Narcystyczne ciąże malarza Eugeniusza
 

- Summertime, time, time… - zarzęziło sopranowo.
Eugeniusz wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia.
- Child the living's easy... - niedopite piwo przełożył do lewej ręki.
Ostentacyjnie przetkał sobie ucho wskazującym palcem prawej, a potem wycelował go w wokalistkę.
- Guilty! - wycedził. - Guilty!
Nie usłyszała, konsekwentnie i z uporem mordując Gershwina. Prawie połykała przy tym mikrofon, trącana w pośladki gryfem gitary basowej, na której grał sobowtór Zbója Madeja. On również nie zareagował na wyrok Eugeniusza. Podobną obojętność zachowali gitarzysta o hiphopowej twarzy i perkusista-anorektyk. Diaboliczny pianista, skoncentrowany na pieprzącym się nagłośnieniu, również niczego nie zauważył.
- Guilty! - powtórzył Eugeniusz, po czym wstał i ruszył do wyjścia, rozlewając piwo z puszki.
Z obrzydzeniem spoglądając na mijanych nielicznych fanów jazzu, komunikował im wzrokiem: - Gówno się na tym znacie, Zenki niemyte!

Wstąpił na kręte schodki prowadzące z piwnicy na parter. Piwo szumiało mu w głowie, zachwiał się już na pierwszym stopniu i, łapiąc równowagę, pomógł sobie ręką. Mokre od piwa palce naznaczyły ścianę kilkoma ciemnymi śladami. Przystanął. Chwilę błądził wzrokiem po przypadkowym układzie piwnych linii i plam, po czym cofnął się o krok, potem o dwa. Podrapał się w potylicę, westchnął, poślinił kciuk i zbliżył się do ściany. Kilkoma szybkimi, wprawnymi ruchami połączył wcześniejsze smugi, dodał też kilka nowych. Gdy skończył, znów się cofnął, spojrzał i uśmiech rozjaśnił mu twarz.
- Dobre! - mruknął. - Nazwałbym to, kurwa, „Sumertime z poderżniętym gardłem”.
Zachichotał i ruszył dalej. Stąpał ciężko, przy akompaniamencie bulgoczącego w żołądku piwa, lecz jednocześnie lekko - był przecież artystą. Artystą malarzem.

*

Na początku był poród. Złotoryjski lekarz rzekł do mamusi przychodzącego właśnie na świat Eugeniusza:
- To chłopiec, szanowna pani! Chłopiec piękny jak malowanie.
Były to słowa prorocze, aczkolwiek nieprecyzyjne, należało bowiem stwierdzić, iż dziecko jest tak piękne, jak JEGO malowanie w latach późniejszych. Na tytana pędzla Eugeniusz zapowiadał się od maleńkości. Mając zaledwie roczek, różowiutkim paluszkiem rozmazywał na stole grysik, który zastygał potem we frapujące kompozycje. Rodzina nie posiadała się z podziwu, a wśród mieszkańców Złotoryi rozeszła się fama, że w czynszówce przy Henryka Pobożnego dorasta geniusz sztuk plastycznych.

Chcąc mieć tego pewność, tatuś Eugeniusza zaprosił miejscowego sekretarza PZPR do spraw kultury, by asystował dziecięciu przy kolacji-happeningu. Genialne dziecko, choć niewiele zjadło, nie zawiodło oczekiwań. Bordowy krawat gościa pokryła gruba warstwa owsianych płatków inkrustowana musztardą, którą matka artysty zaserwowała do serdelków.
Kiedy proces twórczy dobiegł kresu, Eugeniusza położono spać, a nad krawatem zebrało się konsylium. Pełne podziwu milczenie przerwał towarzysz z komitetu:
- No... W zeszłym roku - zabrał głos - byłem na szkoleniu w NRD i tam widziałem takie te... Takie podobne, ale nie pamiętam dokładnie...

Na dalszy ciąg analizy rodzice geniusza musieli zaczekać. Towarzysz do spraw kultury gmerał jednocześnie w zakamarkach swej powiatowo-partyjnej pamięci i w słoiku, z którego serdelkiem wybierał resztki musztardy. Nagle upuścił sztućce, gwałtownym gestem nakazał włączenie radia i to głośno. Nerwowo rozejrzał się dokoła i skinął na rodziców Eugeniusza. Kiedy prawie zetknęli się głowami nad stołem rzekł, ściszając głos do szeptu:
- Towarzysze, sprawa jest poważna! To, co gówniarz maluje jest jak cholera podobne do bohomazów z Zachodu.


