak wielkie jest jej uczucie i szczere. - Przecież gdyby było inaczej, gotowałaby teraz obiad na jutro, a nie ssała. Moja maleńka, moja cudowna, jak ona mnie kocha... - wirowało mu w głowie. - I mnie kocha, i moją twórczość. O, Boże...
- Już! - szepnęła czule i dyskretnie otarła usta.
Było mu słabo i z upływu krwi, i ze szczęścia. Drżąc z wdzięczności na całym ciele, pochwycił jej dłoń i namiętnie ucałował.
- Dziękuję... - wymamrotał i głos uwiązł mu w gardle ze wzruszenia.
- Proszę... - szepnęła Kamila i zachichotała.
- Kamilko?
Wstała, usiadła na biurku, założyła nogę na nogę. Dyktafon wpijał się jej w pośladek, lecz ignorowała to.
- Tak? – spytała, licząc na to, że Arkadiusz nie słyszy, jak burczy jej nienawykły jego krwi żołądek.
- Jeszcze... - dotknął jej kolana - Proszę! Possij z prawej tętnicy, dobrze?
Roześmiała się, ukazując ząbki, na których lśniły spóźnialskie drobinki krwi.
- Dobrze - zgodziła się - ale...
- Ale? - zaniepokoił się.
- Ale to potem, najpierw...
- Najpierw?
- Najpierw - lekko się zarumieniła - to ja poproszę o ze dwa orgazmy. Chodź, kochany - trumna czeka.


Wrocław, 19 kwietnia 2005

wstecz