| |
Prozaiczny stosunek horrorysty Arkadiusza
W humorze był wyśmienitym - właśnie wracał z pogrzebu. Jego czarny płaszcz z
postawionym na sztorc kołnierzem popijał deszczówkę, zakąszając drobinkami
błota, którego na wrocławskich chodnikach zawsze było w bród. Twarz miał bladą
jakby właśnie kończył odsiadywać dożywocie. Zmoczone ulewą włosy, półprzytomny
wzrok, sina kreska warg, gęsta pajęczyna zmarszczek oraz wory pod oczami
dopełniały całości. Brnąc przez rozmakające miasto, przypominał Draculę tuż po
wyjściu z basenu. Maszerował zaś zygzakiem, gdyż deszcz zalewał mu okulary.
Mógłby je wprawdzie zdjąć, lecz miał kompleks braku wykształcenia i choć
wyglądać nie chciał na ćwierćinteligenta.
Na co dzień i na ćwierć gwizdka udzielał się ciałem jako urzędnik państwowy, zaś
jego duszą i umysłem w pełni zawładnęły muzy. Arkadiusz był prozaikiem pełnymi
garściami czerpiącym z otaczającej go rzeczywistości - nic zatem dziwnego, że
pisał tylko i wyłącznie horrory. Jako nad wyraz bystry obserwator nie marnował
żadnej okazji - nawet z pogrzebu przyjaciela nie wracał z pustymi rękami -
półtorej strony zapisków obiecująco łechtało go w kieszeń.
Szedł szybko, rozgarniając połami rozpiętego płaszcza kurtynę deszczu. Co
parędziesiąt kroków przystawał, niczym ubek osłaniał twarz kołnierzem, by
półgłosem szkicować opowiadanie na dyktafonie ukrytym w wewnętrznej kieszeni.
Nie zważając na pogodę, na pieprzne komentarze potrącanych przechodniów -
tworzył. Szedł, mókł i tworzył. Na taksówkę nie było go stać, z autobusu
zrezygnował, gdyż tłok nie sprzyjałby budowaniu narracji, a właśnie wylewał pod
nią fundamenty.
Ponad dwie godziny trwało, nim dotarł pod blok, w którym wegetował. Obrzuciwszy
go spojrzeniem, z obrzydzeniem wzdrygnął się, a potem zaklął wściekle, gdyż
gotowy już prawie akapit, kuląc się zapewne z zimna, uleciał mu z głowy.
Przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu kluczy zżymał się, że żyć musi w
blokowisku, a nie na pulsującym grozą odludziu otoczonym bagnami, po których
szwendają się potępione dusze. Nie mógł ścierpieć, że mieszka w bloku zamiast w
otulonym bluszczem, nawiedzonym domu o skrzypiących okiennicach i mnóstwie
wieżyczek. Niestety - jedynym mokradłem w okolicy był plac ślimaczącej się
budowy, a w roli wieżyczki mogła wystąpić tylko niedokończona dzwonnica
trzeciego na osiedlu kościoła. Za potępieńców - na upartego - można było uznać
tylko mnożących się jak króliki dresiarzy, a substytut bluszczu stanowiły płaty
łuszczącej się na ścianach farby. Nie mogło być też mowy o nawiedzeniu bloku
przy Bajana, chyba żeby uznać za to niekończące się techno-koncerty kretyna z
piątego oraz udarowe rytuały pozostałych sąsiadów.
Arkadiusz dbał o realia i klimat w swoich horrorach. Okoliczności nie sprzyjały,
z wyobraźnią literacką było u niego nienajlepiej - musiał zatem inscenizować.
Usiłując dostosować rzeczywistość do swych twórczych potrzeb, spróbował osiedlić
w krzakach pobliskiego skweru lelka kozodoja. Bez powodzenia. Zakupiony od
znajomego leśniczego ptak zamiast złowieszczyć, uciekł już po godzinie,
wystraszony przez tramwaj. Następnego kozodoja Arkadiusz przezornie przywiązał
do gałęzi, ale nic to nie dało, gdyż o świecie zżarł go jakiś kocur.
Zrezygnowany pisarz skapitulował - skupił się na własnym mieszkaniu i tu odniósł
sukces. Nieoczekiwanie bardzo pomocna okazała się teściowa Arkadiusza. Dzięki
jej częstym odwiedzinom zawsze zyskiwał odpowiedni nastrój do pisania mrożącej
krew w żyłach prozy.
Zdjął okulary i uniósł głowę. Usiłując uniknąć lodowatych strug zalewających
oczy, spojrzał w górę. W kuchennym oknie zobaczył żonę. Pomachał jej mokrą ręką.
Kamila powitania nie zauważyła. Odeszła od okna i niespiesznie poszurała do
sypialni. Wzięła do ręki „Opowieści niesamowite” Edgara Allana Poe i ułożyła się
wygodnie w jednej z dwóch trumien stojących na środku sypialni. Ledwie zaczęła
czytać, mężowski yale zazgrzytał w zamku.
Arkadiusz z ulgą zzuł rozmiękłe welury, płaszcz powiesił na koźlim rogu
pełniącym obowiązki wieszaka. Zostawiając mokre ślady, wszedł w skarpetkach do
salonu, będącego jednocześnie jego gabinetem. Pokoje mieli tylko dwa, a i to
wynajmowane od kuzyna Kamili.
- Gdzie jesteś, słonko?
- Tutaj! - dobiegło z sypialni.
Poszedł tam. Twarzy Kamili nie było widać zza książki.
- O! Konkurencję czytamy? - zmarszczył brwi - A zrobiłaś mi przecinki w „Krwawym
weekendzie”?
- Przepraszam... - zarumieniła się i czym prędzej zmieniła temat - Gdzie byłeś
tyle czasu?
- Na pogrzebie kumpla. Nie znałaś - wyjaśnił i dodał wesoło - Będzie z tego
miodzio-opowiadanko, zobaczysz.
Wyszedł.
- Akurat! - pomyślała Kamila - Zaczynasz tylko i nie kończysz. Miodzio, czy nie
miodzio, nic z tego nie będzie. Z trzaskiem zamknęła książkę, potem wstała i to
samo uczyniła z trumną. Wachlując się wydrukiem mężowskiego opowiadania poszła
do salonu. Arkadiusz już tam był. Kiwał się na taborecie, dłonie położył na
klawiaturze, a stopami w mokrych skarpetkach bezgłośnie stepował po dywanie.
- Co będziesz pisał?
- No... Takie tam opowiadanko - wyjaśnił nieszczerze, gdyż w istocie zamierzał
napisać zaległego maila do kolegi. Wolał, by żona sądziła inaczej, braku weny
bardzo się wstydził.
*
Hej, Maciek!
