| |
Narcystyczne ciąże malarza Eugeniusza
- Summertime, time, time… - zarzęziło sopranowo.
Eugeniusz wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia.
- Child the living's easy... - niedopite piwo przełożył do lewej ręki.
Ostentacyjnie przetkał sobie ucho wskazującym palcem prawej, a potem wycelował
go w wokalistkę.
- Guilty! - wycedził. - Guilty!
Nie usłyszała, konsekwentnie i z uporem mordując Gershwina. Prawie połykała przy
tym mikrofon, trącana w pośladki gryfem gitary basowej, na której grał sobowtór
Zbója Madeja. On również nie zareagował na wyrok Eugeniusza. Podobną obojętność
zachowali gitarzysta o hiphopowej twarzy i perkusista-anorektyk. Diaboliczny
pianista, skoncentrowany na pieprzącym się nagłośnieniu, również niczego nie
zauważył.
- Guilty! - powtórzył Eugeniusz, po czym wstał i ruszył do wyjścia, rozlewając
piwo z puszki.
Z obrzydzeniem spoglądając na mijanych nielicznych fanów jazzu, komunikował im
wzrokiem: - Gówno się na tym znacie, Zenki niemyte!
Wstąpił na kręte schodki prowadzące z piwnicy na parter. Piwo szumiało mu w
głowie, zachwiał się już na pierwszym stopniu i, łapiąc równowagę, pomógł sobie
ręką. Mokre od piwa palce naznaczyły ścianę kilkoma ciemnymi śladami.
Przystanął. Chwilę błądził wzrokiem po przypadkowym układzie piwnych linii i
plam, po czym cofnął się o krok, potem o dwa. Podrapał się w potylicę,
westchnął, poślinił kciuk i zbliżył się do ściany. Kilkoma szybkimi, wprawnymi
ruchami połączył wcześniejsze smugi, dodał też kilka nowych. Gdy skończył, znów
się cofnął, spojrzał i uśmiech rozjaśnił mu twarz.
- Dobre! - mruknął. - Nazwałbym to, kurwa, „Sumertime z poderżniętym gardłem”.
Zachichotał i ruszył dalej. Stąpał ciężko, przy akompaniamencie bulgoczącego w
żołądku piwa, lecz jednocześnie lekko - był przecież artystą. Artystą malarzem.
*
Na początku był poród. Złotoryjski lekarz rzekł do mamusi przychodzącego właśnie
na świat Eugeniusza:
- To chłopiec, szanowna pani! Chłopiec piękny jak malowanie.
Były to słowa prorocze, aczkolwiek nieprecyzyjne, należało bowiem stwierdzić, iż
dziecko jest tak piękne, jak JEGO malowanie w latach późniejszych. Na tytana
pędzla Eugeniusz zapowiadał się od maleńkości. Mając zaledwie roczek,
różowiutkim paluszkiem rozmazywał na stole grysik, który zastygał potem we
frapujące kompozycje. Rodzina nie posiadała się z podziwu, a wśród mieszkańców
Złotoryi rozeszła się fama, że w czynszówce przy Henryka Pobożnego dorasta
geniusz sztuk plastycznych.
Chcąc mieć tego pewność, tatuś Eugeniusza zaprosił miejscowego sekretarza PZPR
do spraw kultury, by asystował dziecięciu przy kolacji-happeningu. Genialne
dziecko, choć niewiele zjadło, nie zawiodło oczekiwań. Bordowy krawat gościa
pokryła gruba warstwa owsianych płatków inkrustowana musztardą, którą matka
artysty zaserwowała do serdelków.
Kiedy proces twórczy dobiegł kresu, Eugeniusza położono spać, a nad krawatem
zebrało się konsylium. Pełne podziwu milczenie przerwał towarzysz z komitetu:
- No... W zeszłym roku - zabrał głos - byłem na szkoleniu w NRD i tam widziałem
takie te... Takie podobne, ale nie pamiętam dokładnie...
Na dalszy ciąg analizy rodzice geniusza musieli zaczekać. Towarzysz do spraw
kultury gmerał jednocześnie w zakamarkach swej powiatowo-partyjnej pamięci i w
słoiku, z którego serdelkiem wybierał resztki musztardy. Nagle upuścił sztućce,
gwałtownym gestem nakazał włączenie radia i to głośno. Nerwowo rozejrzał się
dokoła i skinął na rodziców Eugeniusza. Kiedy prawie zetknęli się głowami nad
stołem rzekł, ściszając głos do szeptu:
- Towarzysze, sprawa jest poważna! To, co gówniarz maluje jest jak cholera
podobne do bohomazów z Zachodu.