Rodziciele zdemaskowanego wroga ludu zamarli z przerażenia. Powiatowy dygnitarz z trudem przełknął ostatni kęs deficytowego serdelka, popił wystygłą herbatą i sięgnął do kieszeni po notes w czerwonej oprawie. Chwilę go kartkował.
- O! Mam! To są te... abstrakcje, rozumiecie towarzysze?
Potwierdzili, z trwogą patrząc, jak sekretarz, śliniąc palec, szuka jeszcze czegoś w enerdowskich notatkach. Niestety znalazł! Z hukiem zamknął notes i zerwał się zza stołu.
- Jezus Maria! - wycharczał i trwożnie się przeżegnał. - Sami Żydzi tak malują, sami Żydzi! Ten dzieciak zgubi siebie i was, rozumiecie towarzysze?
Towarzysze rozumieli. Był rok 1968.

*

W holu na parterze przystanął i zerknął w otwarte drzwi auli Domu Kultury. Miał ochotę splunąć, gdyż właśnie teraz powinien być tu jego wernisaż, ale nie! Po skandalu z portretami dyrektorka tchórzliwe wymówiła salę.
- No i co masz w zamian, co? Jakiegoś cymbała i grafomańskie pieprzenie - burknął pod nosem Eugeniusz.

Sala była prawie pusta. Kilkunastoosobowa publiczność brała przykład z dyrektorki Domu Kultury, która podsypiała na ławie pod oknem. Na końcu pomieszczenia stał stolik, a na nim, okolony nieładem rozrzuconych kartek, lichtarz z kopcącą świecą. W jej drżącym świetle jakiś niemłody facet wiercił się na krześle, pocił, nerwowo masował ucho i, jąkając się, czytał coś patetycznym głosem. Malarz wytrzeszczył oczy - ta twarz nie była mu obca, wręcz przeciwnie!

Kilka miesięcy temu Eugeniusz namiętnie zapałał do pękatej brunetki nudzącej się nad drinkiem w knajpie Związków Twórczych we Wrocławiu. Odmówiła, oświadczając, że czeka na siostrę-skrzypaczkę i na żaden seks nie ma najmniejszej ochoty. Zwłaszcza z malarzem. Zbulwersowany Eugeniusz zażądał wyjaśnień, więc wskazała palcem mężczyznę piszącego coś na serwetce. Krzywiąc się, oznajmiła, że dała mu się kiedyś poderwać, licząc na to, że pożycie seksualne z poetą okaże się czymś ekscytującym. Nie omyliła się. Polegało to jednakże na tym, że twórca ów usiłował kochać się z nią w kosodrzewinie, gdyż preferował seks tylko i wyłącznie w górskich plenerach.

Opowiadając o tym, brunetka nie pominęła najdrobniejszych szczegółów, a reasumując stwierdziła, że każdy artysta, literat to, czy plastyk, jest swego rodzaju zboczeńcem, ona zaś nie ma zamiaru ryzykować. Eugeniusz momentalnie znienawidził wszystkich poetów, a tego konkretnego w szczególności. Kiedy zorientował się więc, że zamiast wernisażu ma miejsce wieczór autorski jego wroga numer jeden - wpadł w furię.
- Pieprzony, kurwa, grafoman... - warknął pod nosem, a głośno ryknął - Nikt cię nie słucha, muflonie! Lepiej wyrecytuj im sonet do świstaków!
Dodałby coś jeszcze - miał na to ogromną ochotę - ale dostrzegł barczystego męża dyrektorki, który zaciskając pięści, uniósł się z krzesła. Eugeniusz zrejterował. Wypadł na zewnątrz budynku, wskoczył na rower i pośpiesznie odjechał.

*

Idąc za partyjną radą, przerażona rodzina usiłowała zawczasu wyrwać dziecko z obcych klasowo szponów abstrakcjonizmu. Kiedy maluch rozmazywał na blacie mannę - dziadzio, endecko trzęsącym się palcem członka PAX, formował kaszkę w domki, kotki i równie realistyczne słoneczka. Widząc na ścianach dziecięce esy-floresy babcia, czym prędzej przerabiała je na choinki i sarenki.