Miesiąc się nie odzywałem, to nadrabiam. Donoszę Ci uprzejmie, ty stary
pierdzielu z zaoranej Legnicy, że list będzie krótki, bo nie mam czasu. Czemu
nie masz? - spytasz, bo Ty zawsze wszystko musisz wiedzieć. Czasu nie mam -
odpowiem - rozumiesz - kwiaty, medale, wizyty w zakładach pracy... Poza tym
byłem dzisiaj na pogrzebie Bodzia. Własna żona go zaciukała! Nie żeń się, stary,
bo skończysz jak on - w wannie, z kosą w bebechach albo jak ja - co to ani
chwili spokoju nie mam. A pogrzeb - odlot! Żałuj, że Cię ominęło. Trochę afera
była na cmentarzu, bo zgodnie z testamentem zamiast orkiestry zagrała taka jedna
Justyna. Skrzypaczka, nawet niezła. Przyjedziesz, to Cię z nią poznam - będziesz
zadowolony. Zrobiłem trochę notatek i mam cudo-materiał na tekst. Podeślę.
*
Arkadiusz podniósł wzrok znad klawiatury i w zamyśleniu spojrzał na żonę.
Siedziała na sofie i pstrzyła wydruk przecinkami. Wyglądała niezwykle
zapładniająco, jak dla horrorysty: zdawać by się mogło, że jej głowę okala
wiszący na ścianie wieniec pogrzebowy. Choć plastikowy, to gustowny - żadnych
kiczowatych szarf z pretensjonalnymi napisami.
- Kurczę! Cudownie mi się, kochanie, komponujesz w tych cisach. Nie ruszaj się!
Począł gorączkowo zapełniać notes.
- Opisik? - spytała, nie przerywając korekty. - Do tego nowego?
- A... Tak notuję, na zaś - wyjaśnił i uśmiechnął się - Już! Dzięki, kochanie.
- Nie ma za co - odrzekła. - Odgrzać ci gulasz?
- Kurczę, gulasz? - oblizał się łakomie, lecz bohatersko stawił czoła marzeniom
swych jelit. - Dzięki, dzięki! Może potem, teraz pisać muszę...
Odłożył notatki, stuknął w klawiaturę, zganiając z ekranu wygaszacz własnego
pomysłu - en face posła Giertycha z uszami Kinsky’ego w roli Nosferatu, oczami
red. Pieńkowskiej z „Wiadomości” i zębami prof. Strzembosza.
*
Pogrzeb, pogrzebem, Maciek, czy ty wąchałeś kiedyś siedemdziesiąt groszy?
Drukarską farbą zajeżdża! Wydali mi wreszcie tę „Spiralę krwi”! Muszę Ci się
trochę poprzechwalać, bo ile można tylko w domu? Kamila mnie już w kiblu zamyka.
Wydali mi tę powieść w każdym razie i wreszcie ją przeczytałem. Kurczę,
abstrahując od jej obiektywnej wartości, nie podoba mi się, ale publicznie muszę
udawać, że świetna. Nie kokietuję, rozumiesz - teraz napisałbym ją inaczej, ale
za późno. Słowo się wydrukowało, honorarium u płota. Nawiasem mówiąc moja
„Spirala...” kosztuje dwie dychy w księgarni, a ja mam od egzemplarza gówniane
siedemdziesiąt groszy, ale to szczegół, bo przecież...
*
- Arkusiku? Długo jeszcze będziesz tworzył? - przerwała mu Kamila. - Pofikamy,
kiedy skończysz?
- Boże, znowu?
- Jest początek października. Poprzednie „Boże, znowu” było czternastego maja.
- Aż tak pamiętasz?
- Owszem. To nasza rocznica ślubu - rzuciła nieśmiało.
- Oj, Kamila, co ja z tobą... Przecież ja jestem, do cholery, pisarzem i
muszę...
- Od kiedy to literaci żyją w celibacie?? Taki Balzac...
- Kochana! To były inne czasy - to raz. On był sławny, a ja świeżo po debiucie -
to dwa.
- No, a Pilch...
- Co, Pilch, cholera jasna? Głowę dam, że nawet on tuż po debiucie też głównie
szedł za ciosem, a nie miętosił prześcieradła.
- I co z tego? To nie Pilch się ze mną ożenił.
- Chciałabyś, co?! - poczerwieniał jak zwykle, kiedy uważał, że deprecjonuje się
wartość tego, co pisze - Jeszcze Pilchem nie jestem, ale - cierpliwości! Przed
śmiercią zdążę.
Pochylił się nad klawiaturą, a Kamili przypomniały się słowa jej starszej
siostry, która szwagra wręcz nienawidziła. - Ty go, Kamila, rzuć! Co ty, kurde,
masz z tego małżeństwa? Ja między wami żadnej chemii nie widzę! Riposta młodszej
z sióstr była raczej rozpaczliwa: - Jakby mi chodziło o chemię, to uprawiałabym
seks z Mendelejewem! W odpowiedzi padły słowa jeszcze bardziej brutalne. - Jaki
seks? Ty wiesz co to takiego? Kryptę z waszej sypialni zrobił, osioł jeden.
Zresztą i tak nie sypiacie ze sobą. Rzuć ty go, rzuć! Żyjesz, jak w tanim filmie
o wilkołakach. Nawet ślubu kościelnego nie macie. Jedno dobre, że Czarnej Mszy
sobie nie zażyczył. Rzuć ty go!
Siostrzanych sugestii Kamila nie zamierzała brać pod uwagę, ale dobrze znała
historię poprzednich małżeństw ukochanego i przez to z lękiem spoglądała w
przyszłość.
Pierwsza żona opuściła Arkadiusza u samego progu jego kariery, odchodząc z
przyczyn literackich. Pisał wtedy nowelę o wampirach zakonspirowanych na
Wiejskiej w Warszawie. Kończąc utwór happy endem, kazał żonie zagrać posłankę
Unii Demokratycznej i położyć się w trumnie. Zaprzyjaźniony grubas z parteru
miał natomiast udać funkcjonariusza UOP i sfingować przebicie ''wampirzycy''
osikowym kołkiem. Ledwo biedaczka wybłagała, żeby pierś mieć ubraną, co zresztą
zasmuciło liczącego na więcej sąsiada.
Niestety, pozorant był w kapciach, poślizgnął się i ostrym kołkiem skaleczył
partnerkę. Nieszczęsna kobieta krwawiła obficie i krzyczała z bólu, podczas gdy
jej rozgorączkowany małżonek-literat rejestrował szkic scenki na dyktafonie.
Kiedy kilka godzin potem wracali z pogotowia, zrobił żonie okropną awanturę
twierdząc, że nie powinna była wrzeszczeć, gdyż wampiry giną bezgłośnie. Upływ
krwi odebrał biedaczce siły, więc nie protestowała. Następnego ranka wyniosła
się do matki.
*
Trochę chaotycznie piszę, ale mi Kamila tyłek zawraca. Jak na moje literackie
ambicje, to ona ma za duży temperament. Kurczę, jak ja ci zazdroszczę! Stary!
Jesteś wolny jak ptaszek i możesz sobie rzeźbić do woli. Ja mam przerąbane.
Kiedyś nie wytrzymam, wreszcie ją zabiję i obaj zarobimy. Ja napiszę o tym
powieść, a ty nagrobek wykujesz. Co ty na to?