Rodziciele zdemaskowanego wroga ludu zamarli z przerażenia. Powiatowy dygnitarz
z trudem przełknął ostatni kęs deficytowego serdelka, popił wystygłą herbatą i
sięgnął do kieszeni po notes w czerwonej oprawie. Chwilę go kartkował.
- O! Mam! To są te... abstrakcje, rozumiecie towarzysze?
Potwierdzili, z trwogą patrząc, jak sekretarz, śliniąc palec, szuka jeszcze
czegoś w enerdowskich notatkach. Niestety znalazł! Z hukiem zamknął notes i
zerwał się zza stołu.
- Jezus Maria! - wycharczał i trwożnie się przeżegnał. - Sami Żydzi tak malują,
sami Żydzi! Ten dzieciak zgubi siebie i was, rozumiecie towarzysze?
Towarzysze rozumieli. Był rok 1968.
*
W holu na parterze przystanął i zerknął w otwarte drzwi auli Domu Kultury. Miał
ochotę splunąć, gdyż właśnie teraz powinien być tu jego wernisaż, ale nie! Po
skandalu z portretami dyrektorka tchórzliwe wymówiła salę.
- No i co masz w zamian, co? Jakiegoś cymbała i grafomańskie pieprzenie -
burknął pod nosem Eugeniusz.
Sala była prawie pusta. Kilkunastoosobowa publiczność brała przykład z
dyrektorki Domu Kultury, która podsypiała na ławie pod oknem. Na końcu
pomieszczenia stał stolik, a na nim, okolony nieładem rozrzuconych kartek,
lichtarz z kopcącą świecą. W jej drżącym świetle jakiś niemłody facet wiercił
się na krześle, pocił, nerwowo masował ucho i, jąkając się, czytał coś
patetycznym głosem. Malarz wytrzeszczył oczy - ta twarz nie była mu obca, wręcz
przeciwnie!
Kilka miesięcy temu Eugeniusz namiętnie zapałał do pękatej brunetki nudzącej się
nad drinkiem w knajpie Związków Twórczych we Wrocławiu. Odmówiła, oświadczając,
że czeka na siostrę-skrzypaczkę i na żaden seks nie ma najmniejszej ochoty.
Zwłaszcza z malarzem. Zbulwersowany Eugeniusz zażądał wyjaśnień, więc wskazała
palcem mężczyznę piszącego coś na serwetce. Krzywiąc się, oznajmiła, że dała mu
się kiedyś poderwać, licząc na to, że pożycie seksualne z poetą okaże się czymś
ekscytującym. Nie omyliła się. Polegało to jednakże na tym, że twórca ów
usiłował kochać się z nią w kosodrzewinie, gdyż preferował seks tylko i
wyłącznie w górskich plenerach.
Opowiadając o tym, brunetka nie pominęła najdrobniejszych szczegółów, a
reasumując stwierdziła, że każdy artysta, literat to, czy plastyk, jest swego
rodzaju zboczeńcem, ona zaś nie ma zamiaru ryzykować. Eugeniusz momentalnie
znienawidził wszystkich poetów, a tego konkretnego w szczególności. Kiedy
zorientował się więc, że zamiast wernisażu ma miejsce wieczór autorski jego
wroga numer jeden - wpadł w furię.
- Pieprzony, kurwa, grafoman... - warknął pod nosem, a głośno ryknął - Nikt cię
nie słucha, muflonie! Lepiej wyrecytuj im sonet do świstaków!
Dodałby coś jeszcze - miał na to ogromną ochotę - ale dostrzegł barczystego męża
dyrektorki, który zaciskając pięści, uniósł się z krzesła. Eugeniusz
zrejterował. Wypadł na zewnątrz budynku, wskoczył na rower i pośpiesznie
odjechał.
*
Idąc za partyjną radą, przerażona rodzina usiłowała zawczasu wyrwać dziecko z
obcych klasowo szponów abstrakcjonizmu. Kiedy maluch rozmazywał na blacie mannę
- dziadzio, endecko trzęsącym się palcem członka PAX, formował kaszkę w domki,
kotki i równie realistyczne słoneczka. Widząc na ścianach dziecięce esy-floresy
babcia, czym prędzej przerabiała je na choinki i sarenki.