Mamusia Eugeniusza natomiast, prowadzała chłopczyka nie na place zabaw, lecz budów socjalizmu. Często też pojawiała się z synkiem na wzgórzu, z którego przyglądali się krzątaninie w miejscowej fabryce filcu.

Kiedy tatuś Eugeniusza wracał z szychty w kopalni "Lena", na długie godziny zamykał się z pierworodnym w sanitariacie. Sadzał dzieciaka na sedesie i rozpoczynali lekturę. Zamiast jednak czytać o chrząszczu, co brzmi w trzcinie, indoktrynował synka batalistycznymi kossakami, zamiast zapoznawać dziecko z problemami słonia Trąbalskiego, zmuszał je do wertowania albumów Matejki. Mały Eugeniusz nie usłyszał też nigdy o Calineczce, stał się natomiast znawcą Gierymskiego, Grottgera i Brandta.


Pełna mobilizacja, upór i żelazna konsekwencja rodziny przyniosły w końcu pożądane owoce - abstrakcjonistyczne ciągoty wypleniono z młodego umysłu. Progi przedszkola dziecko przekroczyło jako malarz-realista. Jego martwe natury rysowane świecowymi kredkami zawsze wprawiały wychowawczynię w pełną podziwu euforię. Entuzjazmu tego nie podzielały sprzątaczki, regularnie zdrapujące twórczość dziecka z mebli i ścian.

Pierwszy wernisaż Eugeniusza miał miejsce już w podstawówce, a publiczność stanowiło zgromadzone w szkolnej toalecie grono pedagogiczne. Doszło do niejakiej polaryzacji stanowisk: kontrowersyjny i bezpartyjny pan od rysunków, dostrzegając "realistyczno-drobnonieszczańskie wstecznictwo", nalegał na wyrzucenie artysty ze szkoły, natomiast dyrektor ekonomiczny proponował dyplom uznania dla małego twórcy. Stanęło, koniec końców, na obniżeniu stopnia z wychowania plastycznego, przy jednoczesnym podniesieniu oceny z uspołecznienia, bowiem dzięki freskom Eugeniusza szkoła mogła zaoszczędzić na remoncie toalety.

*

Wyrwawszy się ze szponów małomiasteczkowej wegetacji kulturalnej, Eugeniusz co sił pędził do domu. S. to niewielka dziura, więc nie minęło wiele czasu, a minął ostatnie domki.
Okolica była jak żywcem wyjęta z landszaftu. Jelenie o połyskujących porożach kryły się w majaczących na horyzoncie zagajnikach, od których dzieliły pedałującego pofalowane połacie ziemi uprawnej III klasy zdobne w nostalgiczną szczecinę ściernisk. Z sielskiej monotonii krajobrazu gdzieniegdzie wybijała w górę kościelna wieża, tu i ówdzie ciurkał pretensjonalny strumyk. Czyste wiejskie powietrze i beztrosko gnieżdżące się w koronach drzew ptactwo dopełniały odpustowego wizerunku.

Tego wszystkiego malarz jednak nie widział. Jako zatwardziały abstrakcjonista, postrzegał rzeczywistość odmiennie, niż pierwszy z brzegu laik. Zresztą była już 21.27, księżyc skrył się za chmurami, panowały więc nieprzeniknione ciemności. Poza tym - jak to często w listopadzie - wczesny śnieg szczelnie opatulał okolicę. Nawet szmeru strumyków Eugeniusz nie słyszał, gdyż mróz skuł je lodem. Przy okazji zamarzły szamba i, wybijając, niepodzielnie i smrodliwie zapanowały w powietrzu, zadając kłam typowo inteligenckim bujdom o świeżym wiejskim powietrzu.

*

We wrocławskim Liceum Plastycznym niczym się Eugeniusz nie wyróżniał, wszyscy tam mieli podobne i życiorysy, i inklinacje. Maturę zdał bez trudu, podobnie łatwo dostał się na PWSSP.

Uczelnię ukończył bardzo szybko - w połowie drugiego semestru skreślono go z listy studentów. Jako oficjalną przyczynę podano organizowanie w akademiku orgii z modelkami oraz alkoholowych libacji. Nie ujęła się za relegowanym ani uczelniana organizacja SZSP, ani komórka nielegalnego NZS. Dlaczego? Na rektorski konkurs z okazji 38 rocznicy powstania PZPR Eugeniusz wysłał bowiem portret Piłsudskiego.