Pytałeś, co u mnie. Tydzień temu byłem w Kielcach. Na dworcu, jak w przysłowiu,
mało mi łba nie urwało, ale nie o to chodzi. Napisałem kiedyś opowiadanko o tym
Zbychu, co to bzyka się tylko w górach. Pamiętasz? O tym rudym, co mówiłeś, że
jak recytuje, to ci gniją kartofle w piwnicy, a nigdy ich nie kupujesz. Wysłałem
to na konkurs do Kielc i zapomniałem, bo miałem zapieprz przy korekcie
„Spirali...”. Któregoś dnia jakiś gość zadzwonił, że ma dla mnie 200 złotych.
Zdziwiłem się. Nikomu nie pożyczam, bo sam nigdy nie mam kasy. Facet na to, że
nie dług, ale nagroda za tamten tekścik. Poprosił, żebym jeszcze raz im tekst
wysłał, „bo chyba zagubiliśmy”. No to wysłałem i pojechałem.
Na dworcu Zyziek mnie przechwycił, poszliśmy do niego. Żonę ma okay, córkę też.
W sumie, to ich szkoda dla niego, bo sam wiesz, jaki on jest. Nieważne.
Zjedliśmy obiad i jazda do emdeku, gdzie mnie mieli fetować. W szatni drzemał
jakiś facet. Spytałem go, czy to tutaj będą dawać nagrody za opowiadania.
Potwierdził, ale spytał, czemu mnie to interesuje. Bo mam dostać dwie stówy -
wyjaśniłem. Facet w szoku. - Widzisz, Arek, nawet szatniarzowi nie wyglądasz na
takiego, co umie pisać - Zyziek na to. Cwaniaczek - sam też na Hemingwaya nie
wygląda. Do szatni nie oddałem niczego. Bagażu nie miałem, a byłem w tej
skórzanej kurtałce, co noszę, żeby wyglądać na pisarza. To jak ją miałem zdjąć?
Napatoczył się wreszcie ten, co do mnie dzwonił i od razu mnie wkurzył, bo kiedy
ze mną gadał, to krztusił się ze śmiechu. Z innymi gadał normalnie. Spytałem, co
mu jest, to zmienił temat - zaprosił nas na salę. Weszliśmy. Tłumów nie było -
piątka nagrodzonych, organizatorów tyle samo, no i jakiś facet spał w ostatnim
rzędzie. Tak było czuć od niego piwem, że Zyziek aż ślinę łykał.
Feta zaczęła się od informacji, że nadesłano ponad 150 tekstów. Nawet odejmując
jedną trzecią na bajer, to i tak nieźle. Szlag mnie tylko trafił, bo za pierwsze
miejsce dawali 1800 złotych, a mnie marne dwie setki. Laptopie, praszczaj,
cholera!
Kiedy wyczytywali laureatów, to zrobiło mi się cholernie głupio, bo wiesz, w
żadnym innym tytule nic nie było o pieprzeniu, tylko u mnie. Dziwnie jakoś na
mnie patrzono, kiedy szedłem na scenę. Dostałem też album o Bajkale. Nawet
ładny, ale wydany dziewięć lat temu. Z antykwariatu?
Potem wygonili nas na poczęstunek - czerwone wino marki nieznanej i - jak
szaleć, to szaleć - słone paluszki. Odegrałem się na tym wesołku - ryknąłem do
wszystkich, trzymając w ręku szklankę z paluszkami: - Proszę! Częstujcie się
państwo, bardzo proszę! Zabraknie, to doniosę! Facet zniknął jak zmyty i wrócił
dopiero po kwadransie zapraszając na część artystyczną. Poszliśmy. Jakbym
wiedział, co będzie, to bym uciekł.
Na scenie siedziała jakaś brunetka. - A to nasza miejscowa aktorka teatralna i
reżyserka, pani Mieczysława (nazwiska zapomniałem - w każdym razie nie
Holoubek). Okazało się, że laska będzie czytać nasze opowiadania. Jezusie! -
Zyziek mnie w bok szturchnął - Jak się za twoje weźmie, to niezłe jaja będą!
Mógł nie szturchać, sam wiedziałem. Kiedy doszło do mnie, mało pod krzesło nie
wlazłem ze wstydu. Napisałem, cholera, parodię pornola, ale to widać od siódmego
akapitu, a ona skończyła na trzecim! Zyziek prawie osmarkał się ze śmiechu,
widząc, jak udawałem, że nic wspólnego z tym tekstem nie mam. Tak oto narodziłem
się jako autor pornografii. Chyba się sam ukamienuję, zanim mnie LPR namierzy.
Kiedy Miejscowa Mieczysława skończyła, wystąpił juror - parę lat temu do Nike
nominowany, nie pamiętam nazwiska. Przyczłapał z kartką w jednej ręce i piwem w
drugiej. Opowiadał o losie literata w Polsce, ale jednak nie pił. Trzymał tylko.
Po jurorze - koncert. Zyziek od razu chciał wychodzić. Czekaj - powiedziałem -
Odchamisz się koleżko! Dał się przekonać i to go zgubiło. - A teraz Mircea
Jakiśtamescu. Prosimy! - padła zapowiedź i wylazł Rumun, lat z sześćdziesiąt. W
garniturze. Zyzio tylko stęknął, zerknął, ale drzwi zamknięte były, więc nie
udało mu się uciec.
Jakiśtamescu podszedł do fortepianu, wsadził głowę pod klapę i przydzwonił w
struny śrubokrętem. - Jak żarliśmy paluszki, to mógł nastroić - pomyślałem -
teraz szkoda czasu. Okazało się jednak, że nie znam się na muzyce, bo Mircea JUŻ
grał! Rozumiesz? Nie stroił, ale grał! Warszawska Rumuńska Jesień, cholera! Jak
ja to kocham! I jak nie śrubokrętem w struny, to blaszaną miską jak ta, co psu
pić daję. Jak nie naczyńkiem, to jakimś takim kastetem. Zyziek mało nie zszedł!
Uszy zatykał i stękał, aż się ludzie oglądali. - Zachowuj się jakoś - próbowałem
go uspokoić - Mnie się też nie podoba, ale siedzę cicho! A on na to, że srał
pies koncert, ale głównie to mu się chce sikać! - Dobrze ci tak - ja na to -
nabijałeś się ze mnie, to teraz cierp! Od tej chwili koncert zaczął mi się
podobać.
Równo z końcowymi oklaskami Zyziek się zerwał i do drzwi! Nie zdążył. Wstała
dyrektorka i z pretensją zapiszczała: A bis?! Zyziek tylko warknął „nie ma tak,
kurwa!” i pędem do klozetu. I tu miał pecha, bo Mircea zagrał wiązankę
ragtime’ów. Mnie się podobało, Zyziek nie słyszał, kibel za daleko.