Mamusia Eugeniusza natomiast, prowadzała chłopczyka nie na place zabaw, lecz
budów socjalizmu. Często też pojawiała się z synkiem na wzgórzu, z którego
przyglądali się krzątaninie w miejscowej fabryce filcu.
Kiedy tatuś Eugeniusza wracał z szychty w kopalni "Lena", na długie godziny
zamykał się z pierworodnym w sanitariacie. Sadzał dzieciaka na sedesie i
rozpoczynali lekturę. Zamiast jednak czytać o chrząszczu, co brzmi w trzcinie,
indoktrynował synka batalistycznymi kossakami, zamiast zapoznawać dziecko z
problemami słonia Trąbalskiego, zmuszał je do wertowania albumów Matejki. Mały
Eugeniusz nie usłyszał też nigdy o Calineczce, stał się natomiast znawcą
Gierymskiego, Grottgera i Brandta.
Pełna mobilizacja, upór i żelazna konsekwencja rodziny przyniosły w końcu
pożądane owoce - abstrakcjonistyczne ciągoty wypleniono z młodego umysłu. Progi
przedszkola dziecko przekroczyło jako malarz-realista. Jego martwe natury
rysowane świecowymi kredkami zawsze wprawiały wychowawczynię w pełną podziwu
euforię. Entuzjazmu tego nie podzielały sprzątaczki, regularnie zdrapujące
twórczość dziecka z mebli i ścian.
Pierwszy wernisaż Eugeniusza miał miejsce już w podstawówce, a publiczność
stanowiło zgromadzone w szkolnej toalecie grono pedagogiczne. Doszło do
niejakiej polaryzacji stanowisk: kontrowersyjny i bezpartyjny pan od rysunków,
dostrzegając "realistyczno-drobnonieszczańskie wstecznictwo", nalegał na
wyrzucenie artysty ze szkoły, natomiast dyrektor ekonomiczny proponował dyplom
uznania dla małego twórcy. Stanęło, koniec końców, na obniżeniu stopnia z
wychowania plastycznego, przy jednoczesnym podniesieniu oceny z uspołecznienia,
bowiem dzięki freskom Eugeniusza szkoła mogła zaoszczędzić na remoncie toalety.
*
Wyrwawszy się ze szponów małomiasteczkowej wegetacji kulturalnej, Eugeniusz co
sił pędził do domu. S. to niewielka dziura, więc nie minęło wiele czasu, a minął
ostatnie domki.
Okolica była jak żywcem wyjęta z landszaftu. Jelenie o połyskujących porożach
kryły się w majaczących na horyzoncie zagajnikach, od których dzieliły
pedałującego pofalowane połacie ziemi uprawnej III klasy zdobne w nostalgiczną
szczecinę ściernisk. Z sielskiej monotonii krajobrazu gdzieniegdzie wybijała w
górę kościelna wieża, tu i ówdzie ciurkał pretensjonalny strumyk. Czyste
wiejskie powietrze i beztrosko gnieżdżące się w koronach drzew ptactwo
dopełniały odpustowego wizerunku.
Tego wszystkiego malarz jednak nie widział. Jako zatwardziały abstrakcjonista,
postrzegał rzeczywistość odmiennie, niż pierwszy z brzegu laik. Zresztą była już
21.27, księżyc skrył się za chmurami, panowały więc nieprzeniknione ciemności.
Poza tym - jak to często w listopadzie - wczesny śnieg szczelnie opatulał
okolicę. Nawet szmeru strumyków Eugeniusz nie słyszał, gdyż mróz skuł je lodem.
Przy okazji zamarzły szamba i, wybijając, niepodzielnie i smrodliwie zapanowały
w powietrzu, zadając kłam typowo inteligenckim bujdom o świeżym wiejskim
powietrzu.
*
We wrocławskim Liceum Plastycznym niczym się Eugeniusz nie wyróżniał, wszyscy
tam mieli podobne i życiorysy, i inklinacje. Maturę zdał bez trudu, podobnie
łatwo dostał się na PWSSP.
Uczelnię ukończył bardzo szybko - w połowie drugiego semestru skreślono go z
listy studentów. Jako oficjalną przyczynę podano organizowanie w akademiku orgii
z modelkami oraz alkoholowych libacji. Nie ujęła się za relegowanym ani
uczelniana organizacja SZSP, ani komórka nielegalnego NZS. Dlaczego? Na
rektorski konkurs z okazji 38 rocznicy powstania PZPR Eugeniusz wysłał bowiem
portret Piłsudskiego.