Tak jawny brak politycznego wyczucia zraził do wyrzucanego kolegi działaczy z SZSP. W innych okolicznościach, z łezką w oku wspominając eugeniuszowe orgietki, stanęliby za malarzem jak mur. Jednak "sanacyjnego pacykarza" - tak mówili - bronić nie mieli zamiaru.
Zarząd NZS wahał się przez jakiś czas, uznając konkursowego Marszałka za protest przeciw dyktaturze. Nie mógł jednak pogodzić się z tym, JAK Eugeniusz namalował Ziuka, co nie powinno dziwić, gdyż autor znajdował się wówczas pod przemożnym wpływem Picassa. Dziesiątki litrów wypitego z zagrożonym studentem alkoholu spowodowały, że przez moment zaistniała koncepcja napuszczenia na rektora PWSSP Radia Wolna Europa. Przypomniano sobie jednak, iż Picasso był członkiem Komunistycznej Partii Francji. To przesądziło - Eugeniusza relegowano z uczelni bez protestu z czyjejkolwiek strony.

*

Oparł rower o ścianę chałupy.
- Do budy! - ryknął na psa.
Przestraszony Matejko skomląc żałośnie i podzwaniając zardzewiałym krowim łańcuchem, skrył się do koślawej rudery ozdobionej wielobarwnymi abstrakcjami.
Eugeniusz wszedł do chałupy udając się prosto do kuchni. Przepocony połkożuszek zrzucił na podłogę, wyjął piwo z lodówki, po czym zamknął ją soczystym kopniakiem.

*

Wprawdzie relegowanemu z uczelni na głowę nie padało, gdyż rok bez mała waletował w akademiku, to nie posiadał jednak żadnego źródła utrzymania. Usiłował trwać, spieniężając pejzaże na kiczowisku wrocławskiego rynku. Niestety, olejne jelonki Eugeniusza posiadały wprawdzie piękne, złote rogi, ale były idealnie proporcjonalne i sierść miały maści właściwej. Księżyc nie wyglądał jak z odpustu, lecz niczym z nieba zdjęty, a krajobrazy malował artysta z idealnym wyczuciem perspektywy, nie zapominając o światłocieniu. Jednym słowem - nie mógł liczyć na zarobek. Obrazy takie nie trafiały w gusta klientów, jacy zaglądali na Rynek, a ci, którzy potrafiliby docenić kunszt Eugeniusza, bywali tylko w galeriach, gdzie on z kolei wstępu nie miał.

Pewnie umarłby z głodu, gdyby nie pewien okradziony przez taksówkarza Holender, który snuł się po Rynku. Van Tiegelen z miejsca docenił maestrię młodego Polaka. Przedstawił się jako marchand z Enschede i, nie dając młodzieńcowi dojść do słowa, roztoczył przed nim perspektywy wystaw w ojczyźnie Rembrandta. Eugeniusz nie zastanawiał się ani sekundy i tak rozpoczął się wyrzuconego z PWSSP studenta triumfalny pochód przez Niderlandy.

Brylował tam lat bez mała dziesięć, doczekując zmiany ustroju w Polsce. Wystaw co roku miał ze cztery, a wernisaży tyle, że nawet nie liczył. Dokładnie w dzień reelekcji Kwaśniewskiego na aukcji w Rotterdamie udało się Van Tiegelenowi drogo sprzedać wszystkie abstrakcje Polaka, mimo iż żadna nie miała tytułu, a może właśnie dlatego.


Eugeniusz zarobił masę pieniędzy i odkupił od stryja dom na wsi pod Wrocławiem, w okolicach S. Resztę guldenów, chcąc pomnożyć kapitał, zainwestował (za plecami Van Tiegelena) w pornograficzny przemysł filmowy. Walcząc z monopolem Teresy Orlowsky Eugeniusz postawił na artyzm. Jego filmy cechowały malarskość ujęć, abstrakcyjne fizjonomie aktorów i poetyckość fabuły. Początkowo szło mu nieźle, lecz reżyserowana przez niego pornografia cieszyła się uznaniem tylko wąskich kręgów wyrafinowanych koneserów gatunku. Krytyka, choć zarzucając nadmierne nowatorstwo i nachalne lansowanie swojego malarstwa, piała z zachwytu, co dodatkowo odstraszało widzów.