Po koncercie dali mi kartkę z adresem hotelu, doszliśmy jednak z Zyziem do
wniosku, że musimy się za Mirceę odegrać i poszedłem spać do niego. Pokój stał
opłacony, a pusty. Za naszą krzywdę! Niestety - ja też straciłem, bo spałbym w
pokoju obok tego jurora od Nike. Ściany cienkie, może by coś na mnie z niego
przeszło?
*
Komódka, prezent od zaprzyjaźnionego rzeźbiarza, miała kształt katowskiego
pieńka. Kamila odłożyła na nią „Krwawy weekend” i zgasiła lampkę imitującą
okrwawiony topór. Przeciągając się jak kotka wstała, ziewnęła i spojrzała na
męża. Nadal pisał, ale teraz tylko jedną dłonią, w drugiej trzymał główkę
czosnku, którą pogryzał jak jabłko. - Czosnek! - ucieszyła się - Dobry znak!
Może napisze do końca? Boże dopomóż! Może zapomni o tej „Spirali” i znów zacznie
pisać.
Uchwyciła się nadziei, że mąż wreszcie zbierze się w sobie, by eksplodować
feerią ociekających krwią akapitów. Tak na to czekała... Od wydania
debiutanckiej powieści zupełnie przestał pisać. Popadł w jakieś otępienie. Niby
robił notatki, szkice, wymyślał tytuły, ale na tym się kończyło. Nadal
przesiadywał po nocach, lecz jedynym efektem był totalny uwiąd ich życia
seksualnego. Ani nowej powieści, ani opowiadania, żeby choć jakiś short...
Zaczynała się o niego poważnie obawiać. To mogły być początki depresji. Aż zbyt
wiele na to wskazywało. Choćby wczoraj. Na kolację były zdecydowanie przesolone
rolmopsy. W nocy wstała, by napić się mineralnej, potem poszła do toalety i
przeżyła wstrząs. Na podłodze walały się strzępki zapisanych kartek, na pralce
stał trójramienny świecznik po dziadku, lecz tylko jedna świeczka się paliła.
Pozostałe posłużyły za materiał na figurkę do złudzenia przypominającą szefową
wydawnictwa, w którym zadebiutował. Kamili ciarki dreptały po plecach, kiedy
słuchała nienaturalnego rechotu męża, który siedząc na zamkniętym sedesie
nakłuwał parafinową lalkę pilnikiem do paznokci. Rano niczego nie pamiętał.
Kamila za to pamiętała i jeszcze bardziej tęskniła do chwil, kiedy na paluszkach
chodziła po mieszkaniu, wyłączała telefony i blokowała dzwonek do drzwi. Kiedy
Arkadiusz pisał, w domu musiał panować idealny spokój. Jeszcze przed ślubem
przysięgła, że przenigdy nie będzie go ograniczać twórczo i dołoży wszelkich
starań, by przeszedł do historii literatury. Przez osiem lat dotrzymywała słowa
i była z tego niezwykle dumna.
O ile rozumiała okaleczoną pierwszą żonę Arkadiusza, to postępki dwóch kolejnych
uważała za zwykłe świństwo i niewdzięczność. Ta druga uciekła, gdy debiutował w
internecie nowelą o mężczyźnie przemieniającym się w wilkołaka, ilekroć oglądał
prognozę pogody. Cowieczorne wycie okazało się nie do zniesienia. Kolejna nie
wytrzymała mężowskiej pracy nad odcinkową powieścią o zombie’m, który zatrudniał
się jako opiekunka do dzieci. Odeszła w panice i na wszelki wypadek wywalczyła w
sądzie zakaz kontaktów Arkadiusza z ich córeczką.
Kamila wytrzymywała wszystko. Głębokie uczucie, jakie żywiła do męża, pozwoliło
jej przezwyciężać strach, wstręt i obrzydzenie. Trwała przy ukochanym na przekór
wszystkiemu, bez względu na to czy pisał o gajowych-wilkołakach, czy też o
policjantkach-kosmitkach z wydziału do spraw nieletnich, pogryzających przy
piwie kostki niewinnych dzieciątek zamiast orzeszków.
*
Wolałbym tego nie robić, ale skoro chcesz, to proszę - napiszę ci o „Spirali”. O
mojej pierwszej publikacji i chyba ostatniej. Zaczęło się od imprezy promocyjnej
i od początku pod górkę. Zamiast spokojnie spać w pracy i wyglądać rano jak
człowiek, całą noc miałem robotę. Potem żona zajęła mi wannę, a maszynka do
golenia okazała się tępa, bo ktoś nią ogolił zmechacone fotele z bobków. Trochę
się pozacinałem.
Dojechałem na miejsce spóźniony, ale organizatorzy spóźnili się bardziej, więc
zdążyłem połazić po budynku. „Kiermasz dobrej książki” był - dobre, co? Miałem
cholerną tremę, ale natknąłem się na jakiegoś gościa w hawajskiej koszuli
reklamującego swoje wypociny. Ucieszył mnie, bo pomyślałem, że na największego
cymbała już nie wyjdę. Na stoisku mojego wydawnictwa sprzedająca panienka nie
chciała mi dać egzemplarzy autorskich, bo "ja pana nie znam". Nie miałem dowodu,
a głupio mi było pokazywać legitymację Honorowego Krwiodawcy, więc poszedłem do
Małego (nic dziwnego) Salonu Literackiego na moją promocję, a raczej tych
wszystkich z mojego konkursu.
Na miejscu spotkałem bardziej ode mnie zestresowaną koleżankę z konkursu, która
mi na wstępie oświadczyła, że "kocha młodzież". Odruchowo odsunąłem się, ale
kiedy przypomniałem sobie moją datę urodzenia, to się uspokoiłem. Zaczęliśmy się
licytować, kto ma bardziej pełne portki ze strachu. Było to o tyle bez sensu, że
koleżanka (lat 63) była w spódnicy. Następnie przyszła pani właścicielka
wydawnictwa i spytała mnie, czy mam dużą tremę, na co odparłem, że niewielką, po
czym wypadły mi z ręki okulary i przez chwilę we trójkę łapaliśmy je, jak na
filmie z Chaplinem. Udało się i dobrze, bo drogie, poza tym szkoda by było, bo
dodają mi powagi, ale w sumie nie ubrałem, bo źle w nich widzę.
W międzyczasie nadciągnęła publiczność - ze dwadzieścia osób (znajomi autorów)
oraz ta poetka Maryla Łoś (znasz) i prof. Ropowicz z żoną. Poetka Łoś usiadła w
najdalszym kącie, przez co straciłem upatrzone zawczasu miejsce. Po przybyciu
szefa jury, prof. Przeszkody i puszystej blondyny szefującej miejscowym
literatom - zaczęło się. Wydawczyni słusznie zauważyła, że nikt więcej nie
przyjdzie, więc zaczęła nas usadzać za stołem prezydialnym, za którym królowała
Pani Triumfatorka konkursu, która musi być wielką pisarką, bo z puszystą ze
związku jest na "Zosiu - Agatko". Usiadłem obok niej. Zdobyła się na podanie mi
ręki. Uważam to za mój wielki sukces towarzysko-literacki.