Tak jawny brak politycznego wyczucia zraził do wyrzucanego kolegi działaczy z
SZSP. W innych okolicznościach, z łezką w oku wspominając eugeniuszowe orgietki,
stanęliby za malarzem jak mur. Jednak "sanacyjnego pacykarza" - tak mówili -
bronić nie mieli zamiaru.
Zarząd NZS wahał się przez jakiś czas, uznając konkursowego Marszałka za protest
przeciw dyktaturze. Nie mógł jednak pogodzić się z tym, JAK Eugeniusz namalował
Ziuka, co nie powinno dziwić, gdyż autor znajdował się wówczas pod przemożnym
wpływem Picassa. Dziesiątki litrów wypitego z zagrożonym studentem alkoholu
spowodowały, że przez moment zaistniała koncepcja napuszczenia na rektora PWSSP
Radia Wolna Europa. Przypomniano sobie jednak, iż Picasso był członkiem
Komunistycznej Partii Francji. To przesądziło - Eugeniusza relegowano z uczelni
bez protestu z czyjejkolwiek strony.
*
Oparł rower o ścianę chałupy.
- Do budy! - ryknął na psa.
Przestraszony Matejko skomląc żałośnie i podzwaniając zardzewiałym krowim
łańcuchem, skrył się do koślawej rudery ozdobionej wielobarwnymi abstrakcjami.
Eugeniusz wszedł do chałupy udając się prosto do kuchni. Przepocony połkożuszek
zrzucił na podłogę, wyjął piwo z lodówki, po czym zamknął ją soczystym
kopniakiem.
*
Wprawdzie relegowanemu z uczelni na głowę nie padało, gdyż rok bez mała
waletował w akademiku, to nie posiadał jednak żadnego źródła utrzymania.
Usiłował trwać, spieniężając pejzaże na kiczowisku wrocławskiego rynku.
Niestety, olejne jelonki Eugeniusza posiadały wprawdzie piękne, złote rogi, ale
były idealnie proporcjonalne i sierść miały maści właściwej. Księżyc nie
wyglądał jak z odpustu, lecz niczym z nieba zdjęty, a krajobrazy malował artysta
z idealnym wyczuciem perspektywy, nie zapominając o światłocieniu. Jednym słowem
- nie mógł liczyć na zarobek. Obrazy takie nie trafiały w gusta klientów, jacy
zaglądali na Rynek, a ci, którzy potrafiliby docenić kunszt Eugeniusza, bywali
tylko w galeriach, gdzie on z kolei wstępu nie miał.
Pewnie umarłby z głodu, gdyby nie pewien okradziony przez taksówkarza Holender,
który snuł się po Rynku. Van Tiegelen z miejsca docenił maestrię młodego Polaka.
Przedstawił się jako marchand z Enschede i, nie dając młodzieńcowi dojść do
słowa, roztoczył przed nim perspektywy wystaw w ojczyźnie Rembrandta. Eugeniusz
nie zastanawiał się ani sekundy i tak rozpoczął się wyrzuconego z PWSSP studenta
triumfalny pochód przez Niderlandy.
Brylował tam lat bez mała dziesięć, doczekując zmiany ustroju w Polsce. Wystaw
co roku miał ze cztery, a wernisaży tyle, że nawet nie liczył. Dokładnie w dzień
reelekcji Kwaśniewskiego na aukcji w Rotterdamie udało się Van Tiegelenowi drogo
sprzedać wszystkie abstrakcje Polaka, mimo iż żadna nie miała tytułu, a może
właśnie dlatego.
Eugeniusz zarobił masę pieniędzy i odkupił od stryja dom na wsi pod Wrocławiem,
w okolicach S. Resztę guldenów, chcąc pomnożyć kapitał, zainwestował (za plecami
Van Tiegelena) w pornograficzny przemysł filmowy. Walcząc z monopolem Teresy
Orlowsky Eugeniusz postawił na artyzm. Jego filmy cechowały malarskość ujęć,
abstrakcyjne fizjonomie aktorów i poetyckość fabuły. Początkowo szło mu nieźle,
lecz reżyserowana przez niego pornografia cieszyła się uznaniem tylko wąskich
kręgów wyrafinowanych koneserów gatunku. Krytyka, choć zarzucając nadmierne
nowatorstwo i nachalne lansowanie swojego malarstwa, piała z zachwytu, co
dodatkowo odstraszało widzów.