Po trzech latach zamiany pędzla na kamerę okazało się, iż Eugeniusz więcej do pornobuisnessu dołożył, niż zyskał. Widząc na bankowych wydrukach ciągi zer niepoprzedzane żadnymi innymi cyframi - wpadł w desperację. Zerwał z artystycznymi ambicjami i przystąpił do produkcji dla mas. Niestety, już kręcąc pierwsze dzieło tego rodzaju, z iście ułańską fantazją w głównej roli damskiej obsadził pokojówkę-nimfomankę z Pałacu Królewskiego. Film skonfiskowano, długi pozostały.

By wyjść z nich oraz zapłacić sądowe grzywny za obrazę rodziny królewskiej, Eugeniusz zapożyczył się u amsterdamskiej triady i w żaden sposób nie był potem w stanie zwrócić pieniędzy. Poszedł więc va banque i zaoferował szefowi gangu, anulującą zadłużenie noc z miejscową królową, którą rzekomo znał z wernisaży. Naiwny Chińczyk poszedł na to, a gdy okazało się, że propozycja malarza to bujda - wpadł w furię. Eugeniusz musiał czym prędzej uciekać do Polski udając rumuńskiego Roma deportowanego nad Wisłę.

*

Trzask zamykanej lodówki spłoszył drzemiącą na stole Akwafortę. Kocica uciekła do sieni, malarz podążył za nią i zapalił papierosa. Rozkoszując się dymem i rozgrzewającym chłodem "Piasta", lustrował sień bacznym okiem gospodarza. Podłoga złowieszczo się wybrzuszała, ze ścian zwisały girlandy łuszczącej się farby, a grzyb na ścianie formował się w kubistyczne freski. Eugeniusz przyglądał im się z uwagą, czując wręcz fizycznie, jak bardzo go artystycznie inspirują.

*

Życie Eugeniusza po powrocie z Holandii bardziej przypominało dolę Modiglianiego, niż Rubensa - zatonął w długach i tanim alkoholu. Trwało to długie tygodnie, aż wreszcie kolega malarz z tej samej wsi, pośpieszył z pomocą: "Maluj, Gieniu, portrety! Odkujesz się i wrócisz sobie potem do abstrakcji."

Eugeniusz posłuchał, a kolega nastręczył mu klientów, żądnych portretów swoich żon, córek i kochanek. Zrazu, wychowani na Makuszyńskim, klienci nie ufali malarzowi. Wytłumaczył im jednak, że swoje napięcie seksualne rozładowuje nie w łóżku, ale stosując artystyczne środki ekspresji. Wyjaśnił też, że od czasu fascynacji "Kobietą" Picassa skłonny jest uprawiać seks tylko i wyłącznie z kimś jej podobnym. Przecież żadna z waszych pań - skłamał perfidnie - nie wygląda po picassowsku, więc spokojna głowa. Klienci dali się przekonać.

*

Miauczenie Akwaforty przebudziło Eugeniusza z zadumy. Popijając z puszki, skierował się na strych, gdzie miał pracownię.
Wszedłszy do niej, zapalił światło i doczłapał do sztalug stojących dokładnie na środku izby. Spojrzał na blejtram, podniósł z podłogi paletę. Koniuszek pędzla na kilka sekund wsadził sobie do ust - w pracowni było zimno. Z obrzydzeniem przyjrzał się naszkicowanej na płótnie kobiecej postaci - wydała mu się zbyt uduchowiona.
- Nie! - zaśmiał się. - Coś ty tutaj, Eugenio, nasmarował? Nie, nie tak! Kurwa, to jednak kurwa i nie ma sensu robić z niej zakonnicy!

Zdecydowanym ruchem zdjął oprawione płótno ze sztalug, z kąta za kominem wyciągnął inny blejtram, czysty. U szczytu sztalug zatknął zdjęcie kobiety o wulgarnej, zużytej urodzie. W niczym nie przypominała odrzuconego szkicu.
- No to lecim - uśmiechnął się, nakładając na pędzel prezerwatywę i z furią zabrał się do malowania.