*
- Herbatki? - spytała.
- Nie, dzięki, kochanie. Albo wiesz co? - odparł z roztargnieniem - Może zrób?
- Z cytrynką?
- Aha.
Po drodze do kuchni potrąciła klatkę z nietoperzem. Kiedyś było to więzienie
falistej samiczki, ale już na drugi dzień po weselu pan młody wymienił papugę na
ssaka o mysim pysku. Z czasem Kamila polubiła zwierzątko i ucinając poobiednią
drzemkę wieszała je sobie na lampce koło trumny.
- Śpij, śpij - uśmiechnęła się. - Mamusia cię potrąciła niechcący.
- Co? - spytał Arkadiusz znad klawiatury.
- Nie do ciebie. Do Gacusia mówiłam.
*
Zaczął prof. Przeszkoda i mówił o literaturze, do której zaliczył i nasze
arcydzieła. O mojej powiedział: „ta powieść kiedyś musiała powstać i powstała”.
Nie wiem dlaczego, ale Pani Triumfatorka w tym właśnie momencie odsunęła się ode
mnie, a Poetka Łoś przeprosiła, że „musi” i wyszła z sali. Mam nadzieję, że to
zbieg okoliczności. Profesor stwierdził też, że cieszy się z publikacji tych
książek, bo każe się nimi teraz zajmować studentom na seminarium. Słysząc to,
rzekłem do Pani Triumfatorki, że mam nadzieję, iż profesor nie da studentom
naszych adresów, bo nam mieszkania spalą. - A czemuż to? - popatrzyła na mnie
wzrokiem znanej literatki i odsunęła się jeszcze dalej, a przecież zdążyłem się
wykąpać!
Potem profesor złośliwie poprosił o pytania z sali. Zapadła cisza na mniej
więcej trzy minuty. Szczęśliwie Pani Triumfatorka uratowała imprezę, opowiadając
z kwadrans o swoim przebogatym życiu wewnętrznym. Kiedy skończyła, prof.
Przeszkoda zażądał, by każdy z autorów powiedział coś o sobie. Znów zapadła
cisza, a że siedział koło mnie, to rzekł: - Może niech pan zacznie.
Odpowiedziałem dystyngowanie, jak to ja, że nie śmiem być pierwszym, skoro wśród
nas są kobiety. Zgodził się ze mną i wywołał do tablicy pierwszą z prawej.
Mówiła z pięć minut. Profesor znów spojrzał na mnie, ale się odwróciłem i padło
na kolejną autorkę. Pięć minut potem zawiązywałem sznurówkę, więc wystąpił drugi
obok mnie nagrodzony facet, choć niewiele brakowało, by było inaczej, bo na
początku każdego wystąpienia podrywała się Pani Triumfatorka, ale coś nie mogła
zdążyć. Kiedy wreszcie przyszła na nią kolej, złośliwie udałem, że wstaję, co ją
zdeprymowało, ale na krótko - ze 20 minut mówiła. Głównie było o tym, że ona
jest człowiekiem szczęśliwym i że dla każdego dzieciństwo to raj, a potem jest
już tylko gorzej. Pewnie za to „potem jest gorzej” dostała burzliwe oklaski. Nie
ode mnie - imprezkę filmowała Kamila, na obiad miał być gulasz, a byłem bardzo
głodny i wolałem nie ryzykować. Swoją drogą, w tezie Pani Triumfatorki widzę
zasadniczą sprzeczność wewnętrzną. Skoro po dzieciństwie jest gorzej, a ona jest
starsza nawet ode mnie, to jakim cudem może być szczęśliwa? Nie rozumiem.
Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo musiałem wstać i gadać. Na wstępie
powiedziałem, że nie bardzo wiem, co powiedzieć. Prof. Przeszkoda zasugerował,
żebym rzekł coś o sobie. Odruchowo sparafrazowałem Tyma: - Dobrze. To ja powiem
coś o sobie, choć nie urodziłem się w Małkini. Trochę to ludzi rozbawiło, ale
panią wydawczynię wcale. Może ona jest z Małkini?
Mówiłem dość długo, a na koniec zauważyłem, że - może już skończę, gdyż im
dłużej mówię, tym bardziej nie wiem, co mówię, więc mówię coraz więcej, przez co
coraz mniej wiem, co powiedzieć. Sądząc z oklasków - publiczność była podobnego
zdania, ale Pani Koleżanka (lat 63) kazała mi powiedzieć to, co jej mówiłem na
ucho przed spotkaniem. Usiłowałem ją zadowolić, ale chyba powiedziałem coś
zupełnie innego. Nie pamiętam co, ale wreszcie pozwolili mi usiąść.
Ledwo przyssałem się do krzesła, wystąpiła Pani Triumfatorka - czy
opublikowałaś, Agatko, moje wiersze w najnowszych „Filarach? Pani Agatka
potwierdziła i dość długo opowiadała o Pani Triumfatorce, że jest świetną
pisarką i różne takie. Następnie Prof. Przeszkoda zauważył, że skoro w prezydium
siedzi troje debiutantów, to niech powiedzą, co jeszcze napisali.
Powiedzieliśmy. Myślałem, że to koniec, ale niestety na sali był Zyziek (na
cholerę ja go zaprosiłem?) i poinformował zebranych o Kielcach. Wydawczyni
spytała mnie publicznie (!) za co ta nagroda. Byłem wściekły, więc zacząłem od
tego, że wyniosła 200 złotych za sześć stron tekstu, czyli jedną czwartą kwoty,
jaką od niej dostanę za stron 442. Usiłowano mnie zmusić do podania tytułu
opowiadania, ale się (na sali było sporo starszych kobiet) nie dałem.
Nadmieniłem tylko, iż jest to utwór o niełatwym losie pewnego poety, zawierający
wątki ekologiczne oraz regionalne. Odmówiłem konkretyzacji.
Na tym się spotkanie skończyło i straciłem 39 złotych i 30 groszy, bo kupiłem
dwie książki z tych konkursowych i zmusiłem autorki do dedykacji z autografem.
Myślałem, że wydając cztery dychy wyjdę na swoje, ale gdzie tam! Tylko jedna
wysłała koleżankę po „Spiralę”. Dzięki temu zarobiłem pierwsze 70 groszy i
straty uległy nieznacznemu zmniejszeniu. W ciągu następnej godziny zarobiłem
jeszcze 2 złote 10 groszy, gdyż Zyziek mnie przeprosił za aferę kupując dwa
egzemplarze, a moja biedna matka również się szarpnęła. Dzień potem - znów kupa
forsy. Kupiły moja siostra i jej koleżanka z pracy. Co dalej - zobaczymy.
Oglądałem dzisiaj katalog mercedesa i przyznam, że ten najnowszy model wygląda
całkiem-całkiem, ale się jeszcze wstrzymam. Przynajmniej ze dwa miesiące.