Po trzech latach zamiany pędzla na kamerę okazało się, iż Eugeniusz więcej do
pornobuisnessu dołożył, niż zyskał. Widząc na bankowych wydrukach ciągi zer
niepoprzedzane żadnymi innymi cyframi - wpadł w desperację. Zerwał z
artystycznymi ambicjami i przystąpił do produkcji dla mas. Niestety, już kręcąc
pierwsze dzieło tego rodzaju, z iście ułańską fantazją w głównej roli damskiej
obsadził pokojówkę-nimfomankę z Pałacu Królewskiego. Film skonfiskowano, długi
pozostały.
By wyjść z nich oraz zapłacić sądowe grzywny za obrazę rodziny królewskiej,
Eugeniusz zapożyczył się u amsterdamskiej triady i w żaden sposób nie był potem
w stanie zwrócić pieniędzy. Poszedł więc va banque i zaoferował szefowi gangu,
anulującą zadłużenie noc z miejscową królową, którą rzekomo znał z wernisaży.
Naiwny Chińczyk poszedł na to, a gdy okazało się, że propozycja malarza to bujda
- wpadł w furię. Eugeniusz musiał czym prędzej uciekać do Polski udając
rumuńskiego Roma deportowanego nad Wisłę.
*
Trzask zamykanej lodówki spłoszył drzemiącą na stole Akwafortę. Kocica uciekła
do sieni, malarz podążył za nią i zapalił papierosa. Rozkoszując się dymem i
rozgrzewającym chłodem "Piasta", lustrował sień bacznym okiem gospodarza.
Podłoga złowieszczo się wybrzuszała, ze ścian zwisały girlandy łuszczącej się
farby, a grzyb na ścianie formował się w kubistyczne freski. Eugeniusz
przyglądał im się z uwagą, czując wręcz fizycznie, jak bardzo go artystycznie
inspirują.
*
Życie Eugeniusza po powrocie z Holandii bardziej przypominało dolę
Modiglianiego, niż Rubensa - zatonął w długach i tanim alkoholu. Trwało to
długie tygodnie, aż wreszcie kolega malarz z tej samej wsi, pośpieszył z pomocą:
"Maluj, Gieniu, portrety! Odkujesz się i wrócisz sobie potem do abstrakcji."
Eugeniusz posłuchał, a kolega nastręczył mu klientów, żądnych portretów swoich
żon, córek i kochanek. Zrazu, wychowani na Makuszyńskim, klienci nie ufali
malarzowi. Wytłumaczył im jednak, że swoje napięcie seksualne rozładowuje nie w
łóżku, ale stosując artystyczne środki ekspresji. Wyjaśnił też, że od czasu
fascynacji "Kobietą" Picassa skłonny jest uprawiać seks tylko i wyłącznie z kimś
jej podobnym. Przecież żadna z waszych pań - skłamał perfidnie - nie wygląda po
picassowsku, więc spokojna głowa. Klienci dali się przekonać.
*
Miauczenie Akwaforty przebudziło Eugeniusza z zadumy. Popijając z puszki,
skierował się na strych, gdzie miał pracownię.
Wszedłszy do niej, zapalił światło i doczłapał do sztalug stojących dokładnie na
środku izby. Spojrzał na blejtram, podniósł z podłogi paletę. Koniuszek pędzla
na kilka sekund wsadził sobie do ust - w pracowni było zimno. Z obrzydzeniem
przyjrzał się naszkicowanej na płótnie kobiecej postaci - wydała mu się zbyt
uduchowiona.
- Nie! - zaśmiał się. - Coś ty tutaj, Eugenio, nasmarował? Nie, nie tak! Kurwa,
to jednak kurwa i nie ma sensu robić z niej zakonnicy!
Zdecydowanym ruchem zdjął oprawione płótno ze sztalug, z kąta za kominem
wyciągnął inny blejtram, czysty. U szczytu sztalug zatknął zdjęcie kobiety o
wulgarnej, zużytej urodzie. W niczym nie przypominała odrzuconego szkicu.
- No to lecim - uśmiechnął się, nakładając na pędzel prezerwatywę i z furią
zabrał się do malowania.