*

Nazajutrz po sprzedaniu pierwszego portretu do pracowni Eugeniusza wpadł jak burza miejscowy sołtys. Rycząc niczym ranny lew, spoliczkował malarza. Okazało się, iż o ile sportretowana córka grubego furiata w garniturze i gumofilcach nadal jest dziewicą, to portret wręcz przeciwnie, a konkretnie - zaszedł w ciążę.

Na miejscu przestępstwa (modelka była nieletnia, a obraz jeszcze młodszy) zjawiła się policja, a zaraz po niej biegli: ginekolog i wezwany z wrocławskiej ASP profesor. Naukowiec stwierdził, że w ciąży portretu niczego dziwnego nie widzi, ponieważ Eugeniusz zawsze bardzo kochał swoją sztukę, stąd na uczelni zwano go narcystą malarzem. Logiczne zatem - wyjaśnił biegły z Akademii - iż podczas procesu twórczego dojść musiało do zapłodnienia dzieła przez zaangażowanego uczuciowo twórcę. Policjant zagroził sprawcy aresztem, ginekolog zalecił antykoncepcję, a profesor zaordynował powrót do abstrakcjonizmu. Tak na wszelki wypadek.
Następnego dnia, zaraz po mszy, zjawił się u Eugeniusza miejscowy proboszcz, przyprowadzając swoją gospodynię. Wystraszony malarz zwierzył się duchownemu, ostrzegając przed możliwą pozamałżeńską ciążą portretu. Proboszcz przezornie nakazał zerknąć w kalendarzyk pozującej dostarczony przez ministranta. Sprawdzono dane i Eugeniusz przystąpił do pracy. Niestety, mimo iż był to niepłodny dzień gospodyni, jej portret bezczelnie zaciążył. Raz jeszcze okazało się, iż od rosyjskiej tym różni się ruletka watykańska, że kiedy się w niej trafi, to liczba ludności się zwiększa, a nie zmniejsza. Policji tym razem nie wzywano, skończyło się na kilkuset zdrowaśkach pokuty.


Portretując żonę lokalnego lidera LPR, Eugeniusz domieszał do farb garść rozpuszczonych globulek Patentex-Oval. Nic nie pomogło. Na szczęście polityk uznał nienarodzone za swoje i skandalu nie było. Inna rzecz, że, wzorem poprzedników, również odmówił zapłaty, strasząc na wszelki wypadek sądem i alimentami.

Wielogodzinne wcieranie pokruszonych pigułek antykoncepcyjnych w płótno nie zapobiegło ciąży portretu kuzynki komendanta Ochotniczej Straży Pożarnej. Podobnie rzecz się miała, kiedy, nakładając na palce krążki domaciczne, usiłował Eugeniusz zarobić na chleb, malując córkę gminnego barona SLD. Zagruntowanie płótna pastą plemnikobójczą również nie przyniosło rezultatu i portret siedemdziesięciosześcioletniej matki burmistrza stolicy sąsiedniego powiatu zaciążył bez pardonu. Z uwagi na wiek portretowanej oraz to, iż ciąża była wielokrotna - sprawę zatuszowano.

Skandal wybuchł dopiero, gdy mimo naklejenia na blejtramie antykoncepcyjnego plastra, również i konterfekt właścicielki największej kurzej farmy w gminie zaszedł w ciążę. Jak na aktywną członkinię „Samoobrony” przystało, sportretowana zorganizowała wiec, na którym mieszkańcy wsi, krztusząc się dymem z palonych opon, dowiedzieli się prawdy. Kuriozalna sława Eugeniusza rozeszła się na trzy okoliczne powiaty oraz jedną gminę leżącą po drugiej stronie autostrady A-4 i stracił klientów.

*

Bacznie zerkając na zdjęcie, portretował wrocławską dziwkę, sfotografowaną przed tygodniem na Gwarnej. Malując ją, liczył na to, że wreszcie znajdzie sposób na unikanie portretowych ciąż, a gdyby nie, to modelka jako osoba zawodowo uprawiająca seks, spontanicznie zdecyduje się na portretową aborcję.