Kiedy już wreszcie wychodziłem, podszedł do mnie prof. Ropowicz i poprosił
(znany poeta w końcu) o dedykację!!! No, powiem Ci, że wrażenie jest
niesamowite, kiedy ktoś, kogo się samemu czyta... Z wrażenia (a ponadto właśnie
myślałem czy mi starczy na nowego Kopalińskiego - widziałem na stoisku)
strzeliłem byka. Zamiast Koralicki podpisałem się Kopalicki. Z jednej strony
wstyd mi przed profesorem, ale z drugiej cieszę się, bo może to jakieś proroctwo
(odpukać!).
*
Pisał, siorbiąc herbatę z kubka w kształcie czaszki, a Kamila ostrożnie ścierała
kurze. Bardzo przy tym uważała, żeby nie pozrywać pajęczyn. Gdyby do tego
doszło, mógł obrazić się na wiele dni. Dwa lata temu popsuła tak święta Bożego
Narodzenia. Nawet bombkami o kształcie trumienek nie udało się męża przebłagać.
Szpic z trupią czaszką w niczym nie poprawił sytuacji.
Pajęczyny Arkadiusz uważał za niezbędny element wystroju mieszkania horrorysty.
- Bardzo są, kurczę, nastrojowe - twierdził - Dobrze mi się przy nich pisze.
Dają klimacik. Z identycznych powodów kategorycznie wyprosił sobie mycie okien i
pranie pluszowych bordowych zasłon oraz oliwienie zawiasów przeraźliwie
skrzypiących drzwi.
Stukot klawiszy ustał. Kamila zerknęła na męża. Nieobecnym wzrokiem patrzył na
monitor, a w znieruchomiałej dłoni cuchnął mu niedojedzony ząbek czosnku. -
Myśli - doszła do wniosku widząc, jak Arkadiusz to blednie, to czerwienieje -
Mój Pilchuś...Tfu, co ja mówię?! Mój Kinguś kochany!
*
Z powodu „Spirali” byłem też w radiu. Audycja na żywo, więc oczywiście się
spóźniłem. Kiedy weszliśmy na antenę, od razu pytanie: - Jak to się stało, panie
Arkadiuszu, że pan, mężczyzna 42-letni zaczął pisać? A prosiłem, żeby o to nie
pytać! Szlag mnie trafił. Kłamać nie chciałem, a prawdy powiedzieć nie mogłem.
Tobie napiszę, ale morda w kubeł! Moja kariera literacka zaczęła się trzy lata
temu. Jest u mnie w pracy jeden taki trochę troglodyta. I pewnego razu - jak u
Nienackiego - warknął odbytnicą na stołówce i jedna koleżanka dostała piany.
Prawie się popłakała. Żeby ją uspokoić, napisałem mój pierwszy utwór literacki -
„Poeme de l’odeur” (poemat o smrodzie). Nie tyle piękny i dobry warsztatowo, co
zaangażowany. No i jak ja to miałem powiedzieć do mikrofonu? Od stołówkowego
pierdnięcia do literackiego Nobla? Zatkało mnie, dopiero pod koniec się
rozgadałem tak, że aż mi dawali znaki, żebym się wreszcie zamknął.
Z gazetami też było wesoło. Co naplotłem, to masz w załączniku. Wyjaśnię Ci
tylko, czemu to zdjęcie takie. Jakbym wiedział, że mnie będą fotografować, to
bym się trochę ogolił, ale nie wiedziałem. Dobrze, że zimnica była, to nie
zauważyli, że nogi mam niewydepilowane (to taki żart, wyjaśniam, bo Cię znam).
Fotograf doszedł do wniosku, że skoro „Spirala krwi” to horror, to mnie cyknie
na tle jakichś ponurych ruin. We Wrocławiu akurat ich nam nie brak. Ustawiał
mnie drań z kwadrans, bo ciągle mu się widziało, że „za mało strasznie
wyglądam”. Pytam go: - To może przebiorę się za wilkołaka i zawyję? Trochę się
obraził. Ostatecznie upozował mnie pod słońce i wyszedłem na emerytowanego
Japończyka-alkoholika na głodzie, co się rozgląda za ryżem, żeby sobie sake
napędzić, bo na sklepowe go nie stać.
W pracy też niezłe jasełka...
*
W skąpym świetle sufitowej lampy o czarnym kloszu w krwiste pentagramy wydał jej
się jeszcze bardziej przystojnym mężczyzną, niż za dnia. Aż zamarła, zapominając
o sprzątaniu, co zdarzało jej się najwyżej raz na trzy lata. Patrzyła na niego i
krew poczęła się w niej burzyć.
Zaskoczyło ją to. Od dłuższego czasu w jej tętnicach i żyłach nic się
praktycznie nie działo. Erytrocyty snuły się bez celu, niczym bohater kina
moralnego niepokoju po ekranie. Udawały przy tym, że nie zauważają leukocytów.
Jedne i drugie dreptały, powoli taplając się w leniwie chlupiącym osoczu. Teraz
zdecydowanie przyspieszyły kroku, potykały się o siebie wzajemnie, potrącały.
Przemieszczały się coraz szybciej, choć adrenalina sięgała im po kolana, a
serotonina kapała na głowy coraz mocniej i mocniej...
Kamila ledwo się powstrzymała przed rzuceniem ściereczki do kurzu na podłogę. Z
jeszcze większym trudem wyperswadowała sobie zrzucenie sukienki. - Nie! Nie
wolno mi! - napomniała się w duchu. - Mój Arkusik musi pisać! Tyle lat
marazmu... Zżerany przez codzienność… Bez zawodu, bezsensowna, nudna
praca…Odnalazłeś, kochany, powołanie - pisz, pisz! Twórz sobie! Na zdrowie!
Uśmiechnęłaby się, ale łzy napłynęły do oczu. Jakoś ostatnio bardzo oddalili się
od siebie. Pisał i pisał, ona pomagała mu ze wszystkich sił, ale... Nie czuła
takiej bliskości, jak kiedyś. - Przecież się staram! Czuła się winna, sama nie
wiedząc czego.
Ocierając ukradkiem łzy wróciła do odkurzania. - Coś źle robię - gryzła się. -
Pozuję do opisów... Dla niego nauczyłam się grać w sześćset sześćdziesiąt sześć
i... Przetarła szmatką metrowej wielkości diabła, pamiątkę z podróży poślubnej
do kaplicy w Czermnej. - Kurczę, co robić? - nie potrafiła myśleć o niczym
innym.
Zdmuchnęła kurz z wypchanej sowy stojącej na telewizorze. Kupiła ją mężowi za
swoje własne pieniądze. Wprawdzie nadgodziny wzięła z myślą o tuningu pośladków,
ale nie była egoistką. Skoro nie wniosła w posagu mieszkania, to pragnęła
współkreować odpowiedni dla jego twórczości klimat w wynajmowanej klitce. Kupiła
więc tę sowę. - Dla Niego! Dla nich! I co? Nic! Nic nie lepiej! No, przecież
nawet po ziemniaki nie pozwalam mu chodzić! Gacusia wieczorami sama wypuszczam
na sikanie. Co jeszcze? Co? Że czasem sobie pozrzędzę... Przecież ja też muszę
coś mieć z życia. A mam?! Żeby on jeszcze coś wreszcie do końca napisał!