*
Nazajutrz po sprzedaniu pierwszego portretu do pracowni Eugeniusza wpadł jak
burza miejscowy sołtys. Rycząc niczym ranny lew, spoliczkował malarza. Okazało
się, iż o ile sportretowana córka grubego furiata w garniturze i gumofilcach
nadal jest dziewicą, to portret wręcz przeciwnie, a konkretnie - zaszedł w
ciążę.
Na miejscu przestępstwa (modelka była nieletnia, a obraz jeszcze młodszy)
zjawiła się policja, a zaraz po niej biegli: ginekolog i wezwany z wrocławskiej
ASP profesor. Naukowiec stwierdził, że w ciąży portretu niczego dziwnego nie
widzi, ponieważ Eugeniusz zawsze bardzo kochał swoją sztukę, stąd na uczelni
zwano go narcystą malarzem. Logiczne zatem - wyjaśnił biegły z Akademii - iż
podczas procesu twórczego dojść musiało do zapłodnienia dzieła przez
zaangażowanego uczuciowo twórcę. Policjant zagroził sprawcy aresztem, ginekolog
zalecił antykoncepcję, a profesor zaordynował powrót do abstrakcjonizmu. Tak na
wszelki wypadek.
Następnego dnia, zaraz po mszy, zjawił się u Eugeniusza miejscowy proboszcz,
przyprowadzając swoją gospodynię. Wystraszony malarz zwierzył się duchownemu,
ostrzegając przed możliwą pozamałżeńską ciążą portretu. Proboszcz przezornie
nakazał zerknąć w kalendarzyk pozującej dostarczony przez ministranta.
Sprawdzono dane i Eugeniusz przystąpił do pracy. Niestety, mimo iż był to
niepłodny dzień gospodyni, jej portret bezczelnie zaciążył. Raz jeszcze okazało
się, iż od rosyjskiej tym różni się ruletka watykańska, że kiedy się w niej
trafi, to liczba ludności się zwiększa, a nie zmniejsza. Policji tym razem nie
wzywano, skończyło się na kilkuset zdrowaśkach pokuty.
Portretując żonę lokalnego lidera LPR, Eugeniusz domieszał do farb garść
rozpuszczonych globulek Patentex-Oval. Nic nie pomogło. Na szczęście polityk
uznał nienarodzone za swoje i skandalu nie było. Inna rzecz, że, wzorem
poprzedników, również odmówił zapłaty, strasząc na wszelki wypadek sądem i
alimentami.
Wielogodzinne wcieranie pokruszonych pigułek antykoncepcyjnych w płótno nie
zapobiegło ciąży portretu kuzynki komendanta Ochotniczej Straży Pożarnej.
Podobnie rzecz się miała, kiedy, nakładając na palce krążki domaciczne, usiłował
Eugeniusz zarobić na chleb, malując córkę gminnego barona SLD. Zagruntowanie
płótna pastą plemnikobójczą również nie przyniosło rezultatu i portret
siedemdziesięciosześcioletniej matki burmistrza stolicy sąsiedniego powiatu
zaciążył bez pardonu. Z uwagi na wiek portretowanej oraz to, iż ciąża była
wielokrotna - sprawę zatuszowano.
Skandal wybuchł dopiero, gdy mimo naklejenia na blejtramie antykoncepcyjnego
plastra, również i konterfekt właścicielki największej kurzej farmy w gminie
zaszedł w ciążę. Jak na aktywną członkinię „Samoobrony” przystało, sportretowana
zorganizowała wiec, na którym mieszkańcy wsi, krztusząc się dymem z palonych
opon, dowiedzieli się prawdy. Kuriozalna sława Eugeniusza rozeszła się na trzy
okoliczne powiaty oraz jedną gminę leżącą po drugiej stronie autostrady A-4 i
stracił klientów.
*
Bacznie zerkając na zdjęcie, portretował wrocławską dziwkę, sfotografowaną przed
tygodniem na Gwarnej. Malując ją, liczył na to, że wreszcie znajdzie sposób na
unikanie portretowych ciąż, a gdyby nie, to modelka jako osoba zawodowo
uprawiająca seks, spontanicznie zdecyduje się na portretową aborcję.