Tym razem postawił wszystko na jedną kartę i musiało się udać! Zagruntował płótno plemnikobójczą, na bukowej ramie nakleił plaster antykoncepcyjny, a farby na palecie aż pieniły się od globulek. Spomiędzy gruzełków płótna mrugały do malarza drobinki pigułek i spirale antykoncepcyjne. Skrępowany prezerwatywą pędzel ślizgał się nieco, ale malarz zaciskał na nim palce odziane w krążki domaciczne i, pełen nadziei, pracował bez ustanku. Przerywał tylko po to, by zrobić kilka przysiadów dla rozgrzewki, co jakiś czas gimnastykował też skostniałe nadgarstki. Tuż przed świtem zbiegł do kuchni po piwo, zaledwie drugie tej nocy.

Ochrypłe unisono koguta sąsiadów obwieściło początek nowego dnia i koniec zmagań twórcy z tworzywem. Eugeniusz upuścił paletę na podłogę, a pędzel odrzucił za siebie. Akwaforta, zwyczajowo asystująca mu przy pracy, jęknęła boleśnie trafiona. Artysta nie zwrócił na to uwagi. Cofnął się o trzy kroki, spojrzał na dzieło i uniósł obie ręce w górę krzycząc:
- Banzai!

Słaniając się na nogach, poczłapał do izby, w której miał sypialnię. Komornik zarekwirował meble, więc malarz lec mógł tylko na stosie karimat. Nakrył się kocem i zasnął snem artysty, mrucząc przez sen coś o filistrach niszczących prawdziwe, abstrakcyjne malarstwo.

Spał do wieczora. Obudziło go zimno - zapomniał napalić w piecu, przez co zmarzł okrutnie. Kuląc się, wstał i podreptał do kuchni. Akwaforcie wyraźnie nie spodobał się soczysty kopniak i - jak kazała tradycja - uciekła do sieni, dzięki czemu Eugeniusz mógł piwo wypić w samotności. Zaparzoną chwilę potem kawę wysiorbał błyskawicznie, mimo iż prawie wrzała w kubku. Z pustym naczyniem w zmarzniętej dłoni przesiedział z kwadrans, nic nie robiąc. Wahał się - z jednej strony jak najszybciej chciał ujrzeć namalowany nocą obraz, z drugiej zaś obawiał się najgorszego.
- Raz kozie, kurwa, śmierć! - zdecydował w końcu i ruszył na piętro.

Kiedy już się znalazł w pracowni, rzucił strwożonym okiem na prawie suchy portret. Konterfekt był banalnie realistyczny, nie dało się w nim dostrzec najmniejszego nawet śladu artystycznego pazura Eugeniusza. Zupełnie o tym nie myśląc, gorączkowo lustrował brzuch namalowanej kobiety. Sprawdzał też, czy nie napuchły jej dłonie... czy nie zmatowiały włosy... Szukał i nie znajdował... Serce biło mu coraz szybciej... Nie mogąc uwierzyć w szczęście, które było tuż tuż, wbijał wzrok w portret. Wreszcie odetchnął z ulgą i wykrzyknął:
- Nie zaszłaś, moja ty kurwuniu najukochańsza, nie zaszłaś!!!

Był z siebie tak dumny, że doszedł do wniosku, iż "Eu" na początku imienia ma zupełnie zbędne. Choć szczęście go obezwładniało, znalazł siły, by uczcić sukces po swojemu - abstrakcją bez tytułu. Wyjął zza komina kolejny blejtram, a ukończony portret zdjął ze sztalug.
- Gdzie go tu, kurwa, dać?

Ze ściany tuż koło okna sterczał gwóźdź. Eugeniusz podbiegł, zawiesił na nim obraz i wrócił do sztalug. Zanim na dziewiczym płótnie rozpoczął szkic, zerknął na portret.
- A co ty mi tu tak krzywo wisisz, co? - spytał z uśmiechem i podszedł, by poprawić.
Przekręcił obraz nieco w lewo - nic to nie dało, potem w prawo - z identycznym skutkiem.
- Płasko masz mi tu wisieć, a nie tak, kurweńko moja... Jakaś cegiełka cię w dupeczkę uwiera?
Zajrzał za obraz - ściana była równiuteńka.
- Co jest? - nie rozumiał, w czym rzecz.
Nie zdejmując obrazu z gwoździa, odchylił go nieco i spojrzał na rewers. Zbladł. Zanim zemdlał, zdążył wyszeptać:
- Po... Po... Pozamaciczna…


Wrocław, 10 października 2004

wstecz