Pociągnęła nosem. Zbyt głośno.
- Co? - spytał Arkadiusz.
- Nic, nic - spłoszyła się. - Pisz sobie, pisz spokojnie, ja...
Nie wytrzymała. Rzuciła szmatkę na sofę i ze szlochem wybiegła. Arkadiusz
wzruszył ramionami.
- Ech, kurczę - mruknął. - Znowu ma muchy w nosie.
*
...z tą „Spiralą”. Jeden koleś dorwał gazetę z moim wywiadem. Pokierował i
porozwieszał gdzie się dało. No i się zaczął cyrk. Siedzę sobie w domu, a tu
telefon z roboty: - Nigdy bym się po tobie nie spodziewał, że książkę będziesz
umiał napisać. Innymi słowy - „nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz”.
Dobre, co? Potem było nieco lepiej: i sprzątaczka mi pogratulowała, i
konserwator, i cała kupa innych. Cholernie miłe to, ale krępujące. Żebym nie
zapomniał, że jesteśmy w Polsce, dotarła do mnie i tak recenzja: „siedzi w tej
swojej pakamerze, nic nie robi, to ma czas pisać, a my zapieprzamy.” Mówi się
też, że „odwaliło mu po tej książce, burczy na ludzi, opryskliwy się zrobił”.
Oczywista bzdura. Zapomniałbym - dyrektor mi humor poprawił, bo przyszedł sobie
ode mnie „Spiralę” pożyczyć. Rozumiesz? Zarabia cztery razy tyle co ja, a dwóch
dych mu żal. Nie pożyczyłem.
Co jeszcze? Mam zaszczyt występować w roli stracha na wróble, co jest dla mnie
sytuacją raczej nową. Straszą mną, wyobraź sobie. Terroryzowana jest pewna
narcyzica, największa u nas plotkara (z innej firmy, budynek ten sam). Ktoś
powiedział, że piszę paszkwil o tym, co się u niej wyrabia. Bzdura! Po pierwsze
- akurat ja, to tam cięgiem nie łażę (znam ciekawsze zajęcia), więc nic nie
wiem. Po drugie - palców byłoby mi szkoda na pisanie o tym. A może niech
straszący i straszona sami napiszą, jeśli tam tak ciekawie? Powiem Ci, że się
wkurzyłem, kiedy to do mnie doszło. Ciekawe, kto mi to robi? Pewnie jakiś „dobry
kumpel”. Takie gadki o mnie, a przede wszystkim - z kim. Szkoda słów.
*
Kamila szarpnęła klamkę i wsunęła się do łazienki. Jeszcze minuta, dwie, a
gorąca woda z wanny zalałaby mieszkanie.
- Jezu - jęknęła.
Jednym ruchem ręki zamknęła zawór. Wyprostowała się i spojrzała w lustro, ale
swojego odbicia w nim nie ujrzała.
*
A! Jeszcze coś! Miałem w robocie rozmowę z niedoszłym czytelnikiem. Spotkał mnie
na korytarzu i: - O, kurwa. Cześć stary! Też się przywitałem, a on: - Ty! Zbychu
cały dzień z tą twoją „Spiralą”... Fajna jest? - Nie mnie oceniać -
odpowiedziałem skromnie - Przeczytaj, albo spytaj Zbycha. To mu nie wystarczyło:
- No, ale fajna? Ruchają się? - Nie za bardzo - rozczarowałem go - Mają szczery
zamiar, tylko nie bardzo im wychodzi. - Eee... - był zdegustowany - To do dupy.
Przeprosiłem, ale ochota na lekturę i tak mu przeszła, Poinformował tylko, że
idzie - cytuję: "wpizdu" - i poszedł. Czy dokładnie tam, gdzie obiecał, to nie
wiem.
Kurczę, tak czytam, co do Ciebie piszę i zaczynam przyznawać rację jednej
znajomej hanysce. Powiedziała mi kiedyś, że kiedy już będę sławny, to moja
autobiografia literacka zrobi furorę na rynku czytelniczym. Pewnie ma rację,
tylko jakim cudem ja mam być sławny, skoro ta pieprzona „Spirala” zupełnie się
nie sprzedaje?
*
Starła dłonią parę ze środka lustra i stanęła twarzą w twarz z zapłakaną
brunetką lat czterdzieści jeden.
- Horror, szanowna pani - skrytykowała się nie do końca słusznie.
Jakiś kosmyk złośliwie sterczał jej na czubku głowy. Skrzywiła się z dezaprobatą
i zamoczyła dłoń w wannie. Poprawiła fryzurę i zamiast wytrzeć dłoń w ręcznik -
strzepnęła palce. Kilkanaście kropelek uderzyło o zaparowane lustro. Spływając
utworzyły krótki, aczkolwiek pełen treści napis w prawym górnym rogu. Litery
były koślawe, lecz odczytała je z wprawą żony pisarza.
- HELP HIM… - wyszeptała.
Mamrocząc w kółko te same dwa słowa gapiła się w lustro. Dopiero basowy timbr
zepsutej uszczelki w kranie sąsiada z dołu przywołał ją do porządku. Otwartą
dłonią pacnęła się w czoło i sięgnęła po kosmetyczkę:
- Że też na to nie wpadłam!
Kiedy skończyła, spojrzała w lustro i uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Ja cie! - mruknęła i zadowolona z siebie wyszła z łazienki.
*
Kwękasz, Maciek, że Twoich płaskorzeźb nikt nie kupuje. Mojej książki też. Niby
wyszła, ale co z tego? Na początku była w kilku księgarniach, np. w Geancie
(pewnie nie mieli w co mielonego pakować, to zamówili w hurtowni), ale już
nigdzie nie ma. Nie, nie dlatego, że się ludzie rzucili. Jak się mają rzucać,
skoro nie wiedzą, że książka istnieje? „Kółko się zamkło” - jak mawia mój
kierownik. Mam wrażenie, że wydawnictwo robi wszystko, żeby broń Boże nie
zarobić. Kurwicy ponurej dostaję, kiedy mnie ktoś pyta: - A gdzie tę książkę
można kupić? Na czole sobie NIE WIEM wytatuuję, bo mnie język boli od
powtarzania. Można w necie zamówić, ale jak to powiedziałem sąsiadowi, to się w
czoło popukał. I już jednego czytelnika mniej. Kiedy lista pytających
przekroczyła sześćdziesiątkę, to sam kupiłem w Merlinie i rozprowadziłem. Ciekaw
jestem, jaki to procent całego zbytu.