Tym razem postawił wszystko na jedną kartę i musiało się udać! Zagruntował
płótno plemnikobójczą, na bukowej ramie nakleił plaster antykoncepcyjny, a farby
na palecie aż pieniły się od globulek. Spomiędzy gruzełków płótna mrugały do
malarza drobinki pigułek i spirale antykoncepcyjne. Skrępowany prezerwatywą
pędzel ślizgał się nieco, ale malarz zaciskał na nim palce odziane w krążki
domaciczne i, pełen nadziei, pracował bez ustanku. Przerywał tylko po to, by
zrobić kilka przysiadów dla rozgrzewki, co jakiś czas gimnastykował też
skostniałe nadgarstki. Tuż przed świtem zbiegł do kuchni po piwo, zaledwie
drugie tej nocy.
Ochrypłe unisono koguta sąsiadów obwieściło początek nowego dnia i koniec zmagań
twórcy z tworzywem. Eugeniusz upuścił paletę na podłogę, a pędzel odrzucił za
siebie. Akwaforta, zwyczajowo asystująca mu przy pracy, jęknęła boleśnie
trafiona. Artysta nie zwrócił na to uwagi. Cofnął się o trzy kroki, spojrzał na
dzieło i uniósł obie ręce w górę krzycząc:
- Banzai!
Słaniając się na nogach, poczłapał do izby, w której miał sypialnię. Komornik
zarekwirował meble, więc malarz lec mógł tylko na stosie karimat. Nakrył się
kocem i zasnął snem artysty, mrucząc przez sen coś o filistrach niszczących
prawdziwe, abstrakcyjne malarstwo.
Spał do wieczora. Obudziło go zimno - zapomniał napalić w piecu, przez co zmarzł
okrutnie. Kuląc się, wstał i podreptał do kuchni. Akwaforcie wyraźnie nie
spodobał się soczysty kopniak i - jak kazała tradycja - uciekła do sieni, dzięki
czemu Eugeniusz mógł piwo wypić w samotności. Zaparzoną chwilę potem kawę
wysiorbał błyskawicznie, mimo iż prawie wrzała w kubku. Z pustym naczyniem w
zmarzniętej dłoni przesiedział z kwadrans, nic nie robiąc. Wahał się - z jednej
strony jak najszybciej chciał ujrzeć namalowany nocą obraz, z drugiej zaś
obawiał się najgorszego.
- Raz kozie, kurwa, śmierć! - zdecydował w końcu i ruszył na piętro.
Kiedy już się znalazł w pracowni, rzucił strwożonym okiem na prawie suchy
portret. Konterfekt był banalnie realistyczny, nie dało się w nim dostrzec
najmniejszego nawet śladu artystycznego pazura Eugeniusza. Zupełnie o tym nie
myśląc, gorączkowo lustrował brzuch namalowanej kobiety. Sprawdzał też, czy nie
napuchły jej dłonie... czy nie zmatowiały włosy... Szukał i nie znajdował...
Serce biło mu coraz szybciej... Nie mogąc uwierzyć w szczęście, które było tuż
tuż, wbijał wzrok w portret. Wreszcie odetchnął z ulgą i wykrzyknął:
- Nie zaszłaś, moja ty kurwuniu najukochańsza, nie zaszłaś!!!
Był z siebie tak dumny, że doszedł do wniosku, iż "Eu" na początku imienia ma
zupełnie zbędne. Choć szczęście go obezwładniało, znalazł siły, by uczcić sukces
po swojemu - abstrakcją bez tytułu. Wyjął zza komina kolejny blejtram, a
ukończony portret zdjął ze sztalug.
- Gdzie go tu, kurwa, dać?
Ze ściany tuż koło okna sterczał gwóźdź. Eugeniusz podbiegł, zawiesił na nim
obraz i wrócił do sztalug. Zanim na dziewiczym płótnie rozpoczął szkic, zerknął
na portret.
- A co ty mi tu tak krzywo wisisz, co? - spytał z uśmiechem i podszedł, by
poprawić.
Przekręcił obraz nieco w lewo - nic to nie dało, potem w prawo - z identycznym
skutkiem.
- Płasko masz mi tu wisieć, a nie tak, kurweńko moja... Jakaś cegiełka cię w
dupeczkę uwiera?
Zajrzał za obraz - ściana była równiuteńka.
- Co jest? - nie rozumiał, w czym rzecz.
Nie zdejmując obrazu z gwoździa, odchylił go nieco i spojrzał na rewers. Zbladł.
Zanim zemdlał, zdążył wyszeptać:
- Po... Po... Pozamaciczna…
Wrocław, 10 października 2004

|
|