Widzisz, niby promocja, wywiady, recenzje, a książki nie ma. Reklamuję produkt,
którego nie można kupić. I po co? Ten facet u Mrożka, co pisał po ścianach w
dworcowych sraczach, to przynajmniej miał gwarancję, że ktoś go przeczyta. Co
jakiś czas każdy musi się odsikać. Na „Spiralę” nawet mucha nie nabździ, bo
gdzie ją znajdzie? W Internecie? Szkoda gadać. Wczoraj masochistycznie
obdzwoniłem 32 księgarnie (słownie - trzydzieści dwie). W dziewięciu było po
kilka sztuk, ale już nie ma, w jedenastu wiedzieli, o co chodzi, ale nie dostali
oferty, w następnych dwunastu nie wiedzieli, o co ja pytam. Rewelacja...
Kiedyś mi powiedziałeś, że „Spirala...” będzie lokomotywą, co pociągnie wagoniki
mojej prozy. Informuję Cię: pociąg stoi na bocznicy i rdzewieje, w rozkładzie
jazdy nie figuruje, żaden podróżny o nim nie słyszał, nie ma też najmniejszej
nadziei, że ktoś przestawi zwrotnicę. Więcej mnie o tę książkę lepiej nie pytaj,
bo...
*
Poczuł na ramieniu delikatny dotyk dłoni. Westchnął ciężko. Przestał pisać i
kątem oka zerknął na Kamilę. Nie tylko jej ręka była naga, cała reszta również.
- Jezuuu... Ani chwili spokoju, znowu ją wzięło - jęknął w duchu.
- Kurczę, przestań, widzisz, że piszę. Daj spokój. Nie dzisiaj. Piszę... No? Nie
wiem, ile mi zejdzie. Pewnie długo. Włącz sobie telewizor, co?
- Arkuszku...
- Aleś uparta. Żeby wydawać, muszę pisać. To tak ciężko zrozumieć?! -
zdenerwował się, ale dla świętego spokoju nie poskąpił jej nadziei - Może jutro
sobie pohasamy.
Nie odpowiedziała. Nachyliła się nad nim i otoczyła go ramieniem.
- Kochanie, ja bardzo proszę... - zaprotestował.
Nie słuchała go. Czując jej gorący oddech na swojej szyi, skulił się. - No, jak
ja mam pisać w takich warunkach? - zżymał się w duchu.
Siadając mu na kolanach, Kamila nagim pośladkiem strąciła z blatu myszkę.
Arkadiusz resztką sił powstrzymał się, by nie wrzasnąć na żonę. Aż zatrząsł się
ze złości, kiedy ujęła jego twarz w dłonie i zajrzała mu w oczy. Potem zdjęła mu
okulary i odrzuciła je za siebie. Cicho stuknęły, tłukąc się o ścianę.
- Kami... - zaczął i nie skończył, uśmiechnęła się do niego.
Przez osiem lat zdążył się nauczyć na pamięć tego uśmiechu i zwykle nie robił na
nim większego wrażenia. Tym jednak razem miał w sobie coś zastanawiająco nowego,
coś intrygująco nieznanego, coś pociągającego. Tajemnicę?
Przeszedł go dawno zapomniany dreszcz podniecenia. Uśmiechnęła się szerzej i
spostrzegł, że wprawdzie plomby na jej górnych jedynkach szarzeją tak samo, jak
przez ostatnie dziesięć lat, to trójki... Górne trójki uległy metamorfozie!
Stały się wyraźne dłuższe i obiecująco ostre.
- Ależ, kochanie... - bąknął, a w jego głosie było tyleż zdumienia, co podziwu.
Filuternie zgrzytnęła zębami i przytuliła się do niego. Już nie mogło być mowy o
zniecierpliwieniu, o niechęci. Trudno byłoby mu określić, co czuje. Pożądanie?
Czyżby na kolanach nie siedziała mu wiecznie utyskująca Ksantypa, nie zatroskana
jedynie fryzurą Wałkiria w papilotach, lecz żona pisarza?
Wodziła dłońmi po sterczących łopatkach męża, dotykała równie odstających uszu,
burzyła jego włosy. Siedziała mu na kolanach i, delikatnie poruszając biodrami,
przyzywała ku sobie jego myśli, krążące dotąd wokół debiutu-klęski.
- Kocham cię, mój Arkuszku... Kocham...
Objął ją mocno, sztywno, bo dawno zapomniał, jak to jest, kiedy trzyma się w
ramionach kobietę nie dla formalności, lecz pragnąc jej. Pocałował ją w kark -
przytuliła się jeszcze mocniej i musnęła wargami jego szyję, tuż poniżej lewego
ucha. Wyprężył się jak kocur, czując jej usta na tętnicy. Sekundę później poczuł
i zęby.
- Troszkę poboli... - przerwała, szepcząc usprawiedliwiająco.
- I tam... - zamruczał, lecz gdy kłami przebiła naskórek - syknął.
- Ćśśś! Cichutko - na moment przestała się wgryzać. - Cichutko, kochany...
- Tak, tak. Cichutko. Nie przerywaj - wyszeptał.
Nie przerwała. Gdy przegryzła mu ściankę tętnicy, ból wzrósł, ale nie chcąc jej
deprymować, Arkadiusz udał, że niczego nie czuje. Błogość malowała mu się na
twarzy, kiedy delikatnie i rytmicznie uciskając tętnicę Kamila wysysała z niego
krew, ofiarowując mu swą miłość oraz temat do noweli, a może nawet powieści.
Mruczał z zadowoleniem, kiedy subtelnie otaczając wargami obie ranki, dbała, by
purpurowe kropelki nie spłynęły po szyi i nie zabrudziły kołnierzyka koszuli.
Ona ssała, a on, lekko omdlały, zaczynał wreszcie rozumieć, jak wielkie jest jej
uczucie i szczere. - Przecież gdyby było inaczej, gotowałaby teraz obiad na
jutro, a nie ssała. Moja maleńka, moja cudowna, jak ona mnie kocha... - wirowało
mu w głowie. - I mnie kocha, i moją twórczość. O, Boże...
- Już! - szepnęła czule i dyskretnie otarła usta.
Było mu słabo i z upływu krwi, i ze szczęścia. Drżąc z wdzięczności na całym
ciele, pochwycił jej dłoń i namiętnie ucałował.
- Dziękuję... - wymamrotał i głos uwiązł mu w gardle ze wzruszenia.
- Proszę... - szepnęła Kamila i zachichotała.
- Kamilko?
Wstała, usiadła na biurku, założyła nogę na nogę. Dyktafon wpijał się jej w
pośladek, lecz ignorowała to.
- Tak? – spytała, licząc na to, że Arkadiusz nie słyszy, jak burczy jej
nienawykły jego krwi żołądek.
- Jeszcze... - dotknął jej kolana - Proszę! Possij z prawej tętnicy, dobrze?
Roześmiała się, ukazując ząbki, na których lśniły spóźnialskie drobinki krwi.
- Dobrze - zgodziła się - ale...
- Ale? - zaniepokoił się.
- Ale to potem, najpierw...
- Najpierw?
- Najpierw - lekko się zarumieniła - to ja poproszę o ze dwa orgazmy. Chodź,
kochany - trumna czeka.
Wrocław, 19 kwietnia 2005

|
|